Szanchaj/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
F. ANTONI OSSENDOWSKI
SZANCHAJ
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
I.
POZNAŃ
WYDAWNICTWO POLSKIE


<R. WEGNER>
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
*
DRUKARNIA P. MITRĘGI, CIESZYN
*
PRINTED IN POLAND
*
ROZDZIAŁ I.
I WIDZIAŁEM NIEWIASTĘ, SIEDZĄCĄ NA CZERWONEJ BESTJI...
(Obj. Jana Apostoła).

Przeklęte, znienawidzone miasto.
Jedno z tych, gdzie długo nie gasła łuna minionej wojny ludów, gdzie płonie ona dotychczas na skłębionych obłokach.
Niektóre z nich szeroko rozsławiły po świecie okrutne swoje nazwy.
To jednak najstraszniejsze było napewno, bo przerażająco obce, beznadziejnie dalekie.
Nazywało się — Szanchaj.
Anglicy wymawiają to słowo inaczej — Szanghai.
Jest w tem coś z uderzenia topora, spadającego na chudy kark chińskiego bandyty, coś z drapieżnego chrząknięcia kata przy zamachu. Nasz język nadaje tej nazwie brzmienie beztroskiej obojętności, a może — lekkiego podrażnienia: „zejdź z drogi!“
Kto lub co ma zejść z drogi? Przedmiot, który można odrzucić kopnięciem nogi? Pies lub kot bezpański? Czy też człowiek głodny, chory, zrozpaczony?
Tak, tak — wszystko razem ogarnia to straszne słowo — Szanchaj...
Bogate, przerażająco ludne, pełne fabryk, biur linij okrętowych wszystkich na świecie bander, okazałych gmachów bankowych, lloydów, towarzystw ubezpieczeniowych, składów handlowych, agencyj eksportowych, ożywione niebywałym ruchem ulicznym i jeszcze większym — w porcie, na Bundzie, i w drugim — na Wusungu, oddawna pociągało ku sobie z całego świata rozbitków życiowych możliwością zarobku lub przynajmniej nadzieją na najmarniejsze choćby istnienie.
Tysiące, nie! setki tysięcy szukających dla siebie kawałka chleba wchłonął rozległy, gwarny, zgiełkliwy Szanchaj.
Nikt nie zdołałby zliczyć i jako-tako usystematyzować tych, kogo wyrzuciły na jego granitowe wybrzeże i wspaniałą jezdnię asfaltową wzburzone fale dziejowe, wciąż jeszcze przewalające się od Atlantyku do Oceanu Spokojnego!
Przedewszystkiem — któżby potrafił policzyć samych Chińczyków?
Conajmniej miljon głodnych gardzieli zapędziła tu nieustająca w „Państwie Nieba“ wojna domowa, gdy to niedouczona w Berlinie, Londynie, Paryżu i Nowym Jorku młodzież wielkiego niegdyś i, choć bezbronnego, ale niezwalczonego cesarstwa od roku 1912-go, nie oszczędzając miljonów istnień ludzkich, mienia narodowego i wspaniałej swej kultury tak trwałej, iż można nazwać ją odwieczną, usiłowała pchnąć Chiny konfucjańskie i cesarskie, kraj ładu, dyscypliny i etykiety obywatelskiej, na tory „eksprescywilizacji“.
Panować poczęło bezmyślne marzenie o przekreśleniu jednem pociągnięciem pióra, o obaleniu czczym fajerwerkiem krasomóstwa odrębnej, przez pięć, czy ileś tam tysiącleci kroczącej własnemi szlakami kultury i o prześcignięciu we wszystkich wadach i błędach ludów Zachodu, dla których ci wychowankowie uniwersytetów europejskich i amerykańskich czuli bezmierną pogardę i zimną nienawiść. Wynik okazał się niezmiernie opłakanym dla kraju „Synów Nieba“, w okresie, gdy ostatnia ich latorośl pędziła monotonny żywot więźnia honorowego za szkarłatnemi murami „Zakazanego Grodu“. Radykalny Kanton wystąpił przeciwko umiarkowanemu Pekinowi i — zawrzała wojna południa z północą, krwawa, zaciekła wojna domowa! Ambitni, awanturniczy generałowie-chrześcijanie, podjudzani przez misjonarzy protestanckich; generałowie, wierni dynastji, i wprost hersztowie bandytów, werbując ochotników, tworzyli armje, prowadzili wojnę na własną rękę, pustosząc kwitnące niegdyś prowincje i miasta, leżące wpobliżu nielicznych dróg, przecinających kraj. Ościenna Rosja bolszewicka agitowała wściekle, rzucając złoto, głosząc podstępne hasła i znajdując najemnych awanturników, którzy na czele „czerwonych“ oddziałów od zachodu i północy posuwali się dolinami Żółtej i Niebieskiej rzeki, wzmagając zamęt i szerząc klęskę. Powtarzał się tragiczny i żałosny obraz upadku potęgi Assyrji i Babilonji, imperjum perskiego, Rzymu i koczowej monarchji Dżengizydów.
Pozbawieni ziemi, mienia i bezpieczeństwa rolnicy, rzemieślnicy, drobni handlarze, a nawet bezdomni, niemający nic do stracenia kulisi szukali bezpiecznego miejsca.
Gdzież znaleźć je można było pewniej, jak nie w Szanchaju, gdzie ześrodkowały się interesy kapitału zagranicznego, gdzie na ulicach tkwiły posterunki policji cudzoziemskiej, w konsulatach kwaterowały oddziały angielskie, japońskie, amerykańskie, francuskie i włoskie, na redzie zaś stały, wyciągając drapieżne szyje dział, torpedowce, krążowniki i pancerniki pod banderami obcych państw?
Półmiljona, a nawet, jak znawcy twierdzili, cały miljon takich bezdomnych, pozbawionych wszystkiego uciekinierów przekroczyło mury chińskiej dzielnicy — Czapei, wsiąkło w małe, brudne jej domy, wyciągnięte szaro-żółtemi szeregami wzdłuż ulic i kanałów, zabagnionych zawsze, cuchnących gnijącym moczem, padliną i — śmiercią.
Wsiąkło i... czekało na coś, czego nie umiało sobie uświadomić.
Żywiły się te setki tysięcy ludzi niewiedzieć jak i czem. Wybierano wszystko, co się dało wybrać ze śmietnisk miejskich, wyłapywano gołębie, wrony, żaby, myszy, szczury i krety po polach i ogrodach, wykopywano korzenie jakichś, głodnym ludziom tylko znanych roślin jadalnych, łowiono ryby po brzegach morza i w rzece, zbierano mięczaki i wodorosty, wyrzucane podczas przypływu, żebrano i kradziono. Za miseczkę spleśniałego i skisłego ryżu ludzie bez wytchnienia pracowali po osiemnaście godzin poto, by po miesiącu tego piekła gdzieś za miastem, dumnem ze swego bogactwa i przepychu, skonać z przekleństwem na ustach w ohydnej gliniance lub w rowie przydrożnym.
Tej wezbranej fali, napływającej z Mandżurji, Dżeholu, z prowincji południowych i zachodnich liczono najwięcej, chociaż nikt w przybliżeniu nawet nie wiedział, ile zrozpaczonego materjału ludzkiego zgromadziło się w Szanchaju i po wioskach okolicznych.
Krocie! Prawdziwa nawała! Powódź nędzy i obłędu!
Nikt nie troszczył się o los przybyszów i bezpieczeństwo samego miasta. Myślał o tem tylko konsulat angielski i żądał od chińskich władz niezbędnych zarządzeń, aby ochronić cudzoziemców od możliwych epidemij cholery, dżumy, trądu... i zaburzeń ulicznych.
Sprzedajni i powolni rozkazom angielskich i amerykańskich rezydentów ojcowie miasta wykonali żądanie obcokrajowców i w pobliżu Sicha-Wei zbudowali olbrzymi piec, przypominający indyjskie »wieże milczenia«. Zwożono tam znalezione trupy nieboszczyków i palono na stosach, układanych z łodyg — „gaoljanu“. Oszalała z głodu i strachu biedota, która narazie pozostawała jeszcze przy życiu, z radością powitała to zarządzenie władz miejskich.
Całe tłumy głodomorów — półnagich, owrzodzonych i owszonych — mogły teraz grzebać w popiołach i wyciągać kości z ochłapami niedopalonego mięsa.
Rada municypalna poszerzyła, rozbudowała stare więzienia i wzniosła gmachy dwu nowych... Spokój zapanował w Szanchaju.
Tysiące ludzi, ginących z wycieńczenia, duru i szkorbutu, w milczeniu, cierpliwie, z tępym uporem oczekiwało jakichś nieznanych zmian, które nadążały... nadążały.
Tymczasem w hotelach, „arystokratycznych“ kawiarniach i na dancingach biali dżentelmeni i strojne „ladies“ flirtowali, tańczyli i bawili się, jak mogli i umieli najlepiej. Patrząc na to życie białych przybyszów — aroganckich i pogardliwych, wydać się mogło, że to jakieś ćmy kreślą swój nieopatrzny, szaleńczy lot kolisty nad niszczącym płomieniem lampy, że to odurzeni haszyszem derwisze i obłędne, histeryczne bajadery miotają się w tańcu śmierci w mieście zadżumionem, od świata odciętem.
Do morza bezrobotnych i głodnych Chińczyków po zagarnięciu Syberji przez bolszewików wpłynęły nowe potoki. Zupełnie odmienne niosły one w swoich wirach odłamki społeczeństw.
Niezmiernie barwne było to nowe zbiegowisko ludzkie. Niemcy, Łotysze, Madjarzy, Austrjacy, Czesi, Polacy, Gruzini, Ormianie i inni z tej wieży Babel, z tej nieprzerwanej „mêlée des nations“, dezerterzy z oddziałów amerykańskich, angielskich, francuskich, przysłanych jako posiłki dla krótkotrwałego rządu niezależnej Syberji republikańskiej. Byli też tacy, którzy, spędziwszy kilka lat w obozach dla jeńców z wielkiej wojny, zapomniani przez swoje władze ojczyste, tułali się po Sybirze; część ich dla kawałka chleba i ciepłego kąta założyła „przygodne gniazda rodzinne“, nie czując bynajmniej dla tych „cichych przystani“ miłości, ani wdzięczności i nie wysilając się nawet na zrozumienie duszy kobiety, z zaufaniem a nieraz i prawdziwem uczuciem marzącej o zgodnem i szczęśliwem pożyciu; jedni, jako fachowcy znaleźli zatrudnienie dla siebie na kolejach i w kopalniach, drudzy znów, przekradając się ku wschodowi, gdzie spodziewali się znaleźć opiekę swoich konsulów, zarabiali na każdy etap męczeńskiej włóczęgi pracą u chłopów na porębach, przy budowie domów, przy naprawie narzędzi rolniczych, zegarków, broni, imali się rybołóstwa, a nawet wróżbiarstwa i znachorstwa. Tych już nic nie łączyło z krajem — ani wspomnienia, ani sentyment dla łagodnego i wyrozumiałego ludu syberyjskiego. Cała ich wola i energja skierowane były jedynie na powrót do tej czy innej „ojczyzny“, która, jak wierzono powszechnie, po wstrząsie wojennym cudownym sposobem kwitnąć zaczynała, wzbogacać się i cieszyć niebywałym dobrobytem i trwałym pokojem.
Za temi ptakami wędrownemi przybyli tu też wkrótce i Rosjanie — emigranci, uchodzący przed bolszewikami, sunącymi ku Pacyfikowi. Wyższa biurokracja przedwojenna, niedobitki arystokracji, której nie udało się zawczasu umknąć na zachód, oficerowie „białej“, walczącej z „czerwonymi“’ armji, inżynierowie, lekarze, adwokaci, kupcy a nawet duchowieństwo — tak to się przedstawiał unoszony wartkim potokiem wydarzeń ów miał z gruzów doniedawna jeszcze wielkiego i potężnego, zda się, gmachu, gdzie stał tron dynastji, z krwi i ducha obcej Rosji i do rdzenia zniemczałej.
Na bruku szanchajskim znalazły się całe nieraz liczne rodziny — mężczyźni, kobiety, młode dziewczyny i dzieci.
Wszyscy przybywali do Szanchaju z promienną nadzieją, niby do Ziemi Obiecanej, przeświadczeni, że dawni konsulowie rozporządzają znacznemi sumami, dostatecznemi dla przewiezienia emigrantów do Francji, Włoch lub Jugosławji, gdzie zbiegowie spodziewali się odnaleźć krewnych i przyjaciół, słyszano bowiem o tych, co zawczasu wraz z posiadanemi kapitałami wynieśli się z ogarniętej krwawym szałem Rosji; inni pokładali jeszcze nadzieje w bankach rosyjskich.
Przecież — rozumowały miotające się przerażone mózgi biedaków — skoro nie stało Rosji carskiej, pieniądze jej należą do obywateli wiernych tradycjom caratu? Nastąpi podział kapitałów, zgromadzonych w kasach bankowych, każdy otrzyma sumę, dostateczną na przetrwanie roku lub dwóch, bo dłużej wszak ta wichura trwać chyba nie może!
I oto rozpoczęło się poszukiwanie konsulów i obijanie progów banków.
Konsulowie jednak oddawna już doręczyli posiadane przez nich pieniądze skarbowe rządowi syberyjskiemu i generałom, resztkami sił szalonych ochotników podtrzymujących wojnę dywersyjną z Sowietami.
Banki likwidowały interesy i zdążyły już przekazać wszystkie depozyty do centrali, tworzących się w Paryżu, Londynie, Berlinie i Zurychu.
Pewnego marnego, burzliwego dnia, gdy na Wusungu aż ponad skarpy przystani z sykiem i hukiem wylatywały wspienione bałwany, a porywczy wiatr jesienny potrząsał konarami starych drzew w parku na Bundzie, podmuchy jego rozwiały ostatnie widma nadziei i obaliły marzycielskie, efemeryczne plany co do przyszłości nowych przybyszów do miasta, którego nazwa tak bardzo przypominała chrząknięcie kata, ścinającego głowę skazanemu na śmierć nędzarzowi.
Przyszłość bowiem jedynie w okresach trwałej ideologji poddaje się ujęciu w ramy liczb stałych lub przynajmniej prawdopodobnych. W dobie zaś, kiedy kościoły zdobywały się jedynie na błogosławieństwo dla poszarpanych odłamkami szrapneli „bohaterów“, broniących wiary, państwa, króla jednogłowego — czyli monarchji, lub wielogłowego — inaczej — demokracji, na kropienie wodą święconą dział, karabinów, pocisków gazowych i łodzi podwodnych; gdy myśl elity, rządzącej narodami, skierowana została na grabież i rozbój, które miały być wykonane rękami spokojnych wieśniaków i spracowanych robotników — wszelkie plany musiały zawieść, ponieważ nie znalezionoby w owych czasach centymetra bodaj stałej powierzchni, gdzieby można je było na czemś pewnem oprzeć i ugruntować.
To też w kołach emigracji wybuchła odrazu panika i rozpacz. Opustoszały hotele, zajmowane przez zamożniejszych ludzi; biedniejsi szukali przytułku w chińskiej dzielnicy. Najbiedniejsi, to znaczy — zupełnie nic nie posiadający, przenosili się na dżonki i krypy rybackie, gnijące na cuchnącej Hwang-pu i Wusung-Kiangu, lub głodni i ponurzy wałęsali się po streeta‘ch, parkach i po okolicach Szanchaju, na Nanking- czy Fuczou-road, godzinami wystawali przed szybami zakładów jubilerskich, gdzie chińscy kupcy umieszczali miljonowej nieraz wartości złote przedmioty, drogie kamienie i srebro.
