Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


długo ciężyła, Łucja cieszyła się teraz jak ptaszek, który wyleciał z klatki i dla spróbowania skrzydeł puścił się naprzód siebie: — cała zajęta sobą, nie miała czasu pomyśleć nawet o szczęściu Gustawa.
W końcu roku nie widząc odmiany, — uzbroił się poeta w rezygnację, stał się zimny, zamyślony, smutny. Łucja i on nie rozmawiali już z sobą prawie, tylko przy gościach: co jak każdemu wiadomo, jest bardzo wyraźnym symptomatem nieukontentowania, częstym u osób, które nie porożniwszy się jeszcze wyraźnie, już się nie lubią. W domu przemawiali do siebie po kilka tylko słów nieodbicie potrzebnych, które są chlebem powszednim. — Dzień dobry, dobra noc! jak ci się spało? — Głowa mnie boli! piękny dzień! — Trochę chłodno. — Czemu mi w piecu nie napalą? i t. p. Zresztą wziąwszy książki w ręce, siedzieli całemi godzinami koło siebie na kanapie, nie myśląc wcale o sobie. Nie rozprawiali już o literaturze, grzeczni byli z uprzedzeniem dla siebie, ale w tem wszystkiem za grosz serca nie było.
— Zimna kobieta! — myślał Gustaw.
— Zimny człowiek! — myślała Łucja.
I tak z tego poetycznego życia, które widzieli przed sobą, nim się złączyli, po kilku śmietankowych tygodniach, zostało się suche i nudne życie dwojga samolubów przykutych do siebie.