Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale On jest wszędzie — rzekł Gustaw — w kwiatku, w słońcu, w koło. Franiu, pomódlmy się do Niego, ty za papę i mamę, ja za swoich, chociaż już poumierali.
— Ja się będę modlił wieczorem! Wio, hop! wio, hop! — I pobiegł na koniu, a za nim Marynia z lalką, na której wahał się wieniec, gubiąc po drodze składające go kwiatki, jak człowiek gubi po drodze życia swoje złudzenia i nadzieje.
Nie zrozumiany od swoich rówieśników Gustaw, sądził chwilę, że wszystkie jego myśli były tylko dziwacznem marzeniem. Potrzebował się przekonać, że miał słuszność, bo serce jego mu to mówiło, potrzebował wylać się komuś takiemu, któryby go zrozumiał, pobiegł więc do ciotki.
— Proszę cioci — rzekł Gustaw wchodząc do pokoju — wszakto Bóg tak pięknie poubierał kwiatki.
— Tak, moje dziecię.
— A wszak na to są kwiatki — przerwał mu Franuś — żeby je dzieci zrywały?
— Wszak prawda, że nie? — zawołał Gustaw — wszak kwiatek żyje, ciociu, wszak kwiatek kocha kwiatki, jak człowiek człowieka.
— Kwiatek, moje dziecię — odpowiedziała pani Werner — nie kocha dlatego, że nie ma ani duszy, ani myśli, kwiatek jest dla człowieka pokarmem, ozdobą, lekarstwem.