Mieszkania bardziej zasobnych emigrantów oblegane były od rana do wieczora przez tych, którym głód i rozpacz skręcały kiszki, wysuszały język i wykrzywiały twarz.
Coraz częściej padały tam surowe, gorzkie, obraźliwe a nawet groźne słowa. Z dniem każdym rozlegała się coraz śmielej jadowita mowa nienawiści.
Tak trwało całe dwa miesiące, aż wreszcie stało się to, co stać się musiało, gdyż podobne okoliczności niezmiennie do nieuniknionych, a zawsze tych samych doprowadzają wyników.
Niezłomne i logiczne prawo nędzy!
Pewnej nocy nieznani sprawcy przedostali się przekopem z jadłodajni, utrzymywanej przez Greka, Archistratiga Podypulosa, do sąsiedniego sklepu słynnego złotnika Wu-Czang-Hsina i wynieśli na pięć tysięcy dolarów towaru. Ponieważ jednak przy tem włamaniu zginęła oddana do naprawy kolja żony wice-konsula Wielkiej Brytanji, w sprawę tą wdała się policja angielska i, z całą bezwzględnością i zawodową systematycznością przeprowadziwszy dochodzenie, ustaliła, że pewien były wysoki urzędnik rosyjski zaproponował Grekowi spółkę na ograbienie Wu-Czang-Hsina. Właściciel jadłodajni „Iljada“, a z nim dawny biurokrata osiedli w ponurej „Lousa“ — więzieniu karnem.
Czcigodny Podypulos wpadł w taką rozpacz, że powiesił się na własnych szelkach; biurokrata zaś odsiadywał swój termin spokojnie, zadowolony z ciepłego przytułku i codziennej polewki ryżowej z suszoną na słońcu rybą lub cuchnącemi krabami. Myjąc ustępy, uśmiechał się tajemniczo, żywiąc nadzieję, że odnajdzie kiedyś ukrytą przez siebie zdobycz, o czem teraz wiedział jedynie tylko on, gdyż wisielec-Grek już się nie liczył. Spółka została rozwiązana w sposób naturalny i kategoryczny.
Drobne kradzieże, napady bandyckie, wymyślne i dowcipne w swej prostocie oszustwa, zuchwałe szantaże, szulerka wszystkich możliwych odcieni, fałszowanie czeków i weksli, stręczycielstwo wszelkiego, najohydniejszego nawet rodzaju, podejmowanie się krzywoprzysięstwa w sądach — zdarzały się codziennie, bo stały tu się takim samym zawodem, jak adwokatura, praktyka lekarska, fach inżyniera, budowniczego i rzemieślnika, jak odprawianie modłów nad nieboszczykiem, kropienie wodą święconą konających i dawanie ślubów.
Nie minęło nawet pół roku, a nikt już się nie gorszył temi zbrodniami i nie pogardzał rodakami, którzy staczali się coraz niżej i niżej.
Coprawda — różnice poziomów etycznych również uległy zmianie. Zbliżały się one coraz bardziej ku sobie. Wszystko, czego zmuszony był imać się człowiek, uważano już za normalną i niezbędną walkę o byt, za spryt życiowy, za ową „will of life“, za zdolność przystosowywania się do warunków istnienia.
W pogłębiającym się upadku upatrywano nawet jakąś aureolę i świętość męczeństwa, a genezy i przyczyn zbrodni i występku doszukiwano się w niezrozumiałym, drażniąco tajemniczym tekście Apokalipsy.
Lepiej nieco działo się w kołach wojskowych i duchowieństwa. Oficerowie otrzymywali jeszcze skromne zasiłki z pozostałych sum, znajdujących się w rękach dawnych dowódców „białej“ armji, korzystali z zapomóg a nawet stałego uposażenia od agentów japońskich, trzymających w rezerwie tych trzy tysiące bojowych oficerów na wypadek wojny z Rosją sowiecką; niektórzy wreszcie potajemnie szpiegowali na rzecz bolszewickiego poselstwa w Pekinie i otrzymywali od niego stałe wynagrodzenie za robotę.
Duchowieństwo natomiast znalazło przytułek w prawosławnej, niegdyś bardzo hojnie uposażonej przez rząd carski, prawosławnej misji w starej stolicy Chin i opuściło Szanchaj z rodzinami na zawsze.
Obie te grupy emigrantów rosyjskich zamknęły się w granicach swego zawodu i stroniły rygorystycznie od reszty rodaków, ginących w zgiełkliwym Szanchaju, rozzuchwalonym przez miljonowe afery, rozbawionym, żyjącym w ustawicznie trawiącej go gorączce i pościgu za złotem i szalonemi, zawsze niezdrowemi uciechami, gorszącemi Chińczyków. Żółci ludzie w milczeniu i pogardliwej nienawiści przyglądali się obłędowi najeźdźców, zdobywających ich ojczyznę podstępem, przekupstwem, bezczelnością i stałą groźbą, która wiała od opancerzonych burt milczących krążowników i zwróconych na miasto paszcz armatnich.
„I widziałem niewiastę, siedzącą na czerwonej bestji, pełnej słów bluźnierstwa, mającej siedem głów i rogów dziesięć. Niewiasta owa przyobleczona była w purpurę i karmazyn i uzłocona złotem, drogim kamieniem i perłami, mając kubek złoty w ręce swej, pełny obrzydliwości i plugastwa wszeteczeństwa swojego. A na czole swojem — imię napisane: Tajemnica, Babilonja Wielka, matka wszeteczeństw i obrzydliwości ziemi. Widziałem niewiastę ową pijaną krwią świętych, krwią męczenników“... — zaczytywali się głodni, śmiertelnie przerażeni emigranci rozdziałami objawienia Jana Apostoła w widzeniu jego na pustynnym Patmosie.
Coraz częściej i chętniej stosowali do siebie tajemniczy tekst Apokalipsy.
— Wszetecznica, okrutna Wielka Babilonja — to Szanchaj! — myśleli. — On to pije krew męczenników — naszą krew!
Nienawidzili nierządnicy, drżeli przed nią i bestją, na której siedziała.
Ich chora wyobraźnia utożsamiała potwora apokaliptycznego z Chinami o siedmiu głowach — wielkich miastach z Pekinem, Nankinem i Kantonem na czele, a rogów dziesięć bestji — toć dziesięć najwyższych pagód i świątyń, gdzie stały bóstwa przerażające, o kłach i rogach straszliwych.
Wielka Babilonja, ni to olbrzymia pajęczyca, coraz chciwiej wysysała krew „męczenników“ i zatruwała mózg ich i wolę.
Kilka rodzin wymarło już z głodu. Znajomi, przyjaciele i krewni jeden po drugim odeszli, wyzwoleni wreszcie i na zawsze ukojeni.
Zapomniano o nich niebawem w beznadziejnem borykaniu się o każdą godzinę życia.
Ten i ów zastrzelił się z pożyczonego rewolweru, lub otruł się karbolem. Kilku młodzieńców, ograbiwszy przechodzącego kupca, urządziło sobie pijatykę we wspaniałym „Carltonie“, podbijając serca Amerykanek i Angielek niezrównaną sztuką taneczną, a potem, zakradłszy się do zapasowej szatni, powiesiło się na hakach, zadzierżgnąwszy sobie na szyjach stryczki z porwanych na paski koszul.
Jakaś zrozpaczona matka porozbijała młotkiem główki swym dzieciom na parapecie Creek‘u, sama zaś z mostu skoczyła do brudnego kanału. Wpadłszy w nagły szał, jakiś mąż udusił głodną, chorą żonę, a potem rzucił się pod pociąg. Ale najgorzej bodaj i najniebezpieczniej układało się tu życie młodych kobiet. Umierały one coraz częściej, w sposób zagadkowy przerywając nikłą nić zohydzonego nędzą życia. Inne znów zatłaczały chodniki na ludnych ulicach i nawiązywały znajomość z przechodniami; w wyzywających, kuszących pozach przesiadywały, w parku na Bundzie i po kawiarniach, w objęciach podpitych Amerykanów — brutalnych dla kobiet, nie posiadających paszportu amerykańskiego, i zimnych, drapieżnych Anglików; ślizgały się po mahoniowych posadzkach Astor-House‘u, Splendid-Hotelu i Carltonu, nad ranem powracały do ubogiego barłogu na łono rodziny — milczące, znękane i zrozpaczone, rzucając ojcom i matkom banknoty, mające obieg na tej giełdzie walut, towarów, sumień, dusz i ciał ludzkich, życia i śmierci. Ojcowie i matki bez wahania już i wstrętu brali te pieniądze hańbiące i czemprędzej wybiegali z domu, aby zapłacić za brudne legowisko, kupić chleba, ryżu, mięsa...
Krew i łzy męczenników nikogo już nie wzruszały i nie przerażały... tyle ich bowiem wypłynęło we wszetecznym, okrutnym Szanchaju, — więcej niż wody w jego cuchnących kanałach i deszczu zimowego... Jedynej pociechy doszukiwano się w mętnych proroctwach twórcy Apokalipsy. I — znaleziono ją, bo oto samotnik patmoski napisał był:
„Z wina gniewu porubstwa Wielkiej Babilonji piły wszystkie narody, królowie ziemi wszetecznictwo z nią płodzili a kupcy ziemscy z mocy rozkoszy jej bogaczami się stali“.
Nienawiścią przesiąkli przeto ci wygnańcy do wszystkich ludów, królów i bogaczów świata i zemstę im zaprzysięgli do śmierci, jakoże sam Jan, umiłowany apostoł Chrystusowy, rozkazywał, mówiąc w swem Objawieniu:
„Oddajcież jej, jako i ona wam oddawała, a w dwójnasób dwojako oddajcie wedle uczynków jej, w kubku, którym nalewała, nalewajcie jej w dwójnasób! Jako się wiele wynosiła i w rozkoszach była, tyle jej dajcie męki i udręczenia...“
Piekło rozwierało się coraz szerzej z dniem każdym. A jednak i tu czekano na coś, co powoła do jakiegoś czynu i przyniesie wyzwolenie. Nadsłuchiwano i wypatrywano czegoś niecierpliwie, obłędnie i namiętnie. Czego? Kogo? W całem tem mrowisku nędzarzy, w wirze przerażenia, obłędu i nienawiści nikt na te pytania odpowiedzieć nie mógł. Tak przed nieuniknioną zagładą, stojącą już na progu legowisk ludzkich, broniła się ostatnia reduta — nadzieja ponuro mistyczna.
Do tego to piekła — do „Wielkiej Babilonji“ przybył bohater tej opowieści.



ROZDZIAŁ II.
SYNU CZŁOWIECZY, W POŚRODKU DOMU DRAŻNIĄCEGO TY MIESZKASZ.
(2 Pror. Ezech.).

Bohater nasz, jeśli wogóle można zaliczyć go do osobników o tak pompatycznej nazwie rodzajowej, nie mógł w owych czasach liczyć sobie więcej, jak trzydzieści lat. Jednak — trzydzieści lat w pewnych okresach, nawiedzających ludzkość, stanowią epokę o takiej rozpiętości przeżytych wrażeń i zmienności psychiki, że z trudem daje się ona ogarnąć umysłem. Mózg w tych wypadkach wikła się w labiryncie wątpliwości, zaczynając od najbardziej zdumiewającej, gdy to człowiek nie jest pewny, czy nie pomieszał różnych ludzi i czy nie przypisuje jednemu osobnikowi przeżyć kilku lub kilkunastu, i — kończąc wreszcie na najtrudniejszej, — kiedy to sam sobie zadaje pytanie, w jaki sposób wszystkie te wypadki można było przeżyć i czy istotnie przeżyło się je? A może był to tylko zły sen, ciężka zmora, lub chorobliwe majaczenie człowieka, pod wpływem nieznanych pobudek wchłaniającego nagle fizyczne i emocjonalne przeżycia dziesiątków pokoleń?
To też każdy rok takiego wytężonego, powikłanego, nieprawdopodobnego życia równał się kompleksowi kilku bytów. Zacierały się granice poszczególnych okresów, kolejność zjawisk wymykała się z pod kontroli pamięci, cała zaś linja życiowa — łańcuch przyczyn i skutków — stapiały się w chaotyczne zbiegowisko faktów, które traciły już swoją ostrość i nie wzbudzały jakichkolwiek emocyj, z wyjątkiem chyba pewnych momentów szczerego zdumienia niezainteresowanego zresztą w nich obserwatora. Objektywność i obojętność wyczerpanej emocjonalności — takie tylko wyniki pozostawia po sobie podobne życie — bogate w nieznośnie ostre wrażenia. Nic więc dziwnego, że trzydziestoletni zaledwie człowiek, jakim poznajemy naszego bohatera, choć miał młodą, ściągłą twarz, gęste, jasne włosy, białe, zdrowe zęby, wysoką i muskularną postać, zdradzającą niepospolitą siłę fizyczną i jakąś przyczajoną drapieżną zwinność zwierza, gotowego do skoku, mógł powiedzieć o sobie (a w rzadkich chwilach szczerości nawet mawiał), że jest już stary — stary spadającem nań doświadczeniem kilku naraz generacyj różnych, niepodobnych do siebie okresów dziejowych.
Wprawny zresztą obserwator spostrzegłby u niego zapewne nieomylne oznaki starości. Na czole, pomiędzy brwiami i od kącików warg, umiejących mocno się zaciskać, — aż do mocnego podbródka wyżłobiły sobie zawiłe łożyska głębokie zmarszczki, które już niczem złagodzić się nie dają; w blado-niebieskich, szeroko rozwartych oczach, patrzących twardo i zimno, jakaś wewnętrzna, mętna mgiełka przysłaniała źrenice, ukrywając dokładnie wszelkie uczucia i wrażenia. Z pod energicznie zarysowanych łuków brwi patrzyły te oczy przenikliwie, czujnie i groźnie; zdawało się, iż widziały wszystko, przebijając potęgą tysięcy ukrytych w nich źrenic mury gmachów, tkaninę ubrań, mięśnie i kości oglądanego człowieka.
Małe, rasowe ręce o długich, cienkich palcach zdolne były do nagłego i mocnego chwytu, chociaż zachowywały spokój, dowodzący wielkiej równowagi duchowej, lub siły woli; małe stopy mocno wpierały się w ziemię, jakgdyby każdym krokiem swoim podkreślając stanowczość i niezłomność zamierzeń ich właściciela. Na zimnej, spokojnej, prawie nieruchomej twarzy błąkał się chwilami szyderczy uśmiech, jakgdyby zadając komuś pogardliwe pytanie:
— N-no! Co będzie dalej?
Bohater nasz przybył do Szanchaju jakoś dziwnie raptownie i od pierwszych chwil, ledwo podeszwami żółtych trzewików dotknął granitowych kostek jego ulic, miał wygląd człowieka, oddawna tu zamieszkałego i nieoczekującego żadnych już niespodzianek. W kołach emigrantów rosyjskich, uczęszczających do tych samych tanich restauracyj i drugorzędnych kawiarni, pojawienie się nieznajomego wzbudziło ostre zaciekawienie i pewien niepokój. Większość Rosjan wyrażała nawet przekonanie, że jest to tajny agent policji angielskiej.
— Może ktoś z naszych rodaków w tak wielką wplątał się aferę, że aż z Londynu przysłano tu urzędnika Scotland-Yardu? — domyślali się dawni ministrowie i szefowie różnych departamentów.
