Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


płacić powinne. — Dała mi swego patrona — czyż nie dosyć?
Ale nazajutrz rano poszedł do staruszki, która z pończochą w ręku, czekała już na niego; przed nią leżał papier bielejący z daleka na stoliku, i jakiś jegomość rumiany i tłusty chodził po pokoju. Poznał go Gustaw — był to ten sam prawnik, który mu odradzał naukę prawa. Przywitano się, usiadł. Po chwili obojętnej rozmowy staruszka wzięła papier ze stolika i oddała go Gustawowi.
— Moje dziecię, — rzekła, — tyś jeden w mojem życiu pokazał mi, że ludzie czynią czasem dobrze z serca i nie są wszyscy zepsuci. Dałeś mi życie, którego wówczas i teraz nie ceniłam, znam jednak wartość twojego uczynku. Bóg oddał mi bogactwo, bez któregobym się była obeszła, dlatego, żebym ci choć cząstkę długu oddała.
Gustaw nie zajrzawszy do papieru, położył go na stole i całując rękę staruszki, te słowa powiedział do niej powoli:
— Mój uczynek niewart jest nagrody, a co uczyniłem z serca, to się sercem zapłaciło. Jakakolwiek jest ta nagroda, ja jej przyjąć nie mogę.
— Musisz przyjąć, kochanku, przerwała staruszka, ja na starość nic nie potrzebuję, moje dzieci mają dosyć. — Będę mieszkać przy tobie. Weź, weź, mój drogi! bardzobyś mnie zmartwił.