Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


u kominka, przy butelce, przy jakiej Laurze łagodnej, rozkosznej, która nie broni się od pocałunku i sama leci w objęcia! A ty siedzisz sam jeden??
— Patrz! czy widzisz te okna oświetlone, tam się śmieją i bawią, a ty siedzisz? Czy widzisz ten ogród, ile tam kapeluszów kobiecych, jak poufałe wiatr niesie rozmowy? Tam ktoś czeka na ciebie, ktoś tęskni i wygląda za tobą — ty siedzisz??
Wszystko to podsuwa ciało i tysiąc innych pokus uwija się w koło, aby wyrwać pióro, podrzeć papier, odepchnąć książki, potłuc i pomięszać myśli. — Czasem z daleka usłyszany urywek rozmowy, srebrny głos kobiecy, śmiech pusty, lub cokolwiek wyobrażającego świat, wpada do ucha, bije w serce pustelnika, zatrzymuje pióro, wytrąca księgę na chwilę. — Tamte rozkosze dotkliwsze są, rzeczywistsze, a więcej pochłaniające, sięgające głębiej w człowieka, ciągną jak przepaście, czarują jak oczy wężowe — dusza waha się, a ciało nie daje wytchnienia, zabija nowemi dowodami na swoją stronę. — Wówczas zwyciężony rozbijasz nogą ksiąg stosy, krajesz swoje rękopisma na papiloty, wylewasz atrament za okno, rzucasz pióra na śmiecisko, a myśli swojej głowy w kąt izby, ubierasz się, idziesz, bawisz, śmiejesz się, lecz nie długo! Odurzony z początku, prędko poża-