Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ska szastając się po salonie z tabakierką wypytywała się, czy to ten sam, co był niedawno.
— Ale to być nie może! zawołali wszyscy nareszcie! — I w tej chwili otworzyły się drzwi, a Gustaw wytwornie ubrany, śmiałym krokiem, mocno jednak zarumieniwszy się, wszedł do salonu. Pan Werner stał na progu drugiego pokoju w nowym fraku, przyczepiając dewizki do zegarka, i zobaczywszy Gustawa, a za nim zamykające się drzwi, poszedł się rozebrać. Pani Werner przyjęła go czule, ale trochę zmięszana, Marja zimno, obojętnie, a dla odstręczenia od siebie, trochę pogardliwie, pani Ostrowska z wytrzeszczonemi ciekawie oczyma.
Wszedł nareszcie pan Werner w szlafroku i zimno Gustawa przywitał. Potem pobiegł do okna spojrzeć na kocz.
— Śliczny ekwipaż! Czyjże to, Gustawie? zapytał.
— Mój! odpowiedział Gustaw zimno.
— Twój? zakrzyknął zdziwiony, odwracając się szybko od okna, a wszyscy spojrzeli po sobie.
— Cóż, skądże to? wygrałeś w karty? co?
— Nigdy nie gram! odpowiedział Gustaw, kupiłem go.
— Ale skądże wziąłeś pieniędzy? zapytał niecierpliwie pan Werner.
— Mając taki, jak ja teraz mam majątek, cóż dziwnego, że mam kocz i konie! — Podziwienie wszystkich rosło. Milczeli.