Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a wszyscy mi się będą kłaniać i w ręce całować. I nie będę miała niańki, ani lalki, będę gadać dużo i śmiać się przy gościach, wolno mi będzie napierać się do śniadania — bo będę bardzo ładna. Otóż jeden pan bogaty zobaczy mnie i ożeni się, wówczas kupim sobie dwoje dzieci, i będziem chować i kochać, tak, jak papa z mamą nas. A potem jak się zestarzeję, to będę tak jak pani kasztelanowa; zamiast lalki, będę miała szpica, będę nosić okulary, codzień chodzić na mszę, łajać wszystkich, robić pończochę i ziewać.
— A ty, Gustawie, jakiegoż chcesz życia? — jakby ci najlepiej było?
Dziecię się zarumieniło, spojrzało w koło i odpowiedziało ze łzami:
— Ja będę myślał o Bogu i o kwiatkach.
— Czyż będziesz tak szczęśliwy?
— O nie! — odpowiedział sierota, łzy ocierając. — Nie będę szczęśliwy, aż zobaczę papę i mamę.
Ciotka spojrzała na niego i z wzruszeniem przycisnęła go do siebie, całując w czoło, ale słowa nie odpowiedziała.
— Wszak oni kiedyś wyjdą z tego cmentarza, z pod tej trawy co na nich rośnie, i kamieni, co ich gniotą? — zapytał cicho. — Wszak ja ich zobaczę, ciociu? wszak oni mnie będą tak kochać, jak ciocia Marysię i Frania?