Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nich, aby ich nie urazić. Lecz mimo całej grzeczności Gustawa i usiłowań jego, aby się im, jeźli nie podobać, to przynajmniej znośnym uczynić, pan Perełka odrazu go osądził, wychodząc z salonu.
— Nie widać w nim nic — rzekł do swoich towarzyszów — zimny człowiek, pedant. Ale i nauki coś nie pokazuje. Zdaje mi się, że nawet bajek Krasickiego nie czytał. Kiwał głową na moje powinszowanie przyjacielskie, ale chwalił, chwalił — zimno.
Pan Płaksa przerwał mu: — Co ty go menażujesz, niedowarzone stworzenie! śmiał się ze mnie! sam widziałem, śmiał się!
— Z ciebie? — zawołali wszyscy z przestrachem.
— Widziałem, śmiał się, kiedym wiersze deklamował. Śmiał się! śmiał się! I nikt pojąć nie mógł, jak można było śmiać się z powiatowego romantyka, który w ogrodzie swoim postawił grób miłości i ołtarz przyjaźni!
— Mnie się zdaje — przerwał Kryptoped — chociażem go nie zbadał i nie poznał jeszcze, że musi być fanfaron. O machinach parowych rozprawiał i chciał mnie przekonać, że je jakiś pan Watt wynalazł, wówczas kiedy ja wiem dobrze, że to Papin! Co on ze mną o takich rzeczach chce dysputować! ale!
— A mnie powiedział — dodał bibliofil —