Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gustaw wchodził właśnie i usłyszał te ostatnie słowa. Serce jego oburzyło się, chciał uciec; lecz ciotka w tej chwili pochwyciła go w objęcia i po macierzyńsku uścisnąwszy:
— A jakżeś mi wyrósł mój Guciu! — krzyknęła; — jak wyładniał! Jakżem rada, że cię widzę!
— Chodźże, chodź! odpocznij, a na długoś do nas przyjechał?
— Na bardzo krótko — rzekł Gustaw, witając ozięble pana Werner — dowiedzieć się tylko o Ich zdrowiu i po tak długiem niewidzeniu...
— Proszę siadać — przerwał Werner z niechęcią i sam usiadłszy, zaczął świstać i nogą tupać, co było znakiem jego gniewu.
— Jakże ci się Guciu powodzi? — zapytała ciotka.
— Pracuję — odpowiedział — źle mi się wiedzie.
— Domyśliłem się tego — rzekł po cichu pan Werner do siebie. — Przyjechał prosić pieniędzy, ale zje djabła!
Gustaw oglądając się w koło i czekając z bijącem sercem Maryni, roztargniony patrzał po wszystkich stronach.
— Gdzież jest brat Franciszek? — zapytał, nie śmiejąc o nią się dowiadywać.
— On, jak zawsze, poluje; wróci zapewne wieczorem.