Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oleś szalał, a Marja była smutna. Każdy inaczej tłumaczył sobie ten smutek, — jeden Gustaw go rozumiał.
Z wieczora, jak zwyczajnie, Oleś odjechał do domu. Wieczór był piękny, i chociaż jesień na drzewach wypłowiła liście, pozrywała kwiaty, pożółciła trawy, niebo jednak było jasne, słońce ciepłe jeszcze, powietrze lekkie. Tylko jakby przeczucie zimy wisiało nad uwiędłym a jeszcze żywym światem.
Wśród powszechnego zajęcia Gustaw zostawiony sam sobie, wyszedł do ogrodu, i jak zawsze kierował się magnetycznym pociągem do tej ławki pod kasztanem. Szedł powoli — i zdawało mu się, że słyszy szelest sukni. Spojrzał, pod bzami, w ciemności, świeciła biała suknia. Marja siedziała na ławce ze spuszczoną głową, oparta na ręku, z chustką na oczach, — siedziała i płakała. Zadrżał i stanął. — Czegoż ona płacze? pomyślał, wszak sama zerwała ślub naszej młodości? miałażby płakać po mnie? miałażby mnie żałować?
Postąpił kilka kroków i stanął. — Marja obudzona podniosła głowę.
— Zawsze się tu spotykamy — rzekł po cichu. — Jest to nałóg dzieciństwa. Serce prowadzi zawsze w jedną stronę!
— Zapewne to raz ostatni — odpowiedziała Marja. — Serca nasze dawno się nie znają,