Wojskowi, obejrzawszy bacznie nieznajomego, mruczeli do siebie:
— Trudno nas nabrać! Cha-cha! Tego ptaszka podesłali nam bolszewicy! Przekonacie się, że, dla zamydlenia oczu powałęsawszy się kilka dni samotnie, pocznie „nawiązywać kontakty“, na modłę szpiegów sowieckich... Znamy już te sztuczki!
Pomylili się jednak wszyscy, gdyż nieznajomy, siedzący właśnie przy stoliku w kawiarni i bezceremonjalnie przyglądający się obecnym gościom, wstał nagle i podszedł do okna, gdzie zasłonięty gazetą ukrył się stary senator, tajny radca Ableuchow.
— Ekscelencjo, Piotrze Pawłowiczu, nie poznaje mnie pan?
Senator nasunął okulary na nos i, odłożywszy dziennik, przyjrzał się uważnie stojącemu przed nim nieznajomemu.
— Przepraszam... — mruknął niechętnym głosem, obawiając się nieuniknionego zawsze w takich wypadkach ataku na kieszeń z powołaniem się na „znane szerokiemu ogółowi miłosierne serce ekscelencji“ i na wspólnych znajomych, a nawet krewniaków, — przepraszam, ale...
Stojący przed nim człowiek o skrzepłej twarzy nie dał mu jednak skończyć zdania. Pochyliwszy się nad stolikiem i czując zwrócone na siebie spojrzenia wszystkich obecnych, powiedział tak cicho, że tylko sam radca mógł go posłyszeć:
— Jestem Sergjusz Wagin... Wie mam zamiaru o cokolwiek prosić pana, Piotrze Pawłowiczu, niech się pan nie obawia!...
Przez twarz mówiącego przemknął szyderczy uśmiech.
— Na szczęście, życie nauczyło mnie obchodzić się bez czyjejkolwiek pomocy — dodał natychmiast.
— Sergjusz Wagin, syn... — wyszeptał Ableuchow z jakiemś przerażeniem w głosie.
— Syn pańskiego kolegi z Senatu — kiwnął głową Wagin, ale, spostrzegłszy lęk w starczych oczach biurokraty, mocniej zacisnął wargi i syknął:
— Przepraszam, że ośmielam się przypomnieć ekscelencji, ale po tylu latach tułaczki i, doprawdy, niebywale ohydnego życia, chciałem spędzić choć półgodziny w dawnem towarzystwie! Odejdę zaraz, ale, skoro nazwisko moje aż tak przeraziło pana, proszę o dyskrecję...! Czy przyrzeka mi to pan?
Starzec prawic nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w groźną w tej chwili twarz Wagina, aż wreszcie z trudem wyjąkał:
— Jeżeli pan tego sobie życzy... owszem... zachowam nazwisko pana w tajemnicy!
— Dziękuję! Nie tyle chodzi mi, oczywiście, o nazwisko, ile... o komentarze do niego, ekscelencjo, — powiedział z naciskiem.
Wagin ukłonił się i, powróciwszy do swego stolika, z obojętną miną usiadł przy nim. Nic nie zdradzało w nim wzruszenia, tylko trzy głębokie bruzdy na czole poruszyły się gwałtownie raz i drugi, ale znieruchomiały wkrótce.
Wypił podaną mu herbatę, przerzucił ogłoszenia w rosyjskim świstku, wydawanym w Szanchaju przez jakiegoś bezczelnego rekina żółto-prasowego, zapisał sobie coś w notesie i, zapłaciwszy kelnerce, opuścił kawiarnię.
Wtedy dopiero znajdujący się na sali emigranci otoczyli starego senatora, wypytując go o nieznajomego.
Ableuchow marszczył czoło i wzruszał ramionami, mrucząc niezadowolonym głosem:
— Nie wymienił mi swego nazwiska... Omylił się, wziąwszy mnie za kogoś innego...
— Ale czy to nasz — Rosjanin? — rozległy się pytania.
— Sądzę, że tak! W każdym razie biegle i czysto mówi po rosyjsku — odpowiedział Ableuchow, znowu zasłaniając się gazetą i zsuwając szkła na czoło.
— No, jeśli tak, — mówili rozczarowani Rosjanie, nic innego, tylko przybył tu nowy szpieg bolszewicki, aby nas śledzić i o wszystkiem donosić do Moskwy.
Wygnańcy, tchórzliwi zbiegowie omamiali się szczególną uwagą, jaką musiał zwracać na nich czerwony rząd proletarjatu. Tymczasem w Moskwie nikt o nich nawet nie wspominał. Sprytni i doświadczeni macherzy rewolucyjni wiedzieli, że te odłamki caratu muszą się rozsypać, jak stara cegła gmachów średniowiecznych; inni zaś, jeśli wymrzeć nie zechcą, powrócą, skamlać będą, kajać się i błagać o litość i kawałek chleba. Komisarze ludowi znali przecież dokładnie historję Rosji, a zagarnięte przez nich tajne archiwum polityczne niejedną odsłoniło przed nimi nędzną i ohydną nikczemność. W Kremlu więc nikt nie wątpił, że jedno tylko słowo o amnestji i jakiej-takiej możliwości istnienia przyciągnęłoby do nowej Rosji dziewięć dziesiątych całej emigracji, lecz ta powrotna fala niepotrzebnych, ogłupiałych do reszty niedobitków przeszłości nie była wcale pożądana. Kilka tysięcy głodnych gąb i dwa razy tyle nigdy nie imających się ciężkiej, istotnej pracy rąk — naco i poco to było rządowi, burzącemu podwaliny caratu? Co mogli dać z siebie ci „dawni ludzie“ zuchwałemu Leninowi i jego Międzynarodówce, zmierzającym po skończonej wojnie domowej ku gorączkowej budowie czegoś zupełnie nowego, nigdy niewidzianego, a ogromnego i powstającego szybciej od osławionych piramid egipskich? Nie były to czcze i brutalnie reklamowe zamiary, gdyż nie jakichś tam nędznych sześćdziesiąt tysięcy, jak w Tebach, Karnaku i Gizeh, ale miljony niewolników pokornych i niczego nie żądających, oprócz kawałka chleba i cuchnącej, suchej ryby, można było w każdej chwili pchnąć na najzuchwalszą, najniebezpieczniejszą i najfantastyczniejszą robotę.
Agitacja zagranicą, skierowana przeciwko nowym gospodarzom Rosji, a więc — szkodliwa opinja, urabiana przez emigrantów? Lenin i jego towarzysze, przez szereg lat głodujący zagranicą, poznali dokładnie, do najgłębszych tajników zmaterjalizowaną, amoralną duszyczkę współczesnej cywilizacji, gdy to ilością złota w bankach i wartością koncesyj oceniano i mierzono „kulturę“ ludów! Wszelką agitację przeciwko nim i najgorszą o nich opinję można było w ciągu jednej doby zmienić i rozproszyć, dając Europejczykom i Amerykanom opcje na naftę, węgiel, żelazo, mangan, azbest i złoto syberyjskie! Czy warto było zatem przejmować się starczem zrzędzeniem jakichś tam umarlaków, z głodu, chorób i zimna padających na ulicach wspaniałych stolic Zachodu i gdzieś — aż w Szanchaju lub na rozszalałym, puchnącym od bogactwa Manhattanie? Nikt w Moskwie o tem nie myślał i żadnych obserwatorów do Szanchaju nie posyłał. Kontrrewolucja od roku już zachłysnęła się w morzu krwi i odrodzić się nie miała sił i woli.
Wagin szedł Bundem, zatłoczonym korowodem tramwajów, autobusów, samochodów i małych wózków, popychanych przez „rikszów“, a skręciwszy wspaniałą Nanking-Road, nie zwracał uwagi na przepych olbrzymich sklepów i składów drogich kamieni, złotych i srebrnych cacek i naczyń, jedwabiu, artystycznych wyrobów z czarnej i czerwonej laki. Dążył tam, gdzie na koncesji francuskiej asfaltowa jezdnia Avenue de deux Républiques urywała się nagle przed bramą w murze dawnego Szanchaju i gdzie biegła dalej ulica Fu-Tien-Koo, przecinająca całą dzielnicę chińską.
Tam dopiero zaczął się rozglądać z zaciekawieniem.
Tuż za murem brukowana już ulica biegła ku małemu sztucznemu jeziorku, otoczonemu drzewami i trawnikiem. Czerwono lakowany, połamany w zygzaki mostek prowadził do malowniczej, uczęszczanej przez Europejczyków herbaciarni „Pod wierzbami“, gdzie popołudniu przychodzili też Chińczycy, za którymi słudzy nieśli klatki ze skrzydlatemi śpiewakami, osładzającemi „dolce far niente“ żółtolicych dżentelmenów. W pobliżu kawiarni stały domy chińskich bogaczy i jeszcze wspanialsze „domy publiczne“, oznaczone czerwonemi latarniami z zachęcającemi i niezmiernie romantycznemi napisami. Wiśniowa i złota laka biła zewsząd w oczy, powyginane fantastycznie, okryte emaljowanemi płytkami dachy ulubionego w kraju stylu „tin“ jarzyły się w słońcu. Tam i sam jakiś dumny miljoner wybudował dla siebie siedzibę z kilkupiętrową basztą „gu“, ozdobioną po rogach złoconemi głowami smoków. Przepych ten urywał się jednak koło świątyni, stojącej w środku dzielnicy.
Dalej, jak okiem sięgnąć, na olbrzymiej płaszczyźnie rozparło się na wszystkie strony stłoczone zbiorowisko szaro-żółtych, małych domków tubylczych. Ulepione z gliny lub ziemi, zmieszanej z nawozem i słomą, o strzechach z badylów gaoljanu, mętnie wyzierając oknami, zaklejonemi szarym, przetłuszczonym papierem, chronione lekkiemi drzwiami z ram bambusowych i mat słomianych — domki ciągnęły się, zda się, w nieskończoność, przerywaną tam i sam wąskiemi poprzecznicami. Oko nie miało na czem spocząć, gdyż wszędzie wokół ciągnęła się ta szaro-żółta jednostajność i tylko w trzech miejscach jaskrawemi plamami odcinały się fałdowane wymyślnie dachy świątyń, a gdzieś daleko ponad bezbarwnem zbiegowiskiem ubogich i smutnych budowli, niby straż lub jakiś znak ostrzegawczy, tkwiła czerwona, siedmiopiętrowa baszta pagody Loonghwa, smukła o dziwacznie powyginanych, pogarbionych okapach z barwnych dachówek porcelanowych. Obok tej świątyni cieszyło wzrok kilka buro-zielonych drzew, które nie zdążyły jeszcze zrzucić wszystkich liści; zato w reszcie dzielnicy chińskiej, — na całej jego olbrzymiej szarej palecie nie biła w oczy żadna barwniejsza plama — ani zielonej korony lub czarnych konarów drzew, ani nawet badyla jakiejkolwiek rośliny — nic, tylko te szarożółte domki — „fantze“ i bure, cuchnące błoto miasta przyrodzonych, odwiecznych gospodarzy Szanchaju. Gdzieś tam, na końcu Fu-Tien-Koo powiewała trójkątna czerwonoczarna chorągiew i majaczył jakiś maszt z deską, zapisaną czarnemi hieroglifami. Idący ulicą cudzoziemiec nie wiedział, że zbliża się do chętnie i tłumnie odwiedzanego przez obcokrajowców „jaomynia“, gdzie sędziowie chińscy wykonywali wyroki śmierci, wraz z łapówką podsuwane im przez rezydentów europejskich.
Wyboistą, pełną wyrw i kałuż ulicą ciągnęły tu nieraz ukradkiem rozkołysane na resorach limuzyny, wiozące piękne ladies i dżentelmenów, wystrojonych już na dancing poobiedni. Dążyli tu oni na widowisko niepospolite. Kat oczekiwał już gości i co chwila obcierał swój szeroki miecz. Gdy zaś spadały głowy nikomu nieznanych i zrzadka tylko na gorącym uczynku pochwyconych bandytów, a wrony i jastrzębie w oczekiwaniu stypy rozsiadały się po krawędzi glinianego muru, dżentelmeni uprowadzali swoje lekko drżące, a czasem nawet roznamiętnione damy do aut i wieźli je do „Astor-House‘u“ i „Carlton‘u“ na kieliszek coctail‘u i niezbędną porcję tańców, po których razem znikali w przytulnych, dyskretnych gabinecikach w „tea-house“, gdzie, podobna do cienia, przesuwa się milcząca służba chińska o zagadkowych, nieruchomych źrenicach.
W pobliżu „jaomynia“ Wagin odnalazł mały, jak zresztą i wszystkie inne, domek pod N 1750.
— To tu... — mruknął do siebie, sprawdziwszy zapisany w notatniku adres, i zapukał do drzwi zalepionych papierem, wzmocnionym skrzyżowanemi deskami z czarnym napisem na nich: „Standard Oil Company“.
Opasły Chińczyk w czarnym, zatłuszczonym straszliwie chałacie i jedwabnej czapeczce na głowie, szczerząc rzadkie, żółte kły i mrużąc przebiegle oczy za grubemi szkłami okularów w śmiesznie dużej oprawie rogowej, spytał łamaną angielszczyzną:
— Czego życzy sobie wielce czcigodny cudzoziemiec?
— Chciałbym wiedzieć, czy tu mieszka pani Wiera Somowa? — spytał Wagin.
Chińczyk zaczął trząść głową i bełkotać:
— Tak, tak! Mieszka na podwórku, w bardzo pięknym domku!
Sergjusz przeszedł sień, pod pułap wypchaną worami z soją i skrzyniami z olejem bobowym, i przez przeciwległe drzwi wydostał się na podwórko, malutkie, czyste, po bokach obsadzone niskiemi krzaczkami herbacianemi; w środku jego na tle grubej warstwy żwiru, bił w oczy okrągły klomb, pełen jakichś jesiennych, fioletowych kwiatów i podobnych do kling szabel liści irysowych. Na końcu podwórza stał schludny domek o trzech rozsuwanych okienkach, z ganeczkiem o cienkich, rzeźbionych filarach i wymyślnym daszku z rynnami w kształcie głów żórawi.
— Tu dawniej miał mieszkanie syn mój — mówił Chińczyk, — ale odnająłem je teraz czcigodnej pani...
Na odgłos kroków idących ludzi, drzwi otworzyły się. Na ganeczek wyszła bardzo dostojna, siwa już dama i spytała po angielsku:
— Czy pan z ogłoszenia? Szuka pan pokoju?
— Tak jest! — odparł po rosyjsku Wagin, zdejmując kapelusz. — Czy mógłbym obejrzeć lokal?
Pani Somowa ruchem ręki zaprosiła go do wnętrza domku.
W małej izdebce z żelaznem łóżkiem, jednym stołem, umywalką i trzema krzesełkami usiedli i patrzyli na siebie tym dziwnie ostrym wzrokiem, jakim patrzeć umieją ludzie, którzy nieraz już widzieli przed sobą śmierć. Długie milczenie mogłoby ciężyć komu innemu, lecz tych dwoje ludzi uważało je za niezbędne. Musieli przypatrzeć się sobie, porobić własne spostrzeżenia i wyciągnąć wnioski, kierujące dalszem postępowaniem. W tej wnikliwej i szczegółowej obserwacji, zda się, brały udział nietylko znane, codziennie przez ludzi używane zmysły, lecz jakieś inne jeszcze, budzące się w nadświadomości, wyostrzone w ciężkiej niewymownie i zawsze tragicznej walce o byt. Wyczuwali oboje, że w tej chwili jakgdyby wymotywują z siebie jakieś nici tajemnicze, oglądają je milimetr po milimetrze, niby trwałość ich i forma zabezpieczyć miały sprawne czynności niewidzialnej maszyny, tkącej możliwość współżycia.
