Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tycznym sposobem często na uczucia tej natury wpływają. — Rozeszli się więc po tej muzykalnej rozmowie, nie tak obojętni, jak trochę rozgniewani na siebie! a bardziej jeszcze zgody pragnący. — Poznał Gustaw obudzające się w Marji uczucie, i już powoli zaczął w niej upatrywać podobieństwo i tożsamość z dawną Marją swoją, tak dalece biedny potrzebował drugiego serca, któreby sercu jego biciem i uczuciem odpowiedzieć mogło.
— Cóż to jest, żeście z Marją tak na zimno? rzekł mu Franciszek cicho, — czy się gniewacie?
— O! bynajmniej, odpowiedział Gustaw, — lecz mogłeś uważać, że tak samo było i za pierwszym razem, kiedym tu był.
Franciszek zagryzł usta. — Goście grali w karty.
— Ty nie grasz? zapytał Gustawa pan Werner.
— Nigdy!
— Bardzo dobrze robisz, mogłoby to wejść w nałóg; często powtarzam Franciszkowi, że nic gorszego nad karty! — Gustaw się uśmiechnął, pewny będąc, że wszystko, co teraz zrobi, będzie zawsze najlepszem. Chciał sam jeden podumać, ale mu nie dano chwili spokojnej, wszyscy się go z kolei czepiali, a on uśmiechał się szydersko, widząc te nadskakiwania osobliwsze. Nawet p. Trepsza gadał z nim o polowaniu, nawet p. Bonifacy cztery razy opowiedział