Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja! nic, pani — odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Bóg mi świadkiem, że dwóch słów nie przemówiłam do pana Gustawa; tylko cośmy się spotkali, i to dalibóg nie wiem jakim przypadkiem. — Ale pana nigdy przekonać nie można.
— Cóż robić, moja kochana, ja wierzę, że ty jesteś niewinna, chciałabym cię zatrzymać, ale znasz pana.
— Taki wstyd! — zawołała Ludwika — cóż to ludzie powiedzą? — Niesprawiedliwie zgubić dziewczynę biedną! Cóż powie mój narzeczony? całe moje życie poczciwe przepadło. I za cóż ja pokutuję? żeby choć było za co! — naiwnie dodała szlochając.
Wtem drzwi się otworzyły i głowa Franciszka pokazała się nich, a potem cofnęła prędko.
— Czego tu chcesz? — zapytała się matka.
— Szukałem mamy — odpowiedział śmiało.
— Czego chcesz?
— Nic, nic, to ja potem powiem! I uciekł filut, czekając pod schodami, aż matka nie wyjdzie. Zaledwie za nią drzwi się zamknęły, wpadł do Ludwiki.
— Co to jest, Ludwisiu?
— Co to jest? pan się jeszcze pytasz! — odezwała się, płacząc ciągle dziewczyna. — Pan mnie zgubiłeś, — z pańskiej przyczyny stracę sławę, miejsce. — Mój narzeczony się dowie! O Boże, mój Boże, po cóż ja tam chodziłam do tego przeklętego ogrodu!