Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kazując językowi: Nie pójdziesz dalej! — którzy całują z uszanowaniem słowniki, przysięgają na gramatykę, żyją zgniłemi cytacjami i umierają wśród oklasków tłumu, chociaż ten sam nie wie, za co ich wynosi.
Śmiał się ze wszystkich sznurujących imaginację, wiążących fantazję za nogi regułami, bałwochwalców starożytności, odopisarzy, elegjopisarzy, poematopisarzy, nazywających się poetami, a umiejących ledwie nędzne rymy dobierać i sylaby liczyć, bez jednej iskierki niebieskiego ognia w duszy, bez zapału, bez wiary, piszących dytyramby na zimno, odgrzewane przy kominku i flaszce, tragedje na stoliku z herbatą, elegje wśród kłótni domowych o pietruszkę i cebulę.
Śmiał się z tych wszystkich, co piszą, nie rozumiejąc siebie ani pisania, bez powołania, lecz z okoliczności, jak szewc dla chleba szyje buty, a parobek drwa rąbie, o każdej godzinie, każdego rodzaju, byle zapłacono!
Śmiał się z tych, co uczą smaku, co wlewają zapał i czucie, co robią poetów, jak garnki z gliny, co rozwijają talenta, talenta! które się same rozwijają bez pomocy, życiem i nauką dobraną i posilną. Z tych wszystkich śmiał się Gustaw i płakał nad nimi. Ach! uczyć poezji! nie jestżeto cud? nie jestżeto wdawać się w boskie rzeczy, w stwarzanie? Poetę możnaż skleić,