Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się po drugi raz z więziena i uciekł do Amsterdamu sam jeden, bez grosza, z jedną suknią na grzbiecie, z głową tylko i ręką.
Przypadkiem trafił na przekupnia obrazów, kłóry mu dał schronienie; — Tu dopiero z niemałą radością przekonał się, że i w Amsterdamie znajome były jego obrazy, niemało cenione. — Możeby o tem wątpił, słysząc tylko, lecz gdy jeden amator dał mu sto czerwonych złotych za świeżą jego robotę, odebrawszy te pieniądze, rozsypał je na łóżku i jak szalony tarzał się po złocie uradowany! Biedne dziecko!
Potem poleciał z workiem pieniędzy, pozbierał towarzyszów na ulicy, i z nimi, otoczony obdartusami, ulicznikami, ludem brudnym, z którego wyszedł jak kwiat z pod czarnej ziemi, — pobiegł, zamknął się w karczmie, i skarb swój przepił, rozrzucił, strawił do ostatniego grosza. Potem powrócił do przekupnia.
— Gdzieżeś podział pieniądzie?
— Pozbyłem się ich — odpowiedział — żeby mi nie dokuczały!
Cudna odpowiedź, mająca tę niespokojną chęć używania, która nie dozwoliła mu póty wziąć się do pracy, póki tylko mógł się obejść bez niej, niespokojnośś człowieka, któremu dotąd życie było gorzką zagadką pracy i cierpienia, a które jednak garść złota zmieniła w potok rozkosznego odurzenia! I tak całe jego życie