Milczenie, długie i przesycone prądami intuicji, nie krępowało ich bynajmniej i nie nużyło.
Za cienką ścianą ktoś zanosił się od suchego, duszącego kaszlu, a gdy na chwilę urywał, dobiegało głośne tykanie ściennego zegara i lekki zgrzyt jego mechanizmu, starego zapewne i zardzewiałego. W kuchence za drugą ścianą pobrzękiwały metalowe kociołki czy kubki i pluskała woda.
Pierwszy przemówił Wagin. Zlekka wykrzywiając usta i odsłaniając białe, ostre zęby, powiedział:
— Jeżeli pani nie będzie miała nic przeciw temu — wynająłbym ten pokój. Na wszystkie możliwe pytania postaram się dać jak najszczerszą odpowiedź. Nie jestem zamożny, cha-cha — mam właśnie tyle tylko pieniędzy, ile mi starczy na miesiąc, więc ten czas ma pani bądź co bądź zabezpieczony... Miesiąc w naszem życiu — to wszak dużo? Nieprawdaż?
To mówiąc, położył na stole banknot i ciągnął dalej zimnym i obojętnym tonem:
— Zresztą przekonany jestem, że dam sobie radę w Szanchaju, jak dawałem ją sobie wszędzie, gdzie tylko od r. 1915 rzucał mnie los... doprawdy, dość kapryśny, nieszczędzący mi przykrych nieraz niespodzianek... Mam nadzieję, że pozostanę lokatorem na czas dłuższy...
Zaśmiał się z jakiemś gorzkiem szyderstwem, a zmarszczki głębiej wcięły mu się w skórę czoła.
— Czem się pan trudni? — spytała bez szczególnego zresztą zainteresowania, raczej poto tylko, aby wziąć udział w rozmowie i nie pozostawać bierną słuchaczką.
— Obecnie? Tu? — uśmiechnął się złośliwie prawie. — Zapewne tem samem, czem i pani — zamierzam walczyć o życie jak umiem i mogę. Różnemi się drogami chodziło i różnych, powiedzmy nawet bez przesady, wszystkich zawodów się próbowało... Ale, o ile sądzić mogę, to i pani łyknęła emigranckiej biedy?
Skinęła tylko głową i uniosła nieco ciemne brwi. Po chwili wyciągnęła do Wagina rękę.
— Więc w szczęśliwą godzinę — proszę się wprowadzić! — powiedziała spokojnym głosem.
Uścisnąwszy podaną mu dłoń, wyszedł na podwórko, mruknąwszy dość głośno, żeby pani Somowa mogła go usłyszeć:
— Miło tu i zacisznie...
— A tak! — odpowiedziała natychmiast. — Gospodarz Jun-cho-san — bogaty kupiec. Handluje soją, olejem i makuchami. Lubi porządek i czystość. Uważam, że trafiłam bardzo szczęśliwie, wynająwszy tę chałupkę.
— Istotnie! — zgodził się Wagin i, raz jeszcze ukłoniwszy się pani Wierze, skierował się ku wyjściu.
Wkrótce po tej wizycie przed dom Jun-cho-sana zajechała dwukonna dorożka chińska, a z niej wysiadł Wagin i z pomocą furmana wniósł do pokoju dwie walizki skórzane. W półgodziny później był już rozlokowany w nowej siedzibie.
Pani Somowa, zajrzawszy do pokoju, zapytała:
— Może potrzebuje pan czego? Czy nie dać wrzątku na herbatę?
— Dziękuję! — odparł krótko, urywając nikły wątek możliwej rozmowy.
Po chwili wyszedł z domu. Miał jeszcze bardziej skupioną twarz i niezwykle ostry, baczny wyraz oczu. Przypomniał mu się nagle przestrach na szerokiej, steranej twarzy senatora Ableuchowa.
Zacisnął wargi i syknął:
— Tchórze! Nędznicy! Krety! Zdrajcy!
Posłyszał własny syk i zdumiał się. Oddawna niczem tak bardzo się nie przejął.
Zmusił się do wyrzucenia z pamięci przerażonego oblicza ekscelencji. To go odrazu uspokoiło. Ruszył przed siebie, rozglądając się na wszystkie strony. Chciał dokładnie poznać dzielnicę, w której zamieszkał, i zajrzeć możliwie wszędzie.



ROZDZIAŁ III.
I UPALENI BYLI LUDZIE UPALENIEM WIELKIEM.
(Obj. Jana Apost. XVI, 9.).

Fu-Tien-Koo ciągnęła się na przestrzeni dobrych dwu kilometrów. Wagin, przeszedłszy ją od czerwonej bramy „paj-lou“ do jaomynia, a potem dalej — aż do ostatniego przysiółka, gdzie widniały już tylko chińskie ogrody warzywne, — spostrzegł, że dzieliła się wyraźnie na trzy odcinki, zupełnie odrębne.
Pierwszy — bliższy do wielkiego, międzynarodowego Szanchaju posiadał świątynie, skwery i herbaciarnie. Stały tu bogate domy kupców, dostarczających towarów i surowców firmom eksportowym, które bez tych pośredników, ustosunkowanych we wszystkich prowincjach i kołach producentów, nie byłyby w stanie nabyć ani litra oleju bobowego, ani kilograma soji, pszenicy, ryżu, prosa, wosku drzewnego, herbaty, kamfory, santalu, ani też kawałka węgla lub rudy żelaznej, antymonowej i cynowej, ani nawet metra tkaniny jedwnbnej. Dalej od tego ośrodka usadowili się mniej zamożni kupcy; ci w szaro-żółtych szopach od ulicy mieli swoje skromne biura handlowe. Sami mieszkali z rodzinami w schludnych domkach, ukrytych w głębi posesji, ze wszystkich stron otoczonej długiemi, niskiemi budynkami, gdzie mieściły się ich składy towarowe. Jun-cho-san, jeden z najruchliwszych kupców przy ulicy Fu-Tien-Koo, miał na swojej posesji dwa domy. W jednym z nich przed trzcina laty jeszcze mieszkał syn jego, Fu-Sai-Ti z młodą żoną i dzieckiem, lecz podczas rewolucyjnych rozruchów w Szanchaju, idąc na ślub przyjaciela, młody kupiec trafił na Szeczuan Road pod ogień kulomiotów angielskich i zginął wraz z żoną i synkiem. Jego to właśnie domek dzierżawiła teraz emigrantka rosyjska — pani Wiera Somowa.
Za jaomyniem rozpoczynał się drugi odcinek ulicy. W jeszcze mniejszych i nędzniejszych szopach, nie posiadających nawet podwórka, gnieździli się chałupnicy, pracujący dla wielkich domów handlowych, kapiących od złota, laki, srebra i masy perłowej. Szewcy, krawcy, złotnicy, tkacze, hafciarze, tokarze, lakiernicy, malarze, snycerze, rzeźbiarze, stolarze, cieśle i jubilerzy mieli tam swoje drobne warsztaciki, gdzie pracowali w zaduchu i półzmroku po czternaście godzin na dobę, gdzie zmieniały się całe generacje wielkich nieraz majstrów i artystów, przechowujących zazdrośnie sztukę dziadów i pradziadów i również tradycyjne i trwałe stosunki z wielkiemi, staremi firmami.
Odcinek ten kończył się w miejscu, gdzie stała mała kapliczka z tablicą jakiegoś tekstu z księgi Konfucjusza, wiązanką kwiatów i palącemi się we wnętrzu świeczkami ofiarnemi.
Dalej aż do samych ogrodów ciągnęła się ostatnia, końcowa część Fu-Tien-Koo.
Znalazły tu dla siebie przytułek domy zajezdne, hoteliki o przechodzących wyobraźnię ludzką brudach i nigdy niemilknącym zgiełku; jadłodajnie, herbaciarnie, domy gry, palarnie opjum, jakieś wpółrozwalone, pozbawione dachów i drzwi rudery, skąd w dzień i w nocy dobiegały jękliwe zawodzenia fletów i jednostrunnych skrzypiec, warkot bębenków, obłędne, piskliwe krzyki kobiet, ponure, dzikie przekleństwa mężczyzn i śmiech, w tych zwaliskach i ohydnych norach brzmiący dziwnie złowrogo.
Na ladach przed jadłodajniami widniały stosy prażonych w oleju bułek, makaronów i obwarzanków, które tuż na brudnym parapecie spoconemi, czarnemi dłońmi rozwałkowywali z ciasta półnadzy piekarze; stały blaszane półmiski z kawałkami smażonych ryb i ociekającej tłuszczem wieprzowiny, zaprawionej lepkim, ostrym sosem na miodzie z imbirem; misy z zupą z mięczaków i wodorostów morskich, całe góry ryżu, okraszonego aromatycznemi ziołami, berberysem i papryką; kosze z gotowanemi krabami i krewetami, słoje z muszlami, wymaczanemi w słonej wodzie z czosnkiem i liśćmi pachnącej potem końskim pietruszki chińskiej. Ogromne, baniaste gąsiory z sosem sojowym i grzybowym i mniejsze, smuklejsze — z mai-go-lo i han-szinem — dwiema odmianami wódki: ryżowej z anyżem i zwykłej — gorzkiej i palącej gorzałki — z prosa.
Przechodnie stawali przy ladach, jedli z małych miseczek porcelanowych i pili wódkę z drobniejszych jeszcze — podobnych do małego kieliszka, płacili przedziurawionemi czochami, nawleczonemi na sznurki, i znikali w innych legowiskach, wedle upodobania, chwilowej zachcianki lub stałego nałogu.
Wagin zajrzał wszędzie i wszystko dokładnie zapamiętał. Ostre zapachy kuchenne wzbudziły w nim poczucie głodu. Wstąpił wreszcie do restauracyjki, nad którą widniał ogromny szyld chiński, głoszący, że —
— Najwykwintniejsza restauracja w świecie „W locie siedmiu jaskółek“ czcigodnego Mao-Lu-Pao, naczelnego kucharza ostatniego Syna Nieba, słynie ze swych potrawek z gołębi w sosie „szi-kai-ni“ i z boczków jagniąt, nadziewanych kasztanami, gotowanemi w rosole z „trepangów“.
Wagin nie mógł rozumieć stylizowanych misternie hieroglifów chińskich taksamo, jak uwięziony już wówczas „Syn Nieba“, ostatni, młodociany cesarz, nie był w stanie sprostować pewnej nieścisłości, a mianowicie, że czcigodnego skądinąd Mao-Lu-Pao nie oglądał nigdy swemi „boskiemi“ oczami i nigdy w „Zakazanym Grodzie“ nie miał takiego szefa kuchni. Sergjusz ze smakiem jednak zjadł podaną mu wyborną potrawkę i tłusty kawałek faszerowanej baraniny. Przekonał się, że ceny były tu dostępne, jedzenie — dobre a porcje — obfite. Postanowił więc, o ile pozwolą mu na to okoliczności, zaliczyć się do stałych bywalców restauracyjki Mao-Lu-Pao, chudego, jak szczapa, dziobatego djabelnie Chińczyka, coś niecoś bełkocącego po angielsku.
Nowego gościa zaciekawiła niezmiernie publiczność restauracji. Niezawodnie, klienci dziobatego Mao nie byli ani kupcami, ani rzemieślnikami. Pierwsi jadali wyłącznie w domu i w dzień mieli na sobie wyświechtane, przetarte na łokciach ubrania, niby szyldami, poznaczone plamami lub kurzem artykułów swego businesu: ten — oliwą, tamten — mąką, inni — oczeskami bawełny, jedwabiu, juty lub też przepojone wonią skór, surowych i garbowanych, korzeni, herbaty. Dla rzemieślników znowu stanowczo za drogie to było miejsce. Siedzący przy stolikach Chińczycy mieli dobre, jedwabne chałaty, nowe obuwie i mycki lub kapelusze europejskie. Naradzali się ze sobą pocichu, rzucając podejrzliwe spojrzenia w stronę nieznajomego cudzoziemca. Do tego lub innego z nich podchodzili raz po raz jacyś ludzie z ulicy, szeptali coś tajemniczo i znikali pośpiesznie, otrzymawszy rozkazy.
Wagin nieznacznie krzywił usta, jakgdyby ciesząc się wewnętrznie. Po posiłku odwiedził kilka hotelików pod pozorem, że szuka dla siebie pokoju. Mogło mu się to przydać na przyszłość. Ujrzał tu przerażająco ohydne barłogi, cuchnące, zarażone, zdawało się, wszystkiemi istniejącemi na świecie chorobami, hałaśliwe, zatłoczone niemożliwie, bo w niektórych izbach przedsiębiorczy hotelarze pobudowali aż trzy piętra prycz, niczem nie osłoniętych, wyślizganych, okrytych grubą warstwą brudu, zmieszanego z łojem potu lub resztek tłustego jedzenia i olejem bobowym — tej nieuniknionej przyprawy kuchni chińskiej, farmakopei i kosmetyki.
Korytarze, wszelkie zakamarki, parapety okien i małe ganeczki, prowadzące na podwórza, zalane czarnem błotem, zanieczyszczone kałem ludzkim i zwierzęcym, zatłoczone mułami, końmi, wielbłądami i ciężkiemi dwukołowemi „arbami“, zawalone były stosami skrzyń i worków z towarami, przywożonemi tu aż z Mongolji i nadmorskich, wschodnich prowincyj. Składy pierwszego odcinka Fu-Tien-Koo pochłaniały to wszystko, by w parę dni później przewieźć posortowany już towar do żelazo-betonowych „stores“ potężnych eksporterów.
Zwiedzając zajazdy, hotele, a nawet domy noclegowe, Wagin dłużej i uważniej oglądał budynek jakiejś znaczniejszej gospody, przypominającej znane na wschodzie muzułmańskim „karawan seraje“. Stawali tu wyłącznie poganiacze mułów i wielbłądów, robotnicy z kryp, płynących kanałem i rzekami, majtkowie wielkich dżonek morskich, furmani wozów ciężarowych i różni biedacy, ciągnący zewsząd do bogatego Szanchaju, szukając i spodziewając się znaleźć w nim chleb, a znajdując — śmierć.
Sergjusz ze skupionym wyrazem na twarzy przyglądał się czworobokowi, podzielonemu na duże izby ogólne o dwu kondygnacjach prycz, malutkim, ciemnym klitkom na poddaszu, pozbawionem sufitów i okien, gdzie zawieszone maty trzcinowe zastępowały drzwi i pułap, a niska skrzynia — łoże, krzesło i stół. Całe podwórze roiło się od zwierząt pociągowych, czarnych świń o nastroszonej szczecinie, głodnych, parszywych psów, owiec i ludzi, roznoszących wodę w blaszankach od nafty amerykańskiej i worki z obrokiem. Na werandzie przed izbami tłoczyli się mieszkańcy tej ohydnej, zgiełkliwej dziury. Niebywale hazardowni Chińczycy grali w karty, w kości, domino i „ma-chong“, inni słuchali jakiegoś wędrownego baśniarza, przyglądali się przedstawieniu trupy akrobatów i sztukmistrzów, jedli i pili.
