Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie podoba mi się, — mówiła ciocia — nie nosi kołnierzyków!
— Minę ma desperata, — odzywała się matka — i czoło zmarszczone.
— Czy gra w szachy? — pytał ojciec.
— Za młody, — decydował wuj — czy był już gdzie na służbie?
— Chudy, pewno chorowity, lekcje nie będą regularne, — dodawała troskliwa matka — na co nam tę chorobę i kłopot wprowadzać do domu.
I po tej piekielnej próbie odprawiali go z niczem do domu. A potem znowu potrzeba było chodzić, prosić, upokarzać się. Dla jednych był za drogi, dla drugich za młody; ci chcieli Francuza, tamci Niemca, inni żeby umiał grać na fortepianie, malować olejno, tańcować, i nie wiem jeszcze wiele innych rzeczy, które w nim znaleźć żądali, jak dwadzieścia żelazek w jednych nożyka okładkach, każdy go obracał, jak starą suknię na tandecie, a potem rzucał od siebie! Ale to były preludja tylko smutne do życia pedagoga!
Samo życie! wy go sobie nie wyobrażacie, bogacze! Dobrze jest na takiem miejscu dwunożnemu zwierzęciu, co w sobie duszy nie czuje; lecz człowiekowi z czuciem, z duszą, ach biada mu, biada! lepiej, lepiej sto razy koło młyńskie obracać!