Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XIX.
Nazajutrz rano.
W godzinie wszystko Bóg wywróci snadnie.
Kochanowski, Ks. I. XIV.

Nazajutrz rano Gustaw wyjeżdżał, nie płacząc jak wprzódy: blady, smutny, w niemej rozpaczy. Żegnał się ze wszystkimi: panna Marja siedziała w oknie i oskubywała wielki bukiet białego bzu, śpiewając znowu o motylu. I powóz już był przed gankiem, jeszcze go ciotka błogosławiła na drogę, a pieśń o motylu zawsze jednym głosem nucona, brzmiała w oknie nad jego głową.
Spojrzał, chciał choć jednego wejrzenia na całe życie, i tego nie dała Marynia, bo bukiet tak był wonny! możnaż było porzucić go dla Gustawa? Matka posłała po nią, aby się pożegnała z bratem. — Jestem chora! — odpowiedziała posłańcowi i nuciła ciągle!
Wyjechał, a w bramie jego nędzna bryczka spotkała wytworny koczyk, karemi anglezowanemi końmi zaprzężony, w którym siedział przystojny mężczyzna.
I widział jak Marynia wychyliła się z okna, jak on się jej ukłonił, a ona do jego kocza rzuciła bukiet bzów, który trzymała w ręku.
Widział to, i pojechał.