Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cha! pan Trepsza dawał mi za nią sławną swoją charcicę, nie oddałem jej!
— Jesteś do niej przywiązany — rzekł szydersko Gustaw.
— Dosyć! bo też wesoła, żwawa, rozkoszna; co to ona umie piosneczek! Jedyna, jedyna! — Wyjrzał przez okno. — No! ubieraj się prędzej, bo konie czekają, a słońce się podnosi jak na drożdżach; potem o Agatce, teraz do interesu! nie godzi się dla takiego dzieciństwa tak wybornego tracić poranku.
I wyjechali na polowanie, które czytelnikom darujem, nie chcąc opisywać wszystkich awanturek myśliwskich, których się łatwo domyśli każdy, kto choć raz w życiu był na polowaniu. Bo tam zawsze też same prawie wypadki, jednakowe żarty, tradycjonalnie podawane od pokoleń pokoleniom: o twardości skóry, gdy kto chybi, postrzeleniu, gdy trafi, i t. p. Gustaw jakimś przypadkiem zabił lisa, co mu zjednało wielką łaskę u Franciszka. Ale z całego polowania najlepszy był wesoły objadek myśliwców, nieoszacowanych czupiradeł, jakich rzadko można widzieć taką liczbę, tak dobraną. Był to cug z sześciu stworzeń złożony.
I. Pan Banifacy, stary szlachcic z starym brzuchem, który jeździł na polowanie, żeby miał okazję pić wódkę kilka razy, nie podając się w podejrzenie pijaństwa, i żeby chwalić się