Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w zadumianu nad rzeką niż w salonie, zostawiał im zupełnie wolne do wszystkiego pole, z początku do opowiadań z podróży, potem do niemniej zajmujących rozmów o różnych rzeczach, które równie w domu widzieć można, jak za granicą. Ale z początku przynajmniej nie było żadnej złej myśli w postępowaniu Łucji, chciała się tylko podobać jemu, jak każdemu, zyskać pochwały, zadziwić, odurzyć, wszystko to w najniewinniejszym sposobie. Wszak tysiące kobiet robi toż samo bez żadnego celu. Alfred zaś, którego Francja popsuła, wziął to zupełnie z innej strony: zaczął udawać zakochanego i rozpoczął romans formalny od wejrzenia do ściśnienia ręki, od ściśnienia ręki do westchnień, od westchnień do rozmowy dwuznacznej, potem do wyraźnej, potem do listów! A wszystko to beż żadnej zapewne złej myśli! Łucja widziała w tem tylko chwilową zabawę, której była głodna; w listach szukała tylko niby opisów podróży, a jeśli czasem do opisu wmięszało się coś ubocznego, jaki epizod sentymentalny, jaki mistyczny wykrzyknik, apokaliptyczne zapytanie: brała to w prostocie ducha za naśladowanie Sterna lub jakiego nieznajomego autora. Lecz powoli z listów znikły zupełnie opisy, a ich miejsce przywłaszczyły zwykłe miłosne wykrzykniki, protestacje, et caetera. I to jeszcze nie zdawało się jej