Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przywykłemu do samotności Gustawowi, nagłe przejście z zacisza do próżnych zabaw z ludźmi, z którymi nie wiedział o czem mówić, przykre być musiało. Cierpiał on na tem, ale milczał. Nieraz kiedy chciał pracować, pisać, trzask z bicza oznajmował gości, i wyskoczywszy z szlafroka, musiał iść do nich bawić niby — a w istocie cały dzień ziewać w duchu. Łucja, która umiała jak pszczo a z każdego trochę słodyczy, kadzidła dla siebie wyciągnąć, zawsze wesoło przyjmowała odwiedziny. Gustaw świat cały przeklinając, wracał do swego gabinetu i książek. — Szczęśliwszy byłbym z Marją, — myślał wracając nieraz, — ona jak ja lubiła samotność, i nas dwoje wystarczało sobie — tej trzeba u nóg całego świata!
Czasem znudzony Gustaw, wymawiając się chorobą, zostawał u siebie; ale naprzód posłańcy, potem sama pani wpadała do cichego zakąta.
— A zmiłuj się, Gustawie, — wołała — czy można być tak dzikim! Okrzyczą cię! — Jakże to nie wyjść do gości! Zostawujesz ich mnie samej, to wcale nie grzecznie! chodź, chodź mój drogi, trzeba dla świata coś uczynić, żeby nam świat cokolwiek uczynił.
— Jabym wolał nic nie mieć od niego, a nie oddawać mu drogich chwil mego życia, — odpowiadał Gustaw zrzucając szlafrok i w najbardziej zajmującem miejscu porzucając książkę