Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przede drzwiami otarł nogi, pogładził czuprynę i gębę, chrząknął dla oznajmienia i puknął.
— Czy można?
— Któż tam? — zapytał Gustaw ze środka.
— Najniższy sługa — odpowiedział Perełka uchylając drzwi. — Może przeszkadzam?
— Proszę! — rzekł Gustaw rzucając książkę, z którą siedział u komina i wyciągnął krzesło. Literat obejrzał się po gabinecie książkami ubranym, w którym porozrzucane foljanty i drobniuchne leżały książeczki, oblizał się i rzekł z westchnieniem:
— Co to za szczęście mieć tyle książek!
Że tym sposobem zwykle zaczynają ludzie, którzy ich chcą pożyczyć, Gustaw spuścił głowę i nic nie odpowiedział.
— Jakże szanowne zdrowie Pańskie?
— Jestem zdrów.
— Mocno mnie to cieszy.
— Jeźlibyś Pan przypadkiem miał mi czytać swoje bajki — rzekł Gustaw po chwili — to proszę zaczynać, bo istotnie trochę jestem zatrudniony.
— Nie... dziś ich z sobą nie wziąłem — rzekł Perełka, macając się po kieszeniach i wyjmując tylko jakiś zwitek — to są tylko powinszowania. Tak! Czy znajome Panu to:
„W dzień twego imienia“.
— Słyszałem kilka razy.