Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I! nic mu nie będzie — zawołał Franciszek, śmiejąc się. — Gadajże, Gustawie! nu! co nowego, co śmiesznego? lubię śmiać się po polowaniu! no! Guciu!
— Nic nie wiem śmiesznego! — odpowiedział Gustaw.
— Nudny jak lukrecja! — szepnął syn do ojca.
Podano herbatę.
— Nie widziałeś Maryni? — zawołał po chwili, zalewając się ponczem. — Śliczna dziewczyna, aż mi żal, że to moja siostra! jak łania dziewczyna! Wszakżeście się kiedyś podobno kochali — dodał śmiejąc się do rozpuku.
Oczy Gustawa zaiskrzyły się. Pan Werner wyjrzał oknem, tupiąc nogą. Pani Werner rozlała herbatę. — Cóż! wszak tak? — powtórzył Franuś.
— Jak siostra i brat! — przebąknął niewyraźnie Gustaw.
— Oj nie, inaczej! Jak kozieł i sarna — odpowiedział rad z konceptu, rycząc ze śmiechu, dowcipny braciszek. — Tak! tak! było to coś! cha, cha! — Gustaw zmięszany, już nie wiedział co począć.
— Teraz jak ją zobaczysz, to cię djabli wezmą ze złości, żeś tak ubogi — kończył nielitości wy Franciszek — ale teraz nie wiem, czy sobie dawne dziecinne miłostki przypomni. Strasznie? musisz być goły! Byłeś podobno guwernerem