Dobiegał straszliwy jazgot i ciężkie uderzenia młotów. To kowale na poczekaniu naprawiali zerwane na wyboistych drogach żelazne okucia kół, wyrabiali podkowy i nabijali je na poranione i potrzaskane kopyta mułów i koni. Rzęziły, kwiczały i charczały zarzynane przez kucharza barany i świnie, gryzły się i szczekały psy, walczące o ochłapy mięsa, skrzypiał jękliwie żóraw studni, zgrzytały żarna młynka, mielącego pszenicę, „gaoljan“ i „czumizę“, łomotały obuchy, rozbijające na opał stare, zużyte do reszty skrzynie od oleju bobowego i konopnego. W jednym kącie podwórka, skacząc sobie do oczu, wymachując rękami i skrzeczącym głosem ciskając niewymownie ohydne, Chińczykom tylko znane przekleństwa, kłóciło się kilku żebraków o zniekształconych, zżartych trądem twarzach.
Wagin spostrzegł galeryjkę, biegnącą wzdłuż całego czworoboku budowli po dachu, krytym deskami. Zwykła drabina prowadziła stąd na pusty placyk, gdzie zapewne po pożarze pozostały rumowiska, doły i kupy opalonej gliny.
Gdy tak stał i podświadomie niemal utrwalał sobie w pamięci sytuacyjny plan zajazdu, zbliżył się do niego jakiś dziwny typ. Wyrósł przed Waginem, jak z pod ziemi. Olbrzymi był to drab, o szerokich barach, kudłatej głowie i czerwonej, obrośniętej czarną szczeciną oddawna niegolonej twarzy. Łypał przekrwionemi oczyma i kurczył węzłowate palce ogromnych łapsk.
— Mogę służyć za przewodnika, sir... — zaryczał po angielsku bezczelnym, ochrypłym basem, — za przewodnika po tym istotnie wyjątkowo pouczającym i budzącym filozoficzne myśli zakątku „Żółtego Piekła“!
Akcent jego zdradzał Rosjanina. Wagin wydobył z kieszeni paczkę papierosów i, częstując draba, spytał po rosyjsku:
— Pali pan?
Drab zdębiał i wybałuszył na niego pijackie oczy. Po chwili splunął i wybuchnął śmiechem.
— Do djabła! — zamruczał. — Wziąłem pana za Anglika! To mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Żeby aż tak się pomylić, no — no! A wszystko od tej przeklętej „hanszy“!
Obciągnąwszy na sobie jakieś łachmany, wyprostował się po wojskowemu i huknął:
— Pozwoli pan się przedstawić, szanowny rodaku! Lejtenant morskiej gwardji jego cesarskiej mości, — Michał Miczurin!
Wagin, burknąwszy niewyraźnie swoje nazwisko, spytał:
— Co pan tu robi w tym zajeździe? Ale... ale!... doskonała nazwa — „Żółte Piekło“!
Drab zaśmiał się na całe gardło i odpowiedział natychmiast:
— Nazwa — to mój wynalazek, bo pospolicie ta buda nazywa się „Gospoda 4-ch stron świata“. W niej — to piastuję niezbędną tu godność... psa łańcuchowego!
— Nie rozumiem...
— Jabym na pańskiem miejscu też nie zrozumiał! — ryknął znów śmiechem Miczurin. — W tym „Splendid-Hotelu“ różne gnieżdżą się typy, do bandytów — owych sławetnych „chunchuzów“ — włącznie. Nieraz tu mają miejsce nożowe rozprawy, ba, nawet całe batalje ze strzelaniną, wtedy więc ja występuję w roli, że tak powiem superarbitra, zaczynam swoje urzędowanie i wykonywam czynności, powierzone mi niepisanym dekretem właściciela zajazdu! Niech pan raczy spojrzeć na mnie. Kawał chłopa, co? Średniej wagi bliźniego z łatwością mogę przerzucić, jak worek z sianem, przez mur, a uderzenia mego nie wytrzyma najtęższy muł!
To mówiąc, pokazał ogromną piegowatą pięść, kosmatą od rudych włosów.
— No — więc... Robię porządeczek, przeprowadzam gwałtowną i radykalną pacyfikację i — abgemacht! Zato mam kąt, żarcie, a po burzliwej nocy mogę wlać sobie do gardzieli miarkę lian-szynu... Wlewam zresztą znacznie więcej, bo musi pan wiedzieć, że łaknę ciągle, nostalgja bowiem i wspomnienia dawnej świetności dokuczają mi i gryzą... „Ech! i my kłusakami byliśmy niegdyś“... — zanucił ponuro znany romans cygański.
Urwał po chwili i, pochyliwszy się Wraginowi do ucha, szepnął:
— Może przydałbym się panu na jakąś robotę?
— Co pan ma na myśli, mówiąc o „robocie“? — pytaniem na pytanie odpowiedział Wagin.
Drab skrzywił twarz obleśnie i zachichotał skrzecząco:
— Hm... hm... Pytanie obcesowe, a nawet — żenujące!... Ale, cóż? Jeżeli się powiedziało „a“, należy powiedzieć „b“ i tak — do ostatniej litery alfabetu... Ułożyć jakgdyby „curriculum vitae“!
Śmiejąc się wciąż i dysząc w twarz Wagina oparami cuchnącej okowity, zwierzał się z całą bezczelnością i cynizmem:
— Bo to widzi pan, z konieczności stałem się mistrzem od różnych pożytecznych w naszem glupiem życiu zawodów... że tak powiem „specem“ sztuki stosowanej.
— Naprzykład?
— Ha! Słynę, jako magik, w arkanach szulerki... Nie? nie potrzebuje pan tego? Próbowałem nie bez pewnego powodzenia rzemiosła włamywacza. Znawcy twierdzą, że mam genjalne zdolności mechanika i że ginie we mnie... wielki wynalazca... Umiem też znakomicie naśladować każde pismo... Potrafię podrobić podpis gubernatora Banku Angielskiego i mr. Vanderbildta... Nie? Nie fasonuje to panu?... Jakiś mocno wymagający z pana facet! Tyle talentów rzucam panu pod nogi, a pan wciąż nosem kręci!... Umiem być wiernym i oddanym pomocnikiem i wspólnikiem w każdem, najbardziej szalonem nawet przedsięwzięciu... Ręczę za to słowem oficerskiem! Umiem być wdzięczny. Ba, nawet dla swego teraźniejszego chlebodawcy czuję wdzięczność, choć ten żółty wyga woła na mnie, jak na psa: „Tshao, ty — rosyjska świnio!“ Nauczyłem się już puszczać takie drobne zgrzyty mimo uszu... Bądź co bądź ciepły kąt, jaka-taka strawa, wódka a nieraz to i parę groszy się zarobi... Zdarza się to wtedy, gdy zajdzie potrzeba ukryć jakiegoś gościa, zakatrupionego w naszej „Gospodzie“ albo też... Zresztą nie może to pana interesować...
W ochrypłym głosie Miczurina poprzez ogólny ton szyderstwa przebijać się poczęły jakieś nuty goryczy. Wagin uświadomił sobie nagle, że ciągnie go coś do tego rozbitka życiowego, pozbawionego, zda się, wszystkich cech człowieka cywilizowanego. Był to pociąg poniekąd uczuciowy a zarazem instynktownie wyrozumowany, oparty na przeświadczeniu, że ów pijany, bezczelny drab jest mu potrzebny i że w jego życiu odegra on jakąś rolę.
Sergjusz ruchem ręki przerwał dalsze jego wynurzenia, mówiąc żartobliwie i przyjaźnie:
— Nie zapij się pan tylko na śmierć, lejtenancie, bo, zdaje mi się, że wkrótce będzie mi pan potrzebny, jako wspólnik pewnego przedsiębiorstwa akcyjnego... Może za jakiś miesiąc lub za dwa...
Miczurin chrząknął, przykrywając usta dłonią, i najpoważniej w świecie odparł:
— Muszę pana uprzedzić, że nie posiadam kapitału obrotowego!
Na potwierdzenie tego oświadczenia wywrócił natychmiast kieszenie połatanych spodni, od dołu ozdobionych frendzlami, mrucząc przytem:
— Uczciwy, ale ubogi szlachcic i oficer... Moje uszanowanie! Sługa powolny! Au revoir! Good bye, sir!
Odprowadził Wagina do bramy i długo patrzał wślad za nim, dziwiąc się, że ten, tak wytworny i zapewne bogaty rodak szybkim krokiem skierował się ku wylotowi ulicy, gdzie zaczynały się już „hoszuny“ — ogrody warzywne.
Wagin tymczasem szedł ścieżką, wydeptaną przez piechurów na jednem zboczu błotnistej, grząskiej drogi, pociętej głębokiemi koleinami i zaśmieconej liśćmi różnych jarzyn. Stado czarnych i ponurych świń spokojnie żerowało na środku drogi. Wagin przeszedł spory już kawał koło żywopłotu — burego w zimie i pozbawionego liści. Przyzwyczaił się już przez kilka lat rozpaczliwie beznadziejnego życia do pewnej strategji. Chciał i musiał do gruntu poznać to miejsce, gdzie rzucił go los. Dlaczego — tego ściśle nie wiedział; pamiętał tylko, że nieraz już było mu to potrzebne i ratowało życie. Uśmiechnął się mimowoli, i przypomniawszy sobie pewien wypadek w Moskwie, gdy ukrywał się przed patrolami czerwonej gwardji bolszewickiej. Wszyscy inni — przypadkowi towarzysze tej nocy, dostawszy się do sutereny, uspokoili się odrazu. Kryjówka wydawała im się pewną. Ktoby tam szukał po suterenach oficyny w czwartem podwórzu, zastawionem wozami i dużemi skrzyniami? On zaś, rozejrzawszy się dokładnie, wynalazł jakiś otwór w murze. Przez niego przedostał się do kanałów ogrzewania centralnego... Tej samej nocy w suterenie na czwartem podwórzu marynarze-bolszewicy powystrzelali wszystkich ukrywających się w niej „wrogów proletarjatu“. Jedynie Wagin wyszedł cało i zniknął jak kamfora, a przecież o niego to właśnie chodziło czerwonej milicji proletarjackiej. Na to wspomnienie uśmiechnął się raz jeszcze i rozejrzał się wokół. Na ogromnej przestrzeni ciągnęły się grzędy. Sterczały i chybotały na wietrze jakieś suche, sczerniałe badyle, zalatywała ckliwa woń gnijącej kapusty; świnie ryjami przewracały miękką ziemię, szukając ziemniaków, rzodkwi i marchwi, pozostawionych przez ogrodników. W oddali stał z podwiniętym ogonem biały, widocznie, głodny pies i, wyciągnąwszy szyję, wył przeciągle. Długiemi rzędami ciągnęły się wszędzie kupy nawozu i liści kapuścianych, przygotowanych do spalenia. W oddali widniały czarne, dziurawe strzechy prawie zburzonych, walących się już szop. Rozwarte naoścież drzwi z hałasem uderzały o framugę i ścianę, miotając się za każdym silniejszym podmuchem wiatru. Ktoś wyjrzał z czarnego wnętrza szopy, ale, spostrzegłszy nieznajomego, cofnął się szybko w głąb budynku.
Wagin zawrócił i, zapaliwszy papierosa, podążył ku miastu. Szedł teraz inną stroną ulicy. Jego cienkie, drapieżne nozdrza pochwytywały różne zapachy. Poznawał je odrazu lub z pewnym wysiłkiem i, niby chemik, doszukiwał się różnych składników. Słodkawy zaduch przepalonego oleju bobowego, ostry — ryb, wodorostów i raków morskich, ciężki i gorzki — dymu opjumowego i drażniący powonienie aromat han-szynu — trującej wódki z prosa. Wagin odróżniał każdy zapach wyraźnie i wiedział już, co się dzieje za glinianemi ścianami tych niskich, brudnych lepianek. Reszty dopowiadały mu dochodzące go dźwięki i głosy — nieprzytomne mruczenie, obłędne okrzyki, brzęk naczynia, głuche uderzenia tasaków, rozrąbujących mięso, klaskanie kart, turkot rzuconych na stół kości, bezczelny chichot kobiet, wysokie, nosowe nuty ochrypłego śpiewu, czasami — warkot bębenka lub jękliwe zawodzenie jakiegoś instrumentu strunnego... Wszystko to przejmowało Wagina wstrętem, a zarazem pociągało go ku sobie tętnem niezliczonych serc ludzkich, szukających wytchnienia, zapomnienia, majaków szczęścia. Znał przecież te dzielnice zakazane z ich życiem tragicznych efemeryd.
Doszedłszy do domu i przechodząc przez podwórko, zobaczył na ganeczku młodą kobietę. Stała na stopniach i ścierką strzepywała kurz z trzewików. Nie spostrzegła Wagina, który zatrzymał się w półdrogi i uważnie jej się przyglądał. Nie była może ładna, ale od całej jej postaci wiało jakąś świeżością. Coś swojskiego wyczuł w niej Sergjusz. Powiew pól wsi rosyjskiej, trochę melancholijnej, trochę dzikiej, a zawsze ni to zaczajonej i drażniąco zagadkowej.
— Nie! — pomyślał. — Stanowczo nie! To raczej — mistyczny półzmrok cerkwi, zapach wosku i kadzidła, wyzierające z ciemności, blade, surowe oblicza świętych bizantyńskich, chodzących na pograniczu namiętnego prozelityzmu chrześcijańskiego i najmroczniejszego pogaństwa, aż do kaleczenia siebie i innych, do krwawych orgij, z udrękami, wyczytanemi z ponurej „Czetji Minei“!... Coś z mniszki w czarnej szacie i ciemnej chuście, nasuniętej na oczy... A zresztą — zaraz dowiem się sam...
Szybko zbliżył się do schodków i, uchylając kapelusza, powiedział:
— Przepraszam, kogo pani tu szuka?
Drgnęła i wyprostowała się. Ciemne, głębokie i jakieś niezwykle tęskne oczy ślizgnęły się po twarzy Wagina, wbiły się w jego źrenice i ukryły się spłoszone pod powiekami.
— Ach! — wyszeptała, wyciągając przed siebie ręce, jakgdyby przed grożącym jej napadem.
Wagin usiłował uspokoić ją, mówiąc żartobliwym tonem:
— Choćby pani była nawet zbrodniarką, proszę się mnie nie obawiać! Nie jestem agentem policji, broń Boże!
Przyglądał się jej bacznie. Spostrzegł bladą twarz o wystających nieco kościach licowych, szerokich ustach i wysokiem, wypukłem czole, obramowanem falistemi, kasztanowatemi włosami. Byłaby może zupełnie brzydka, gdyby nie ciemne, piękne oczy o głębokiem, rozumnem, a jednocześnie tragicznem niemal spojrzeniu.
— Ach! — wydała znowu cichy jęk. — To okropne! Straszne, niemożliwe!
Zachowanie jej zirytowało go. Krzywiąc usta w nieszczerym uśmiechu, spytał:
— Niechże pani powie wreszcie, co panią tak przeraża i poco pani tu przyszła?
Dziewczyna, ochłonąwszy ze wzruszenia, opanowała się trochę i odpowiedziała:
— Jestem Ludmiła Somowa... i domyślam się, że to właśnie pan u nas zamieszkał...
Wagin skłonił się i, patrząc na nią badawczo, powiedział:
— Nie spodziewałem się, że nazwisko moje wywoła u pani taki przestrach!
Zaśmiał się sucho. Ludmiła podniosła na niego oczy i tym razem wytrzymała jego wzrok.
— Nazwisko pana obce mi jest... — szepnęła.
— W takim razie nic już nie rozumiem! Staje się pani dla mnie zagadką... powiedzmy — chińską! — zaśmiał się znowu.
