Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Idź Pan. — Poszedł.
Gustaw siedział i płakał jak dziecko, czerwone miał od łez oczy; nie wiedząc, że Alfred już był o wszystkiem uwiadomiony, zaczął się skarżyć na katar.
— Wiem wszystko — rzekł Alfred, chcąc przystąpić do rozwiązania. Gustaw spojrzał na niego z pogardą.
— Wiesz wszystko — rzekł — więc.., bądź zdrów!
— Jakto?
— Spodziewam się, że tu więcej nie będziesz.
— Wypędzasz mnie? widząc, ile nas twoja znajomość kosztuje.
— Lecz to się da naprawić.
— Sam się powinieneś wypędzić.
— Wszystkie naprawiania na nic się nie zdały. Jeźli tego nie zrobisz, smutno mi będzie wypchnąć cię za drzwi, lub oknem wyrzucić.
— To groźba?!
— Nic innego.
— Pojedynek więc...
— Tego głupstwa nie będzie — rzekł Gustaw — popsułbym gorzej jeszcze swoją sprawę.
— Jakto? odmawiasz mi satysfakcji?
— Jedynej, jaką dać mogę, nie odmawiam — odpowiedział Gustaw zimno i wziąwszy go za