Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podejrzenia wymyślacie. — To siedmdziesięcioletnia kobieta!
— Bywają przykłady! — odpowiedział p. Bonifacy, — wiem właśnie jedną anegdotkę stosowną.
— Daj temu pokój! rzekł Trepsza niecierpliwie, — ot lepiej zaproponujemy mu wista. Możemy go ograć. — Z rozegranej wyniknie faraonik; — trzeba łyka drzeć. I zaraz rozpieczętowawszy talję kart, podał Gustawowi cztery jak zwykle do wyboru.
— Ja nie grywam nigdy, — rzekł Gustaw, — długie ubóstwo nauczyło mnie oszczędności, — nie było co przegrywać, teraz nie umiem.
— Ale jakto nie umieć, — rzekł, nalegając p. Trepsza, — dla kompanji! dla kompanji! to może jaką inną grę — na prawo, na lewo — to bardzo łatwo, a wieczór tak długi.
— W tym domu, — rzekł Gustaw z uśmiechem — będzie mi się pewno bardzo krótki wydawał. — Odstąpił przecie natręt, lecz mimo tego, założył banczek w nadziei, że się Gustaw do niego później przyłączy; — choć bardzo się na tem omylił. W położeniu Gustawa to było najśmieszniejsze, że nie bardzo jeszcze dawno, w tym samym domu, od tych samych osób, pogardzony, zapomniany siedział w kącie; teraz w jego osobie oddawano podły hołd złotu, które do niego przyszło. — O ludzie! — pomyślał, — o głupcy! trzeba być ubogim, ażeby