Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wbiegł do sali. Uściskał ojca, ukłonił się matce z daleka i spojrzał na Gustawa, zmrużając oczy i podnosząc wąsy w milczeniu.
Gustaw się zbliżył.
— To Gustaw! — szepnęła matka — czyś go nie poznał?
— Jak się masz? — odezwał się Franciszek przez zęby i odwrócił się tyłem do niego.
Cały w płomieniach poeta rzucił się na krzesło.
— Maryniu! — pomyślał — gdyby nie ty, noga by tu moja nie postała! Lecz dla ciebie wszystko zniosę, nawet upokorzenie.
— Czemu herbaty nie dają? — rzekł ojciec kwaśno. Zadzwonił. — A mówiłem o herbatę, czemuż nie dajecie? Pani Werner wstała sama i poszła. Franciszek rozwalił się na kanapie ze swemi dwoma chartami i ziewnął szeroko. — Polowanie mi się nie udało, wszystkim psom każę w łeb postrzelać, a strzelców oćwiczyć!
— Warto — odpowiedział pan Werner — bo dlaczegoż polowanie się nie udało? Tyś się znudził! Wypędź tych strzelców i kup psy lepsze!
— Za jedną chartkę, pan Trepsza chce 400 złotych, gdybyś mi dał ojcze pieniędzy, kupiłbym ją.
— A jakże! trzeba kupić! — odpowiedział ojciec — czemuż oni tej herbaty nie dają?
— Eh! ci słudzy — rzekł Franuś — wszystkimbym zęby powybijał. Matka ich nadto pieści,