Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


daje spokojności, póki nie spróbują szczęścia u każdej spotkanej kobiety. Tą drogą oboje dalej zajść mogli, niż chcieli, gdy ślepo szli zaufani, że zawsze czas będzie pokłócić się, pożegnać i cofnąć. Tymczasem oczy wszystkich zwrócone były na nich. Na wsi i w małem miasteczku wszyscy widzą co kto robi, domy są przeźroczyste, a słowa mają echa o cztery mile na około; — całe więc sąsiedztwo z przestrachem szeptało w niebytności panienek w pokoju, że pani Łucja oczarowała Alfreda, mszcząc się za panny, które przywilejem swego stanu pierwsze miały do niego prawo. Szeptali mężczyźni, że pan Alfred stał się przyjacielem domu Gustawa, śmiano się po cichu, dziwaczne robiąc domysły.
— On ich rozwiedzie pewno... — mówiły matrony.
— Wczoraj koło północy wracał stamtąd — dodawał stary sąsiad z przekąsem, stary sąsiad gaduła, który także nie raz po północy wracał z pod sąsiedniego folwarku.
— Pozawczoraj — mówiły po cichu w kątku panienki jedna do drugiej z tym anielskim uśmiechem, który u nich wszystkiemu, nawet obmowie towarzyszy; — pozawczoraj byli razem sami jedni na przechadzce!
Horrendum! — wrzasnął, podsłuchwszy pan Perełka, który zawsze mścił się za swoje