Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja zawsze jestem w domu — odoowiedział Gustaw tupiąc nogą. — Wiesz Pan, że taka przestroga zasługuje na dobrą naukę przez wdzięczność? kawał Pańskiego nosa powinienbym mu uciąć na pamiątkę, żebyś się w cudze sprawy nie mięszał... Powiedz to WPan tym głupcom, co go tu przysłali. — Perełka już był u drzwi i nie czekając, aż go wypchną, sam uciekł, ruszając ramionami i mówiąc sam do siebie:
— Kalkulowałem na obiad! tfu! trzeba mu to było powiedzieć po obiedzie! Gdzież teraz będę jadł obiad, chyba u kasztelanowej!
Na korytarzu spotkała go Łucja biegnącego.
— Nie! nie... upadam do nóg, bardzo się spieszę, bardzo mi pilno! upadam do nóg! — odpowiedział Perełka, lecąc co tchu do bryczki.
— Cóż to jest? — pomyślała Łucja — muszę pójść zapytać Gustawa. I śmiejąc się poszła na górę... Otworzyła drzwi... Gustaw chodził blady po pokoju, włosy miał najeżone, oczy iskrzące.
— Cóż ci jest? — zapytała Łucja — chory jesteś, musiałeś temu biednemu Perełce co przykrego powiedzieć, bo uciekł stąd jak szalony. — Gustaw uśmiechnął się szydersko w milczeniu, Łucja poprawiła drewka na kominie, spoglądając na niego z ukosa. Po chwili głębokie westchnienie zakończyło dumanie Gustwa, rzucił książkę o ścianę i upadł na kanapę.