Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żeńskiej rozmowy, że państwo Werner nie byli już z sobą w zgodzie zupełnej jak dawniej i skryta wojna o dzieci wrzała w domu.
Cały wieczór pan Werner fajkę palił i perukę z ucha na ucho przeciągał, a pani Werner rozmawiała z Gustawem. O dziewiątej godzinie krzyk i hałas dał się słyszeć na dziedzińcu.
— To Franuś powraca z polowania — rzekła matka po cichu, z westchnieniem, kiwając głową.
Pan Werner zadzwonił. — Herbata i wieczerza czy gotowe? — krzyknął. — Pan Franciszek wraca!
A pod oknami słychać było szczekanie i skowyczenie psiarni: Pójdź tu! Od konia! Tu Zagraj! Tu Doskocz! Potem w sieni klasnął z harapa pan Franciszek na psy, które go obskoczyły i słychać było głos jego:
— Tłucz czy gotowa? hę? Tego łotra Antośka każę oćwiczyć! Kiedy wracam, psy natychmiast tłuczę mieć powinny! A może i o baranich nóżkach zapomniał? Oćwiczyć Antośka i Pawełka!
Pani Werner ruszyła ramionami. Pan Werner otworzył drzwi i rzekł:
— Oćwiczyć! Jak się masz, Franciszku?
— Zaraz, zaraz, papo, tylko tu jeszcze coś zadysponuję! I szepnął na ucho kilka słów dojeżdżaczowi, a potem, jak stał, obryzgany błotem, w ubiorze myśliwskim, w ciężkich butach, z trąbką i harapem, z dwoma nieodstępnemi chartami,