Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzekł Adam — stan lekarza jest okropny. Do tego com ci powiedział, dolicz jeszcze, że nasze oko widzi śmierć na twarzach przyjaciół, krewnych, żony, dzieci, rokiem wprzódy niż wszyscy! — Miła rzecz! Dolicz do tego, że my sami gryziem się całe życie, rojąc sobie choroby; że każdy z nas prawie, kurując suchotnika, szuka w sobie zarodu i symptomatów suchot; że każdy prawie, lecząc chorobę, jest w sobie jej zwierciadłem i dziwnym fenomenem moralnym, odbija wszystkie cierpienia, które go otaczają. — Jest to kombinacja samolubstwa z nauką. — Tulpius cytuje człowieka, który przez samo tylko czytanie dzieł lekarskich i chirurgicznych zmysły postradał, a Monro widział jednego, który pod sławnym Boerhavem słuchał medycyny, a będąc hypochondrykiem, ile razy znajdował się na prelekcji Boerhava, tyle razy wyobrażał sobie, że ma tę słabość, o której mówił profesor. Tym sposobem tak wyniszczał, że wpół zawodu swego, dla ocalenia życia, musiał go porzucić.
— Mimo tego, — rzekł Gustaw — na tem całe moje nadzieje. Muszę choć spróbować. Zaprowadź mnie na lekcję medycyny.
— Na jaką? — zapytał Adam ze śmiechem — czy myślisz, że jest jedna? Cha! cha! Medycyna jest to Briareusz sturęczny; składa się ona z tylu osobnych nauk, że trudno wyliczyć ich nazwiska. Przygotowaniem do niej są: fizyka, chemia,