Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozkoszy, dlatego, że była złudzeniem. — Złudzeniem! powiedzcież mi, co na ziemi jest złudzeniem, a co prawdą?
Wasze prawdy zabijają się, jak dzieci Kadmusa: wiek jeden zabija drugi, nauka naukę, doświadczenia nowe, dawniejsze; i u was niema prawdy! Widzicie ją gdzieś za chmurami, idziecie do niej jak pijany za ognikiem po błocie; ugrząźniecie! ugrząźniecie! Skarby prawdy przeglądają do was, jak trupie kości za zasłoną nieprzejrzystą, za którą zdaje się wam, że widzicie twarz i życie — lecz odkrywszy zasłonę znajdziecie trupie kości.
Powiedzcie mi, mędrcy, szczerze, z ręką na sercu, czy był choć jeden z was, któryby w chwili zadumania, spoczynku, usypiając lub nudząc się, nie pomyślał o sobie, o swojej mądrości i nauce swojej: wielkie nic!
Powiedzcie szczerze — każdy z was śmiał się pocichu z siebie, bo wasza mądrość ziemska jest nikczemną i tak suchą, że ten, co się z nią raz złączy, traci na zawsze smak do życia, wiarę i nadzieję!
Mędrcy, cóżeście zrobili z kobiety, z tego drogiego kwiatka biednej naszej ziemi? — machinę, która kocha z potrzeby, płacze jak chmura, gdy się w niej łez nazbiera, kocha jak boa, kiedy się głodny koło swej pastwy obwinie. Cóżeście zrobili z jej najpiękniejszych uczuć: