Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszedł Gustaw, pan Adam porwał się z krzesła, ścisnął rękę i prosił siedzieć z uśmiechem.
— Cóż tam porabiasz, mój młody przyjacielu — rzekł do niego — nudzisz się w mieście?
— O bardzo! — odpowiedział Gustaw — i właśnie dlatego przyszedłem do ciebie, naradzić się z tobą. — Chciałbym się uczyć.
— Nic łatwiejszego! ale czegoż chcesz się uczyć? Byle nie medycyny! — zawołał ze śmiechem, udając fanfarona. — Wiele pracy, a korzyści mało. Sama z siebie nauka oparta na macankach, niepewna. — Możesz mi wierzyć, bom sam doktor, — i wskazał na patent — a nie myśl, żebym ci przez zazdrość odradzał; jest chwała Bogu dosyć chorych, a dwa razy tyle głupich! wystarczy dla wszystkich.
— Właśnie myślę się uczyć medycyny, — rzekł Gustaw — jest to stan, w którym można być bardzo użytecznym.
— Albo bardzo szkodliwym — przerwał Adam.
— Na tej nauce, mój Gustawie, zetrzesz czucie i wiarę, staniesz się materjalistą, ateuszem, przed czasem się zestarzejesz, będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Z daleka śliczną jest rzeczą medycyna; człowiek szlachetnej duszy może ją kochać jako środek pomożenia ludziom; ale medycyna dla zysku jest to prostytucja.
— Ta praca jak każda inna wymaga zapłaty — odpowiedział Gustaw.