Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjmowała nie rozumiejąc i nie pojmując jego charakteru, nie mogąc często pojąć myśli, z zimnem posłuszeństwem słuchała tylko biernie słów jego, przyjmowała cześć, która ją otaczała, i rozumiała, że tak być powinno, nie wiedząc dlaczego. Często pokazywała się między nimi ogromna różnica charakteru i upodobań: kiedy Gustaw chciał błądzić po księżycu, słuchać słowika i dumać z nią na przechadzce, ona przypominała mu godzinę wieczerzy lub spoczynku, rozbijając jego myśli niebieskie i złudzenia swojemi ziemskiemi prawdami, swoją ziemską, zimną rzeczywistością. Kiedy jej mówił o dawnej dziecinnej miłości, ona mówiła, że woli teraźniejszą; często wśród dumań poety, przybiegała go rozerwać drobnostką jaką domową, często gdy głośno marzył o świecie i niebie, przerywała rozmową o sukience, o spodziewanych dzieciach, o jedzeniu i t. p. To prędko przekonało Gustawa, że poeta chcący zostać poetą na zawsze, nie powinien się pętać w małżeństwo, kochać tylko z daleka, tylko na krótko, żeby nasycenie i zbliżenie do rzeczywistego, materjalnego życia, nie zabiło jego najdroższych urojeń. Przekonał się biedny, że niema aniołów na ziemi, chociaż ich skrzydła przyprawia czasem ludziom chwila miłości, chwila odurzenia, w której nikną wszystkie wady ludzkie, oświecone zapałem: przekonał się, że szczęście poety zawsze w dumaniu