Ludmiła patrzyła na niego nieruchomym, niemal surowym wzrokiem, a oczy jej przypomniały mu istotnie męczeńskie, prawie nieprzytomne oczy świętych, od dzieciństwa widywanych na obrazach w cerkwiach.
Zapanowało milczenie.
Wreszcie dziewczyna poruszyła wargami. Padł cichy, ledwie przez Sergjusza pochwycony szept:
— Boję się pana! Boję się...
Wagin odsunął się gwałtownie, lecz po chwili śmiać się począł:
— Nie spodziewałem się takiej komplikacji mieszkaniowej! Nie chciałbym, aby pani, panno Ludmiło, w dzień i w nocy miała jakiegoś upiora za tą cienką ścianą swego pokoju. Widzę, że muszę zabrać manatki i...
Ludmiła brała właśnie z ławki wypchaną dziennikami czerwoną tekę tekturową, lecz, posłyszawszy jego słowa, wypuściła ją z rąk i, składając dłonie, wyszeptała:
— Na miłość Boską! Niech pan tego nie robi! Mama jest taka szczęśliwa, że wynajęła wreszcie pokój i dostała od pana pieniądze!
— Czy aż tak krucho w tym małym „châlet chinois“? — spytał ironicznie.
— O, tak! Czyż tu może być komuś dobrze?! Mama tak się cieszy, że będzie mogła coś zrobić dla brata.
— Cóż mu jest? Czy to ten, co tak straszliwie kaszle?
Skinęła głową i, nie patrząc na Wagina, szepnęła:
— Roman zapadł na gruźlicę... Klimat szanchajski jest zabójczy dla niego!
Wagin milczał. Ludmiła podniosła oczy na jego skrzepłą, jak maska, twarz i znowu szepnęła:
— Niech pan nie robi nam krzywdy i — pozostanie tu! Jestem głupia histeryczka... ja się przyzwyczaję do pana i nie będę się już bała... Proszę, bardzo proszę pozostać u nas!
Sergjusz milczał i przemówił dopiero wtedy, gdy Ludmiła dotknęła jego dłoni.
— Nie wiem, jaka jest przyczyna pani lęku wobec mnie, bo przecież nie znamy się wcale. W każdym razie nie dam pani powodu do nawrotów tego strachu, bo nie będziemy się wcale widywać... Pozostanę u państwa pod jednym warunkiem. Pani musi mi powiedzieć, co właściwie wzbudza w pani taki strach przede mną?
Panna Somowa drgnęła i cofnęła się o krok.
— Nie... nie! — szepnęła prawie z rozpaczą.
— A więc i ja na prośbę pani zmuszony jestem odpowiedzieć — nie! — syknął Wagin.
— Poco pan ma wiedzieć, co ja czuję, co... — nie dokończyła zdania, prawie płacząc.
— Lubię jasne sytuacje i stosunki ściśle skrystalizowane! — odparł zimnym tonem.
Ludmiła bezwładnie opuściła ręce i usiadła na stopniach ganeczka. Wagin wpatrywał się w jej pochyloną głowę i opalony, złocisty policzek.
— Gdy zobaczyłam pana... uprzedzam, że jest to zapewnie obłąkanie... takie życie, jakie pędzimy od trzech lat każdego może doprowadzić do psychozy...
— Przypuśćmy, ale w każdym razie chcę wiedzieć, co się pani przywidziało, czy jak to tam nazwać? — nalegał Sergjusz.
— Gdy zobaczyłam pana... wyczułam wyraźnie... ach, to takie straszne, wprost okropne!... — poczęła wzdychać i łamać sobie ręce, niby w rozpaczy.
Milczała długo, potrząsając głową i wzdrygając się cała.
— Wyczułam, że pan... pan...
Urwała nagle i, bylejak zgarnąwszy dzienniki, wbiegła do domu.
Sergjusz, zaciskając wargi i chmurząc czoło, pozostał na ganku. Ociężałym, powolnym krokiem wszedł do pokoju i usiadł przy stole, zapomniawszy zdjąć kapelusz i płaszcz. Opuścił głowę na wsparte na stole ręce i znieruchomiał. Jakieś przykre niezadowolenie z czegoś, to znów niby jakaś obawa, wpełzły mu do serca. W piersi i w mózgu czuł sączące się zimne strugi. Z poza cieniutkiej ściany dobiegał go z sąsiedniego pokoju suchy, szczekający kaszel chorego chłopaka, odgłosy rozmowy, prowadzonej szeptem, cichy płacz, westchnienia trwożne i zgrzytliwe tykanie zegara. Wkońcu nie słyszał już nic. Myśli jego odbiegły daleko. Twarz poszarzała mu i stała się znacznie starszą i steraną. Zmarszczki na czole i dokoła ust wcięły się jeszcze głębiej.



ROZDZIAŁ IV.
OAZA NA BUBBLING-WELL.

W restauracji rosyjskiej „Wołga“, mieszczącej się przy Bubbling-Well, jak zwykle w niedzielę, tłoczno było i gwarno. Emigranci, niedojadając przez cały tydzień, przychodzili tu w niedzielę, aby znaleźć się wśród znajomych, choć na tych parę godzin oderwać się od beznadziejnej nędzy i bezcelowości istnienia, posłyszeć jakieś nowiny, najczęściej fantastyczne, z palca wyssane, ale dające błyski otuchy, co znów pozwalało tym ludziom wykrzesać z siebie nikłą iskrę wesołości, wygrzebać cień nadziei z samego dna serca, które codziennie umierało, kołacząc w piersi bezwładnie, jak rozbity wóz na wybojach i koleinach bezdroża. Wtedy stawał się cud! Na bladych wargach pojawiał się uśmiech, w głosie drgały zapomniane nuty beztroskiej wesołości, na policzkach wykwitały rumieńce. W tem zbiorowisku nędzarzy i skazańców oddawna znikły już różnice stanu i ślady etyki sytych i bogatych ludzi, ale zato z niebywałą pedanterją przestrzegano tam form towarzyskich. Gdy ktoś z emigrantów nie miał już sił ani chęci do zachowania tych form, — to przestawał bywać w „Wołdze“. Nikt tu nikogo nie oszukiwał, nie prosił o pożyczkę, nie robił żadnych wyrzutów. Niechętnie przyjmowano tu złośliwy żart lub cierpki, wisielczy humor. Jak Anglicy, którzy podczas podróży w dżungli lub na lodowcach Himalajów golą się codziennie i, choćby symbolicznie przebierają się do wieczornego posiłku, tak i ci emigranci rosyjscy zachowaniem swojem w towarzystwie usiłowali nawiązać coraz bardziej zrywające się nici z przeszłością i społeczeństwem. Usiłowania te były rozpaczliwe i tragiczne, gdyż każdy z odwiedzających „Wołgę“ gości w świadomości swej niósł nieodstępne pytanie:
— Czy będę jeszcze mógł przyjść tu w następną niedzielę?
Coraz częściej zdarzało się istotnie zauważyć nieobecność jakiegoś stałego bywalca i dowiedzieć się, że „wyższa siła“ stanęła na drodze znajomemu lub przyjacielowi. Więzienie, choroba lub śmierć na zawsze wytrącały ludzi z tego środowiska, gdzie potrafił przechować się pomimo wszystko skrawek cywilizacji i echo życia towarzyskiego.
Sama właścicielka jadłodajni i skromnego pensjonatu nadawała też wszystkiemu należyty ton. Raczej nawet — ton sztywny, przesadnie etykietalny. Niestara jeszcze, może 45-letnia pani Marja Ostapowa owdowiała niedawno. W okresie istnienia syberyjskiego rządu, gdy to jego armja wschodnia zwycięskim marszem dotarła daleko w głąb Rosji europejskiej, mąż pani Marji — generał dostał się z rodziną za Ural i, będąc człowiekiem przewidującym, natychmiast wyemigrował z pewnym kapitalikiem do Szanchaju. Rozejrzawszy się po terenie, wraz z żoną wynajęli koło Bubbling-Well przytulną willę i urządzili w niej pensjonat i restaurację. Na Rosję, zwalczającą „czerwonych zbirów“, jak się wtedy pisało o bolszewikach, istniała w owych czasach moda, więc do restauracji państwa Ostapowych chętnie zaglądało bawiące się towarzystwo cudzoziemskie, spragnione wszelkich nowości w Szanchaju, znanym już do najdrobniejszych szczegółów — od jaomynia, gdzie rąbano głowy kulisom za urojone najczęściej zbrodnie, herbaciarni dzielnicy chińskiej i pałacyków na Suczou-Creck‘u, zamieszkałych przez międzynarodowe zbiorowiska pięknych i dostępnych kobiet wszystkich narodów i ras, — do palarni opjum, podejrzanych domów schadzek, dancingów i wspaniałych salonów konsulatów. Poza nowością lokalu, urządzonego z wytworną prostotą, pociągała ku sobie wyborna kuchnia moskiewska. Obiadami z kulebiaką, prosiakiem w sosie chrzanowym, jesiotrem po rosyjsku i „gurjewską“ kaszką zachwycano się nie mniej niż zupą z gniazd jaskółczych, potrawką z trepangów, sałatką z młodych pędów bambusowych i legominą z ocukrzonej szarańczy. Przedsiębiorstwo Ostapowych rozwijało się błyskawicznie. Małżonkowie rozmyślali już zupełnie poważnie nad nabyciem willi na własność. I nagle wszystko wzięło w łeb.
Pewnej nocy policja szanchajska wtargnęła do pensjonatu na Bubbling-Well i przeprowadziła rewizję. W pokoju słynnego w swoim czasie inżyniera Griszina wykryto nowocześnie urządzoną fabryczkę niebywale artystycznie wykonanych, lecz... fałszywych banknotów rosyjskich. Areszt lokatora, przymusowe przez tydzień zamknięcie restauracji i atmosfera plotek, krążących od tego czasu dokoła pensjonatu rosyjskiego, w okamgnieniu odstraszyły cudzoziemców. Na tę klientelę nie można już było liczyć. Przepadła na zawsze. Należało więc cały byt przedsiębiorstwa i rodziny oprzeć jedynie na rosyjskiej emigracji. Wydawało się to zupełnie niepewną podstawą, gdyż zubożenie rodaków katastrofalnie postępowało naprzód i prędzej czy później można było oczekiwać, że i ta też klientela wyczerpie się do reszty.
Tak czarne perspektywy doprowadziły generała do anewryzmu serca. Pewnego wieczora, przeglądając księgi rachunkowe, obsunął się na nie stroskaną teraz, a doniedawna jeszcze dziarską, marsową twarzą. Pani Marja Ostapowa znalazła męża w biurze wtedy dopiero, kiedy już zdążył zesztywnieć. Wdowa, wyprawiwszy mężowi wspaniały pogrzeb z udziałem licznych delegacyj kół wojskowych i, zważywszy wszystkie możliwości, postanowiła wszakże przedsiębiorstwa nie zwijać. Zniżyła tylko znacznie jego poziom. „Wołga“ stała się właściwie zwykłą, skromną jadłodajnią, a duży salon z werandą w ogrodzie — niezarejestrowanym nigdzie klubem. Za wstęp do niego płacono drobną sumę, płacono też za przeglądanie pism, za korzystanie z małego bilardu, za zielone stoliki i stare karty. Za to wszystko generałowa i jej piękna, sztywna, jak „zaczarowana królewna“ (tak ją określano w kołach elity emigracyjnej) dwudziestodwuletnia córka — Marta stwarzały nastrój, podtrzymywały wysoki ton i iluzję dawnego, świetnego życia. Rentowało się to wcale, wcale nieźle. Wyniosła, spokojna i dostojna pani Marja śledziła bacznie, aby w jej salonie wszystko odbywało się „comine il faut“, a gdy ktoś z gości, zdziczały w ustawicznym lęku o jutro, stroskany o los rodziny, pozostającej w rękach bolszewików, wyrywał się z jakiemś słowem nieodpowiedniem i zbyt dosadnem, generałowa prostowała się, sztywniała i suchym głosem rzucała w przestrzeń niby ważkie upomnienie:
— Kiedy bywaliśmy z nieboszczykiem mężem na przyjęciach dworskich...
Wszyscy wiedzieli, że państwo Ostapowie nigdy nie byli na dworze, bo — i skądże znów? Wszakże cała karjera oficerska Ostapowa przeszła na głuchej prowincji — na Uralu i w Turkiestanie, zresztą za czasów carskich znano go tylko jako pułkownika intendentury, którego jeden z licznych wodzów armij partyzanckich niewiadomo jakiem prawem i za jakie zasługi ozdobił szlifami generalskiemi. Wszystko to było znane powszechnie, ale nikt na te przechwałki i piękne kłamstwo pani domu nie reagował. Przeciwnie — każdemu z bezdomnych, zdeklasowanych rozbitków życiowych chciało się wierzyć, że ta przystojna jeszcze, postawna i dostojna Marja Piotrowna dotykała połyskującej, palisandrowej i mahoniowej posadzki Zimowego Pałacu carów — ceglastego, surowego i olbrzymiego gmachu Rastrelliego. To podnosiło wszystkich tych nędzarzy w ich własnych oczach i wdzięczni byli generałowej za jej cudowną improwizację. Zawstydzony swoim nietaktem i tak elegancko skarcony gość kulił się i, chichocąc obleśnie, biegł do pani Ostapowowej, aby ucałować jej rękę i przeprosić.
W pierwszą niedzielę po zamieszkaniu Wagina u pani Somowej — w „Wołdze“ zgromadziło się sporo gości. Wszyscy siedzieli przy dwóch długich stolach. Nawiązała się rozmowa o różnych najbardziej obchodzących zagadnieniach i nowinach z Rosji. Jak prędko przeminie znienawidzony bolszewizm? Kiedy wreszcie zostaną poskromieni i powieszeni rozzuchwalone i rozpanoszone „chamy i żydy“, wodzący rej w nowej Rosji proletarjackiej? Wszyscy, pomimo, że minęło już trzy lata, wmawiali sobie, że lada chwila życie powróci do dawnego łożyska. Ta ślepa, bezmyślna wiara była też jedną z potęg, podtrzymujących te rzesze nieszczęśliwców, wyrzuconych, jak ryby na piaszczystą łachę, na obcy im nieznany brzeg, stający się z dniem każdym coraz bardziej wrogim. Utrata tej dziecinnie naiwnej wiary stałaby się kresem rozpaczy, upadku i zagłady. Każdy z tych ludzi uświadamiał to sobie zupełnie jasno.
Adwokat Lubicz, wysoki, zgrabny, mimo, iż miał srebrzystą, niezwykle bujną czuprynę, niedbałym ruchem owijając dokoła palca czarny sznurek binokli, opowiadał płynnie, umiejętnie akcentując ważne ustępy swego przemówienia:
— Jakby tam nie było, a fakt faktem, że ochotnicze armje na południu trzymają się jeszcze i kto wie, czy po reorganizacji nie stały się silniejsze ideowo i moralnie? Co do mnie, to muszę się przyznać, że pokładam szczególną nadzieję w baronie Wranglu. Jest to systematyczny, zimny, pozbawiony wszelkiego romantyzmu Niemiec. Takiego właśnie potrzebowaliśmy dawno! Rosjanin, czy to Denikin, czy Korniłow i Kaledzin, czy Kołczak — zbyt dużo sentymentalizmu, marzycielstwa i szkodliwego, bo prawdę biernego i fatalistycznego mesjanizmu wkładali w całe to przedsięwzięcie walki z czerwoną Moskwą, z tymi bandytami i Żydami. Wrangel będzie bił, a sentymenty swoje pozostawi w taborze, na później! Cha-cha-cha! Ale i oprócz Wrangla coś innego jeszcze grozi teraz bolszewikom! I to dla nich — najstraszniejsze i najniebezpieczniejsze...
