Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gustaw w strasznym był kłopocie, nie wiedząc jak dziękować staruszce, która zdawała się więcej uradowana od niego.
— Jak tylko rok ostatni dzierżawy upłynie, powiedziała, obejmiesz zapewne majątek na siebie, a tymczasem będziemy mieszkać w mieście.
— Jak Pani każesz, odpowiedział Gustaw.
— Jak chcesz, odpowiedziała staruszka. — Tymczasem najmij mieszkanie blizko, albo w tym samym domu, moje dziecię, i użyj choć cokolwiek majątku. Lubisz książki, naukę, ja ci zrobię znajomości po świecie, powinieneś się ożenić, koniecznie się ożenić. Będziecie mieszkać przy mnie i wami się przynajmniej pocieszę. Tymczasem zostaw mnie samą, bo mam pacierze do odmówienia, i idź odpocznij.
Gustaw wyleciał na ulicę, zawsze myśląc, że mu się śni ta nagła zmiana położenia. Przyszła mu na myśl Marja, ale przypomniawszy sobie jej zimne przyjęcie, spuścił głowę na piersi, westchnął i pomyślał: Moja Marja umarła!
Przerwał mu tę myśl lekarz Adam, który już wiedząc o tem zdarzeniu, o którem całe miasto gadało, chwycił go i uścisnął.
— Winszuję ci, rzekł śmiejąc się wesoło. — Śmiałem się z ciebie, gdyś tę staruszkę wyratował, lecz to ci szczęście przyniosło. Odtąd będę utrzymywał, że niema lepszej rachuby jak chodzić po ulicach i ludzi z pod koni ratować.