Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cukru, karmią ostatkami pozawczorajszych półmisków, śmieją się z niego w oczy jemu, sama pani prosi go o podejmowanie kłębka, sam pan krzesła z pod niego odbiera!
Nie liczyłbym tych biednych komarzych ukąszeń, gdyby w nich nie było umyślnego jadu i moralnego upokorzenia, posuniętego do tego stopnia, że pan guwerner nigdy swojego zdania mieć nie może, a jeśli się kiedy dopomnieć o nie waży, przyjmą to ruszaniem ramionami, podziwieniem, oburzeniami i śmiechem!
Więcej wam o tem męczeńskiem życiu nie powiem. Jeśliście go z tych kilku rysów nie pojęli, już go nigdy nie pojmiecie.
O! ileż to razy, przez te gorzkie cztery lata płakał nad sobą Gustaw! jakże coraz dalej od niego odsuwało się szczęście, które w urojeniach dziecinnych tak było blizko niego! Ileż to razy przez te cztery lata czyśćcowe zazdrościł bogaczom, którzy żyją spokojnie, nie umieją cenić tej drogiej niezawisłości, tej swobody życia, która do nich całkiem należy!
O! myślał sobie nieraz: Marynia i ja, przedzieleni jesteśmy na wieki! Cóż ona pocznie?
A od niej żadnej nie było wieści; czasem tylko państwo Werner pisali do niego i dokładali: wszyscy cię ściskają serdecznie. Marynia w pierwszym tylko roku pisywała ukradkiem, potem przestała. Gustaw nosił jej pierścionek,