— Co takiego? O czem pan mówi, Grzegorzu Szymonowiczu? — rozległy się niecierpliwe pytania.
— A to dopiero katarynka adwokacka! — oburzał się ktoś półgłosem, ale, spotkawszy się z pełnym wyrzutu wzrokiem pięknej Marty, zakrztusił się nagle i zaczął kaszlać.
— Proszę państwa, — ciągnął triumfującym i uroczystym głosem adwokat, — miałem wczoraj w ręku „Vorwaerts“ i przeczytałem obszerne sprawozdanie o zamachu na Lenina.
— Zamach na Lenina? Zamach na tego antychrysta? — posypały się zewsząd nerwowe pytania.
— Jakże to było?!
Adwokat opowiedział treść artykułu, umieszczonego w niemieckim dzienniku socjalistycznym, i mówił dalej:
— W szeregach swoich bolszewicy mają już zdrajców, albo raczej — opozycję terrorystyczną, i to właśnie musi ich zgubić bardzo prędko. Dwa — trzy nowe zamachy i — żydy drapną z Rosji, a bez nich cała ta krwawa feerja skończy się odrazu. Nasz kmiotek, nasz robociarz rosyjski nie jest skory do rozlewu krwi... Spokojny, cierpliwy i cichy jest nasz naród, po bożemu żyć pragnie. Dowiódł nam tego nasz wielki Leon Tołstoj...
W końcu drugiego stołu rozległ się nagle cienki, przenikliwy chichot. Śmiał się chudy, jak szczapa, blady, o oczach, podkrążonych ciemnobrunatnemi cieniami, Klimow, dawny rotmistrz żandarmerji, dogorywający w Szanchaju, bo go zżerał rak na wątrobie.
— Rotmistrzu!... — zaczęła generałowa, zamierzając umitygować Klimowa, gdyż wiedziała już z doświadczenia, co znaczy ten zgrzytliwy, przykry chichot żandarmski. Klimow jednak nie był dziś w usposobieniu by ulegać dostojnej pani Ostapowej. Chichotał długo, a coraz piskliwiej i ze wzrastającą arogancją. Wreszcie przemówił. Miał miękki baryton, jakiś podstępny, niby skradający się.
— No-no! Panie adwokacie! Grzmiał tu pan przed chwilą przeciwko sentymentalizmowi rosyjskiemu, a sam wpadł pan w niedopuszczalny, babski, łzawy sentymentalizm, który przedewszystkiem zgubił Rosję! Nasz kmiotek i robotnik spokojny jest, cichy i pragnie żyć po bożemu? Co za naiwność! Co za zbrodnicza ślepota! Co za bezczelne oszustwo! Mówi pan zapewne o robotniku, który w moskiewskiem mieszkaniu pana zawieszał jedwabne draperje na drzwiach gabinetu? Kmiotka zaś widzi pan przed sobą w chwili, gdy ten stoi bez czapki i kłania się panu w pas, bo coś chce od pana wycyganić? Nie — mój panie! Mnie proszę zapytać, co to za bydlę ten kmiotek i ten robotniczek rosyjski z jego życiem podług przykazań boskich! Tylu ich nawysyłałem w najdalsze kąty Sybiru, aby czemprędzej bez krzyku i hałasu powyzdychały te kanalje od mrozu, szkorbutu, głodu, biegunki i febry! Nasz lud — to dziki, pogański lud, dzikszy od ludożerców afrykańskich!... Tamci to przynajmniej załatwiają się krótko i węzłowato! Nożem po gardle i już! Krew oddaje się fetyszom w ofierze, wątroba i nerki — kapłanom, śledziona i żółć — znachorom, a reszta — całemu towarzystwu. Rosyjski zaś „cichy i spokojny“, „boży“ człowiek nie zjada bliźniego, ale lubuje się w jego konaniu w mękach, których nauczył się z kościelnych ksiąg, krzywo i głupio przez ciemnych analfabetów pojętych. Zabić — to mało dla niego! Nie! Ty, bracie, pomęcz się do ostatniej chwili, aby tylko dłużej, aby tylko jak najwymyślniej! Stąd to powolne wyciąganie trzewi, zaciskanie głów pomiędzy deskami, zdzieranie skóry, wyłupywanie oczu, wyrywanie języka, podsmażanie na węglach, oblewanie wodą na mrozie...
— Rotmistrzu, dość tych ohydnych, przerażających szczegółów! — zawołała wreszcie generałowa. — Do czego pan właściwie zmierza?
— Do tego, czcigodna pani, że to nie Żydzi, Łotysze i Chińczycy zmienili Rosję w krwawe piekło, tylko nasz rodzimy, cichy, „boży“ kmiotek i jego synalek — robociarz „uświadomiony“ i rodzony brat tegoż, najemnik — ciemny, jak noc! Tego nikt nie chciał w Rosji zrozumieć i zdyskontować, a zresztą może nawet najtęższe umysły nie były w stanie uświadomić sobie całej nagiej, strasznej prawdy. Przynajmniej twierdzić to można stanowczo odnośnie do naszych pisarzy, zawracających nam i zagranicy głowy, do tych wszystkich — Gleba Uśpieńskiego, Terpigorewa, Mujżela, Korolenki a nawet przesławnego Leona Tołstoja! Chi-chi-chi!
— Przesada! Samobiczowanie! Sadyzm poniżenia własnego narodu i ojczyzny! — zawołał adwokat, błyskając szkłami.
— Aj-aj-aj! — przeciągnął szyderczym głosem Klimow. — Panie Lubicz, pan musiał się jednak czegoś uczyć w uniwersytecie, więc nie wolno panu przeciwstawiać się prawdzie historycznej.
— Żandarm, broniący prawdy historycznej! — szepnął jakiś zbłąkany na wygnaniu młody docent uniwersytetu, pochylając się nad stołem i zerkając w stronę panny Marty Ostapowej.
Panienka uśmiechnęła się kącikami zmysłowych warg i nieznacznie potrząsnęła ufryzowaną główką.
Wyrażała tem wszystko — aprobatę dowcipnej uwagi docenta, lekką ironję, zalotny wyrzut i niejasną zachętę.
— Jakto? — spytał Lubicz.
— Takto! — natychmiast pochwycił wyzwanie rotmistrz. — Racz pan zajrzeć do historji buntów chłopskich w Rosji od epoki Bułatowa, Razina, Pugaczowa aż do roku 1918-go! Tam znajdzie pan wszystkie cechy „bóstwa“ naszego ludu, wszystkie! Ujrzy pan dzieci, wieszane na rzemyku, uwiązanym do szyi matki, dziewczynki nieletnie, gwałcone w oczach związanych rodziców, patroszenie ciężarnych bab i wypychanie ich słomą, podpalaną później przy pijanym ryku i śmiechu „cichych, spokojnych kmiotków“ pana mecenasa! To, co się dzieje w Rosji, — to, państwo moi mili, — nasze, rodzime, rosyjsko-tatarskie, z krwi naszej i z kości wyrosłe! Na to nie targnąłby się ani Żyd, ani żaden inoplemieniec, bo ruraby mu nie wytrzymała, struchlałby i odpadł. Ale my! Oho — my to lubimy „czerwonego kura“ puścić i wszelkiej mokrej imać się roboty, my najeźdźcy, my — dzicz metysów mongolskich, my, którzy ukochaliśmy Chrystusa za to tylko, że Go gdzieś tam bądź co bądź porządnie umęczyli, choć my, gdyby On wpadł w nasze łapy, zrobilibyśmy to może lepiej, wymyślniej i głównie — na wesoło, pijąc, śpiewając nasze sprośne, chamskie piosenki narodowe i klnąc tak, że aż niebo nad Golgotą sczerniałoby na wieki wieków! Wierzcie mi, rodacy naiwni, że ponieśliśmy karę zasłużoną i cierpieć ją będziemy długo, aż ostatecznie zatrujemy się rozpaczą i krwią, niby wódką, gdy to już przez gardło nie przechodzi... Klin klinem, piękne panie i szlachetni panowie! To mówi wam ten, który niebawem już zamieni się w cuchnącą padlinę, w siarczek wodoru i amoniak, a więc mydlić wam oczu nie potrzebuje!
Zapadło długie i ciężkie milczenie.
— Ależ niezmiernie ważnych nowin dowiedzieliśmy się od Grzegorza Szymonowicza! Istotnie — nieoczekiwaną a brzemienną w skutki nowinę!
Tak odezwała się generałowa, robiąc raz jeszcze próbę skierowania rozmowy na inną drogę — bardziej spokojną i radosną.
— Właśnie, właśnie! — zawołały obecne panie. — Ogromnie ważne, doniosłe wypadki!
Lubicz znów spoglądał na wszystkich triumfującym wzrokiem, który, gdy zwracał się ku pani domu, stawał się dziwnie ciepłym i wnikliwym. W kolonji rosyjskiej nie było tajemnic. Sekretem poliszynela więc nazywano zabiegi Lubicza o pozyskanie serca i, co miało jeszcze ważniejsze znaczenie, — ręki zabezpieczonej materjalnie wdowy, mającej dobrze mimo wszystko prosperujące przedsiębiorstwo. Takim też sekretem była jak najdalej posunięta rezerwa generałowej i prowadzony przez nią wywiad co do cywilnego stanu reprezentacyjnego adwokata, powszechnie uchodzącego za kawalera. Serce wdowy podszeptywało jej skrajną ostrożność, bo któż to teraz potrafi rozgryźć i przejrzeć bliźniego? A nuż pewnego dnia zjawi się nagle wiernie i wytrwale dążąca do małżonka współczesna, przedsiębiorcza Penelopa i... ach, wielki Boże, ileż to już razy ożywali nieboszczycy i powracali w objęcia żon, które zaznały już prawnych objęć nowych małżonków! Ostrożność i czujność były przeto ze wszech miar wskazane, więc pani Marja Ostapowa udawała, że nie spostrzega zmiennych odcieni w pięknych jeszcze i wyrazistych oczach Lubicza i nie bierze na swój karb jego westchnień, nagłego smutku lub zdenerwowania. Co do obecnego jego życia i konduity — miała o nim zupełnie zadowalające informacje. Żył, jak inni, z dnia na dzień, z przypadkowych zarobków, w innych czasach, być może, niezupełnie... all right (pani Ostapowa wyrobiła już sobie na tułaczce dość tolerancyjny żargon!). Lubicz po przybyciu do Szanchaju osiągnął pewien rozgłos, jako zręczny doradca pokątny, umiejący wyciągać rodaków z niebywale nieraz zawiłych sytuacyj, organizować skrupulatnie i pomysłowo wyreżyserowaną trupę świadków, ustalać niemożliwe, zda się, alibi i zbijać z tropu władze śledcze i policję.
— A la guerre, comme à la guerre! — myślała pani Marja, ożywiając w swej pamięci ostatnią rozmowę lub przypadkowe spotkanie z adwokatem, dobrze grającym rolę zakochanego.
Czuła zresztą dla Lubicza wdzięczność podwójną. Zaczęło się to jeszcze za życia generała, gdy to policja chińska, nasłana przez konsulat angielski na ich willę, przyparła Ostapowych do muru, oskarżając ich o ukrywanie fałszerza. Trudno było istotnie przypuszczać, żeby w pensjonacie nie zauważono tajemniczej maszynki drukarskiej i nie słyszano jej stuku podczas fabrykacji nowiutkich sturublówek z portretem Katarzyny, w pokaźnej ilości dość długo i bezkarnie kursujących po Szanchaju. Ostapowym groził proces o współudział w zbrodni. Musiało to skończyć się ruiną. Wtedy to po raz pierwszy na horyzoncie stadła Ostapowych pojawił się Lubicz. Przyszedł i z miną tajemniczą, zimny, wytworny zaproponował swoje usługi, jako obrońca, odrazu bez ogródek wymieniając żądane za to honorarjum — pokój i pełne utrzymanie na cały czas swego pobytu w Szanchaju. Małżonkowie zgodzili się natychmiast, bo przez głowę im nie przeszło, że tak znany adwokat ugrzęźnie w bagnie emigranckiem bez nadziei wydostania się z niego. Lubicz pokazał wkrótce co umie. Nazajutrz już zażądał nowej rewizji w pokoju fałszerza, opatrzonym w pieczęcie policyjne i sądowe. Władze, stwierdziwszy, że pieczęcie są nienaruszone, zerwały je i otworzyły pokój. Przy rewizji znaleziono walizkę dziwnego kształtu, ukrytą w piecu nad paleniskiem. W niej to maszynka pomysłowego inżyniera Griszina mieściła się tak dokładnie, jak binokle Lubicza w futerale aluminjowym.
— To dziwne! — kręcił głową sędzia śledczy. — To dziwne, że walizka ta nie została znaleziona przy pierwszej rewizji!
— Istotnie — bardzo dziwna i karygodna nieudolność policji — najspokojniej w święcie wtórował mu adwokat, — lecz to nie może dotyczyć moich klientów, tylko panów...
Drwiący ton Lubicza wyprowadził z równowagi sędziego. Mrużąc oczy i zacierając ręce, spytał:
— Czemże jednak wytłumaczy pan fakt, że państwo Ostapowowie nie słyszeli stuku puszczonej w ruch maszyny drukarskiej? Co pan na to powie?
Lubicz, zdejmując binokle, odpowiedział natychmiast:
— Moi mocodawcy byli zaskoczeni niesprawiedliwie spadającem na nich podejrzeniem i nie wskazali pewnej ważnej okoliczności...
— Cóż to za okoliczność?
— Mieszkający w tym pokoju Griszin miał zwyczaj (przynajmniej tak twierdził!) trenować się w wiosłowaniu, w tym celu mając u siebie specjalny aparat. Podczas rewizji nie znaleziono go dlatego, że popsuł mu się i został oddany do naprawy. Dziś właśnie dostarczył go niejaki Miczurin. Niech pan sędzia przekona się, że łomot tego przyrządu przypomina bardzo stuk jakiejś maszyny w ruchu...
Sędzia przekonał się i od tego czasu Ostapowowie mieli spokój.
Taka była jedna z przyczyn wdzięczności generałowej dla Lubicza, druga zaś była intymniejsza, głębsza i z kobiecej natury wypływająca, jak wiecznie żywe źródło. Pani Marja Ostapowa, choć liczyła sobie dopiero 45 wiosen, po przeżyciach swoich z okresu wojny i rewolucji, czuła się znużoną i znacznie starszą. W pewnym momencie zaczęła nawet zaniedbywać się, uważając się już za kobietę „passée“ i oto nagle spostrzegła zainteresowanie się nią takiego wytwornego i wybrednego mężczyzny, jakim był istotnie Lubicz. To dodało jej sił i chęci do otrząśnięcia się z bierności i ogarniającego ją pogodzenia się z losem starzejącej się kobiety, poczuła się znów dawną Marją Piotrowną, piękną, pożądaną i, jak mówiono, nieraz w przeszłości otwierającą tem drogę mężowi do karjery. Odżyła też, jak motyl, gdy po zimnej nocy poczuje ciepłe promienie słoneczne. Za to właśnie najgłębiej wdzięczna była Lubiczowi, a tak szczerze, że nawet nie krzywiła się na niego za zbyt długo przeciągający się pobyt w pensjonacie „Wołga“, gdzie adwokat na trzeciem piętrze miał ów bezpłatny, wąski, jak kiszka, ciemnawy pokoik — tuż obok niezbędnej ubikacji i wejścia na strych.



