Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zamienił na szarą kapotę ubogą, w której chodził za młodu po rodzinnej dolinie? Powiedzcie ludzie, jestże z was który, coby nie zadrżał na samo imię młodości, coby nie wystawił w duszy swojej ołtarza jej pamiątkom? Biada temu, kto nie ma wspomnień; bo przeszłość jest podporą, na której się idzie do przyszłości!




XV.
Odwiedziny.
To jest on brzeg szczęśliwy!
Kochanowski, Fraszki. Ks. II.

— Któż tam zajechał przed ganek tą nędzną bryczyną — rzekł pan Werner, wyglądając oknem. — Pewno jakiś szlachcic z prośbą, albo bernardyn po kweście — niechaj tam w sali poczeka. — Zapytajcie się czego tam chce?
Służący poszedł i wrócił.
— To pan Gustaw!
— Siostrzeniec mój! — zawołała poczciwa pani Werner, rzucając pończochę.
— Pan Gustaw! — mruknął Werner, poprawiając peruki. — Pewno goły jak bizun przyjechał prosić pieniędzy, hm! powiedzcie mu tam, że jestem chory, że się widzieć nie mogę!