Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nic potem nie będą warci, i terazbym żadnego z moich chartów nie dał za nich wszystkich. Wołoch, chodź tu! Wołoch! skocz mi na kolana! o tak! pocałuj mnie! — I ściskając swego Wołocha, odezwał się do Gustawa:
— Jakże ci się, bracie, powodzi?
— Dobrze — odpowiedział Gustaw dumnie — dziękuję!
— Chorowałeś, żeś tak blady?
— Nie! taki zawsze jestem.
— Strzelasz? polujesz?
— Nigdy!
— Nigdy! a cóż robisz? — zapytał Franciszek z podziwieniem.
— Uczę się, pracuję.
— Polowanie to to praca! — zawołał myśliwy — a reszta głupstwo, dzieciństwo, babstwo, mnichowstwo, pojedziesz ze mną jutro na polowanie?
— Nie wiem.
— A! musisz zobaczyć, jak mój Wołoch chodzi, wszystkie charty siano za nim wożą. Zaproszę sąsiadów. Staniesz z fuzją na łączce Daniłowej, to i charty będziesz widział i strzelić będzie można, bo to niezły przesmyk. Ale jak chybisz! bracie! stęple cię nie miną.
— Tego delikacika to byście zabili — rzekł pan Werner.