Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tam cały ogień i życie! Jak jej przywiązanie dalekie od miłości Marji! Biedna Marja! ona mnie tak kochała! Niema jej, — i kwiatki moje powiędły, a nikt o nich nie pomyśli, ani o mnie. Łucja więcej siebie niż mnie kocha, Łucja mnie rozumie, to prawda, ale zrozumiawszy, zawsze się sprzecza.
W istocie Gustaw nie mógł być szczęśliwy z tą kobietą, ona była całkiem sobą zajęta, nie myślała ani o domu, ani o Gustawie, tylko o książkach, o literaturze, o sławie, a do tej próżności łączyła jeszcze zalotność, niewinną zupewne, ale przerażającą. Prawda, że się to wszystko nagradzało wieczorami przepędzonemi w ogrodzie nad rzeką, w bzach kwitnących, słuchając śpiewu słowika, dumając o niebie; ale dnie są dłuższe od wieczorów, a w dzień często z tego nieba trzeba było zstępować do piekieł. Bo te drobnostki, któremi Marja tak dobrze umiała rządzić, zaniedbane, sprawiły nieład poetyczny, w którym i poecie nawet trudno było wytrzymać. On na nią, ona na niego winę składała. Prócz tego w ciągłych sporach literackich, nie zgadzając się z sobą w smaku, powoli ścierali przywiązanie do siebie i drażniąc się ustawicznie, powoli zaczęli sobą przykrzyć oboje. Nareszcie póki jeszcze nie odkryli przed sobą wszystkich swoich słabości, póki się nie ujrzeli nagimi moralnie przed sobą, poty tylko trwał urok; potem oziębli,