Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co ty pleciesz, Gustawie? — zawołał sam pan Werner grubym głosem, wstając z kanapy, na której spokojnie fajkę palił. — Ciotka wie o tem lepiej od ciebie.
Gustaw zamilkł, bo się bardzo wuja lękał, zamilkł, i spojrzawszy na róże, kwitnące na oknie w wazonie, pomyślał sobie:
— One tu same nie przyszły, biedne niewolnice; jak ich kwiatki pozwracały się do okna, jak wyglądają na podwórze, jak im tu ciemno być musi! — jakie blade! Tamte róże, co rosną pod oknem na świeżem powietrzu, daleko są piękniejsze.
— Ciociu — zawołał znowu, pociągając ją z lekka za suknię i lękliwie na wuja spoglądając, wszak te róże są z ogrodu?
— Z ogrodu!
— Te same?
— Te same. — Potem umilkł i zamyślił się.
A Franuś budował pałac z kart na stoliku i dmuchaniem go walił. Marynia prowadziła żywą mowę ze swoją lalką. Gustaw patrzył i myślił.
— Ciociu — rzekł po cichu, widząc pałac Franciszka walący się — czy tak i nasze domy popadają, kiedy mocny wiatr zawieje?
— Czasem, kiedy są źle budowane, to się zdarza.
— A kiedy są dobrze zbudowane, to stoją zawsze?