Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się z wrzaskiem ku mnie coraz bliżej, machający rękoma, wyjący tysiącem głosów. — I w miarę jak się zbliżali, robiło się coraz ciemniej, a pot lał się ze mnie i wszystkie nerwy drżały jak struny pod smyczkiem. Krew nawalnie biła w piersiach, w tyle głowy, na skroniach, serce skakało w piersi — wszystko się poruszyło, żeby się wyrwać z tej męki, lecz stałem na miejscu — a tłum wył i zbliżał się do mnie.
Już podchodzili i otaczali mnie w koło, ciemno się zrobiło zupełnie, tylko żółte ich kości świeciły na czarnem tle nocy i głosy buchały ze szczęk bezzębnych. Już byli koło mnie, za mną, przedemną, nademną — i bicie krwi z drżeniem nerwów ustało — zamarłem nieporuszony — ale czułem wszystko.
Jeden wysunął się z tłumu prosto do mnie, skoczył mi do piersi i porwał za suknię, wskazując, że nie miał głowy, a drugi, któremu brakowało ręki, krzyknął mi nad samem uchem:
— Oddaj nam nasze kości! rabusiu! złodzieju! nasze kości! oddaj mi głowę!
— Oddaj mi rękę!
— Oddaj mi nogę!
— Moje żebro!
— Moja kość pacierzowa! — I wszyscy rzucili się na mnie, szarpiąc za ręce, za głowę, za nogi, jakoby mnie rozerwać chcieli.