Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zatamować bieżący z góry strumień. O w jakże słodkich marzeniach przepędziła Łucja noc całą! Ten człowiek przypadkiem poznany, już był w jej sercu, on ją rozumiał, on mógł całe jej życie uczynić tak poetycznem, jakiem je sobie życzyła i wyobrażała, on mógł to uczynić, on jeden. Ci ludzie inni, których widziała koło siebie, stworzenia bez duszy, prawili jej o koniach i kartach, o ubiorach i pojazdach, on o Shakespearze i poezji! Razem mogli się wznosić do nieba, marzyć całe życie! Łucja w tej gorączce nadziei przepędziła noc całą.
— Pojedziem na wieś, będziem czytać, przechadzać się, śpiewać, grać, będziem marzyć, dumać, ach! będziem tak szczęśliwi! będziem się rozumieć, będziem przeczuwać swoje myśli, polecim wysoko! polecim daleko!
— Mamo, — zawołała wstając rano, — całą noc śnił mi się ten pan Gustaw, zdaje mi się, że go kocham.
— Wstrzymaj się, moje dziecię, — odpowiedziała matka.
Wieczorem byłi goście na herbacie, ale Gustaw nie przyszedł. Matka Łucji troskliwa i niespokojna, jednego z przytomnych zapytała, czy nie zna Gustawa.
— Jakże nie, jestem jego sąsiadem! — odpowiedział pan Perełka. — Osobliwszy człowiek! jego historja do bajki podobna. Naprzód był