Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z zabitego łosia, o którym tyle razy mówił, ile tylko mógł. Panu Bonifacemu brakło nietylko piątej, ale zdaje się, że nawet czwartej, trzeciej, drugiej i pierwszej klepki. Miał żonę i dzieci, ale o nich nigdy nie myślał; majątek, którym nie rządził; fuzję, z której nie strzelał i dwie stare książki, których nigdy nie czytał. Umiał wszystkie przysłowia i dykteryjki, jakie kiedy plątające się po świecie mógł złapać; zagadki, koncepta, anegdotki, historyjki, które tak regularnie odmawiał, jak zegar kuranty. Zresztą poczciwy z kościami człowiek, jak wszyscy poczciwi i dobrzy ludzie, co nawet głupstwa wielkiego zrobić nie potrafią.
II. Pan Trepsza, który miał sławną ową charcicę, ofiarowaną panu Franciszkowi w zamian za Agatkę. Stary szuler, stary kawaler, łgarz znamienity, burda, jakiego rzadko, myśliwiec zapalony, wąsacz, z wielkim łysym łbem, w którym się dopiekała reszta łgarstw, jakie miał w życiu swojem na świat wydać.
III. Pan Wincenty kozieł ofiarny tego towarzystwa, na którym się znęcano jak chciano, zacząwszy od pstryczków, a skończywszy na grubych łajaniach i pośmiewisku; pokorny, maleńki, z szaremi oczyma, z tupetem ryżym na siwiejących włosach. Kawaler, wesoły, jak zaświadczał nos czerwony i gęba szeroka z odwalonemi wargami. Kiedy mu pstryczki w nos