Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po kilku dniach przyszedł po rękopism. Księgarz mu go oddał z niskim ukłonem.
— Bardzo przepraszam! ja go nie nabędę!
— Dlaczegoż?
— Interesa, jestem tak zawalony! Niech się pan nie gniewa, ale w istocie — bardzo przepraszam. Prawdziwie — zresztą — mógłbym coś ofiarować, ale tak małe i niepewne zyski, że honorarjum jest prawie żadne.
— Jednakże, naprzykład! — zapytał Gustaw.
— Kilkanaście rubli! — odpowiedział księgarz.
— Za dwuletnią pracę! — wykrzyknął poeta.
— To się więcej pisze dla sławy, niż dla zysku, — odpowiedział gryząc usta typograf.
— Więc przyjmuję, — rzekł Gustaw, — ale chciałbym pięknego i jak najprędszego wydania.
— W przeciągu roku! — odpowiedział księgarz niedbale; co się tyczy zapłaty, pomówimy o tem, niech pan rękopism zostawi. Może pan wziąć honorarjum książkami, mam wiele ksiąg naukowych, doskonałe dykcjonarze, zresztą zobaczymy po wydrukowaniu.
I już miał wychodzić, unosząc rękopism do kancelarji, gdy Gustaw mu go wziął z rąk i ukłoniwszy się, wyszedł nic nie mówiąc. Ta sama scena powtórzyła się z małemi odmianami u wszystkich współbraci księgarza i wówczas dopiero przekonał się Gustaw, wielą to trudnościami dochodzić trzeba do nędznej sławy i nędz-