ROZDZIAŁ V.
UCHYLONY RĄBEK ZASŁONY.

Tak właśnie pewnej niedzieli wyraził się zawsze opanowany i wytworny mecenas Lubicz, gdy w saloniku generałowej Ostapowej zgromadził się cały komplet bywalców. Kilku starszych panów, a wśród nich mrukliwy senator Ableuchow zasiadło do zielonych stolików. Młodzież, posunąwszy stół ku ścianie, urządziła dancing, przy dźwiękach płyt gramofonowych, reszta gości podzieliła się na większe i mniejsze grupy i gwarzyła na przeróżne tematy. Szczególne jednak zainteresowanie budziły opowiadania i domysły, dotyczące kilku niedawno przybyłych z Syberji osób. Istotnie mogły one wzbudzić zaciekawienie, gdyż nowi emigranci przybywali już bardzo rzadko. Granice Syberji zostały oddawna szczelnie zamknięte, więc ci, którzy przekraczali kordon, należeli do najzuchwalszych śmiałków i musieli nieraz przebywać daleką i niebezpieczną drogę. Pozazdrościćby jej mogli najzuchwalsi nawet podróżnicy. Niektórzy bowiem musieli sforsować Pamir i Tian-Szań, a potem na wielbłądach lub konno wlec się poprzez całą Azję Środkową, zahaczając, a nieraz i przecinając martwą pustynię Gobi, zanim mogli dotrzeć do Chin właściwych i oprzeć się wreszcie o Szanchaj — ów wymarzony raj, ten wylot ku... nieistniejącej już ojczyźnie.
W kółku, otaczającem panią domu, szeroko i elokwentnie o tem wszystkiem rozprawiał mecenas, z niezrównaną elegancją bawiąc się binoklami na szerokiej, czarnej tasiemce.
— Muszę państwa ostrzec, — mówił Lubicz tajemniczym, przyciszonym nagle głosem, co właśnie zmusiło wszystkich do tem większej uwagi, — muszę ostrzec przed zbytnią szczerością i niedyskrecją wobec nowych przybyszów z ostatnich czasów! Pewien mój znajomy oficer z wywiadu generała Siemionowa pokazywał mi w kawiarni na Creek‘u dwuch osobników, od dwu tygodni myszkujących po Szanchaju. Są to agenci-komuniści, posyłani zagranicę w szczególnie ważnych sprawach. Mój znajomy nie wątpi, że ścigają kogoś z nowoprzybyłych. Należy zachować wielką ostrożność, aby komuś nie wyrządzić krzywdy!
Zapanowało milczenie. Każdy z obecnych usiłował przypomnieć sobie, czy nie spotkał gdzieś przypadkowo podejrzanych osobników, zdemaskowanych przez Lubicza.
— Czy nie należy czasem do tej dwójki ten wysoki, milczący blondyn, co to parę razy pokazał się w kawiarni Greena a nawet raz podchodził do senatora? — zapytała jakaś młoda dama, zapalając papierosa. — Ten to rzeczywiście miał złowrogi i tajemniczy wygląd!
— Ależ — nie! — zawołała z ukraińskim akcentem siedząca naprzeciwko panienka — czarnooka i smagła. — Nie! Ten, co rozmawiał wtedy z senatorem Ableuchowem, przestał już być zagadką. Wiem to od Ludmiły Somowej, gdyż pokazała mi go na ulicy i powiedziała, że właśnie zamieszkał u nich w pokoiku, wiecie, państwo, w tym — na prawo od sieni, — nazywa się Wagin, Sergjusz Wagin...
Nikt nie zwrócił uwagi na rozmowę pań, ale stojący koło okna rotmistrz Klimow pochylił nad niemi bladą, wychudzoną twarz i spytał z nagłem ożywieniem:
— Jak pani powiedziała, panno Nino? Wagin? Sergjusz?
— Tak nazywała go Ludmiła — potwierdziła zdziwiona nieco smagła panienka.
Klimów zatarł ręce i zaśmiał się cicho.
— No... no — zaczął chrapliwym, urywanym głosem. — Ten to jest gorszy od każdego agenta bolszewickiego!... Pomyśleć tylko, że tu w Szanchaju, gdzie zebrało się tylu oficerów i innych uczciwych Rosjan, może przebywać bezkarnie taki Wagin!...
— Cóż to za człowiek? — rozległy się pytania, a powstrzymać się od niego nie mógł nawet Lubicz.
Klimów zachichotał po swojemu, niby ptak, wydający drapieżny skwir i, kaszląc, począł wymachiwać rękami. Uspokoiwszy się nieco, zaczął mówić, wpatrując się z pogardą i złośliwością w spokojną twarz adwokata, którego od pierwszego spotkania organicznie nic znosił:
— Że ci państwo mogą nie wiedzieć o Sergjuszu Waginie — to nic dziwnego, bo nazwisko jego, dzięki przedsięwziętym zawczasu środkom zapobiegawczym, nie obiło się o uszy szerokiego ogółu, ale żeby pan, mecenasie, pan, który, jak twierdzi, miał tak bardzo rozległe stosunki w Petersburgu, mógł nie słyszeć o Waginie, to mi się wprost w głowie nie mieści i budzi podejrzenia, że albo pan stracił pamięć, albo... całe to gadanie o stolicy i pańskich znajomościach w najwyższych sferach jest pospolitą bujdą i blagą.
Wszyscy wiedzieli oddawna o niechęci, którą żywił chory żandarm do adwokata, i przyzwyczaili się już do ciągłych jego docinków, ale, mimo to, tym razem powiedzenie Klimowa przekraczało wszelką miarę i zakrawało już na obelgę.
Zrozumiała to też natychmiast pani Ostapowa i surowym, niedopuszczającym żadnego sprzeciwu głosem zaczęła swój sakramentalny frazes, druzgocący, jak wszystkim się wydawało, niestosownie i niekulturalnie zachowującego się gościa:
— Pewnego razu, kiedy z nieboszczykiem mężem byliśmy na przyjęciu u ich cesarskich mości w Carskiem Siole...
Klimów chrząknął niecierpliwie i, nie zwracając już uwagi na adwokata, zatrzymał na generałowej ostry, szyderczy wzrok wypłowiałych oczu w czerwonych obwódkach przypuchniętych powiek.
Zwracając się do niej, powiedział ze śmiechem:
— Właśnie... właśnie!... Carskie Sioło... Wagin ma bezpośredni z niem związek!
— O czem pan mówi, rotmistrzu? — spytała mimowoli zaciekawiona pani Ostapowa, ale w tej samej chwili wstała z kanapy i skierowała się ku drzwiom, aby przywitać wchodzącą panią Somową i jej córkę.
— Trafiacie panie na ciekawą rozmowę — powiedziała śpiewnym głosem. — Czem mogę służyć? Kawą czy herbatą? Marto, powiedz, aby podano paniom herbaty!... Proszę przysiąść się do nas!
Panie witały się ze znajomymi i wreszcie, znalazłszy wolne miejsca, usiadły.
Rotmistrz, patrząc na panią Somową wzrokiem inkwizytora, spytał:
— Słyszałem, że u pani zamieszkał Sergjusz Wagin?
— Tak jest! — odparła spokojnie. — Bardzo dobrze wychowany człowiek i idealny sublokator! Wychodzi z domu rano i powraca późno wieczorem. Jeszcze ani razu niczego nie żądał, nawet — imbryka z gorącą wodą do herbaty...
Klimów znowu wybuchnął śmiechem.
— Skoro nic nie wiecie państwo lub macie tak fatalnie krótką pamięć, przypomnę wam coś-niecoś o Waginie! — powiedział świszczącym głosem. — Nazwisko to powinni pamiętać wszyscy, a już szczególnie ci, którzy, jak twierdzą, mieli szczęście bywać na przyjęciach cesarskich — he-he-he!
Goście aż się skulili z przerażenia. Zuchwały rotmistrz cisnął kamyczek do ogródka samej pani Ostapowej. Wszyscy wiedzieli, że robi to umyślnie i śmiali się w duchu, że przecież generałowa zrozumie wreszcie akcenty wątpliwości co do tego, o czem z takim natchnionym patosem opowiadała, wzdychając do dawnej świetności swego życia. Wyczuwała się burza, wisząca w powietrzu. Pani Ostapowa zmarszczyła lekko brwi i mocniej zacisnęła wargi. Lubicz pośpiesznie włożył binokle i wyprostował się. Miał minę i postawę rycerza, występującego w obronie swej damy.
— Żandarmowi lejc dziś pod ogon trafił! — mruknął ktoś z gości do sąsiada, ale ten tylko westchnął i nic nie odpowiedział.
Generałowa, osoba sprytna, zrozumiała, że nie czas teraz na jakieś repliki i obrazę, więc z całym spokojem i łagodnością powiedziała:
— Czekamy zatem, czekamy na przypomnienie nam o tym Waginie... Może to osobliwie zainteresować panią Somową...
Klimów usiadł i, zaciskając cienkie, prawie przezroczyste palce, rozpoczął swe opowiadanie:
— Pamiętacie państwo rok 1915-ty? Rosnący wpływ cesarzowej, wtrącanie się chama i oszusta Rasputina do polityki? Straszne, hańbiące były to czasy! Rosję popychano ku zdradzie sojuszników i ku zawarciu pokoju z Niemcami... Pamiętacie, państwo? No — chwała Bogu, bo myślałem, że i to już wywietrzało wam z głowy! Otóż w tym czasie niektórzy wielcy książęta i metropolita moskiewski Makary prosili cesarza, aby oddalił od siebie małżonkę — Niemkę... Car nie usłuchał. Książęta musieli pojechać na wygnanie, a metropolicie zakneblowano czemś usta... Wkrótce potem, syn senatora Wagina — Sergjusz, korzystając ze znajomości wśród dworaków, uplanował zamach na cesarzową w Carskiem Siole. Wykryto to przypadkowo, ale Wagin zniknął, chociaż przed ucieczką zdążył jeszcze wykonać zamach na Rasputina i w niezrozumiały wprost sposób ukazał się we Francji, gdzie posłani za nim ludzie zgubili wkrótce ślad. No! My wiemy, jak się to robi! He-he-he! Dopiero w rok później jeden z agentów policji politycznej spotkał go przypadkowo w Evians i... nie powrócił już stamtąd... Podobno zwłoki jego po kilku tygodniach wyłowiono z jeziora Lemańskiego i... nie rozpoznano.
— Ach! — rozległ się przerażony okrzyk Ludmiły Somowej. — Mamo... słyszysz?
Zainteresowanie słuchaczy było jednak tak wielkie, że nikt nie zwrócił uwagi na ten okrzyk, ani na pobladłą straszliwie twarz panienki.
— Wagin zniknął bez śladu... — ciągnął żandarm. — Nie wykryto żadnych stosunków jego z partjami rewolucyjnemi... Nikt o nim nic nie słyszał i nagle teraz Wagin przybył do Szanchaju! Jaką drogą? Dobrze ubrany, spokojny i zapewne materjalnie zabezpieczony...
— Powiedział mi, że ma pieniędzy na jeden zaledwie miesiąc — cichym głosem wtrąciła pani Somowa.
— Łgał! — stanowczym głosem zawołał rotmistrz. — Niewątpliwie jest agentem bolszewickim i wszyscy niebawem przekonamy się o tem!
— Dlaczego pan z taką pewnością to twierdzi? — spytała rotmistrza generałowa, chcąc uspokoić strwożoną panią Somową.
Klimów wzruszył ramionami niecierpliwie i prawie krzyknął:
— Dlatego, że był on prekursorem czerwonych katów! Rosja może istnieć, jęcząc pod batem absolutnego cara-despoty, albo miotać się i konać w drgawkach anarchji. Wagin zadał cios urokowi carskiej rodziny i ośmielił innych zdrajców targnąć się na władzę despotyczną, którą wykończył Lenin...
— Cesarz i następca tronu żyją! — zaprotestowały jakieś starsze, zwiędłe panie. — Na własne oczy widziałyśmy orędzie, podpisane przez nich...
Klimow rechotał, trzęsąc się cały:
— Zwykle mrzonki emigrantów bez ojczyzny... Szantaż polityczny! Z cesarskiej rodziny kości już nie pozostało... Ja to wiem najlepiej, bom przesłuchiwał uczestników morderstwa... O wy — łatwowierni, naiwni i nędzni!
Kaszel jął go dusić i wstrząsać całem ciałem. Zasłaniając sobie usta chustką, Klimow szybko opuścił pokój.
— Odszedł wreszcie! — westchnęła Ostapowa. — Bardzo przykry człowiek... Ciągle kracze...
— Już niedużo mu pozostało! — powiedział Lubicz. — Ledwie dusza w nim kołacze, dlatego nie chciałem odpowiadać na jego niestosowne docinki i insynuacje... Zresztą — jestem wyższy ponad to... Ale bądź co bądź uchylił on rąbek tajemnicy co do tego Wagina.
Nawiązała się wspólna rozmowa niezmiernie ożywiona. Opowiadanie Klimowa podnieciło wszystkich. Mówiono wyłącznie o Waginie, zapominając zupełnie o innych przybyszach, o których wspominał adwokat.
— To dziwne, zupełnie dziwne, jak ty potrafiłaś, Ludo, przejrzeć Wagina? — szepnęła pani Somowa, pochylając głowę ku córce. — Jak teraz mamy postąpić?
Ludmiła siedziała blada, z przymkniętemi oczami. Podniosła je wreszcie na matkę i powiedziała cicho, ledwie poruszając wargami:
— Nie, nie! Czułam coś innego, coś zupełnie innego... On zabił kobietę... To okropne! Żyć pod jednym dachem z mordercą — to męka!...
— Ludo, uspokój się!... Pamiętaj o naszej sytuacji...
Dziewczyna, zaciskając ręce, odpowiedziała natychmiast z tłumionym wybuchem podrażnienia:
— Przecież — milczę, chociaż cierpię straszliwie! W naszem mieszkaniu obawiam się dotykać klamek, drzwi i przedmiotów, by nie czuć śladów rąk Wagina!
Umilkła, bo podszedł do nich senator Ableuchow.
— Jak się panie miewają? — zapytał, witając znajome.
Pani Somowa, odprowadziwszy starca nabok, opowiedziała mu o tem, co przed chwilą posłyszała o swoim lokatorze.
Senator drgnął i z przerażeniem patrzał na wylękłe i znębione panie.
— Sergjusz Wagin zamieszkał u pani?... — bełkotał. — Sergjusz Wagin...
— Wiemy już, że jest niedoszłym mordercą cesarzowej i Rasputina, który tak skutecznie, wprost cudownie leczył następcę tronu... — szepnęła pani Somowa. — Co robić? Niech pan poradzi!... Wymówić mu mieszkanie? Czyż znajdziemy nowego lokatora? Przecież ten wynajmowany przez nas pokoik jest jedynem źródłem dochodu poza skromnym zarobkiem Ludy... Muszę leczyć synka... gaśnie mi z dniem każdym...
Miała łzy w oczach i wargi jej drżały. Ableuchow zsunął okulary na czoło i, ująwszy panią Somową pod ramię, pochylił się do jej ucha i szeptać począł:
— Znam Sergjusza... przyjaźniłem się z jego ojcem — moim kolegą z senatu. Znam całą tę sprawę... Sergjusz poświęcił się dla Rosji... Gdyby zamach jego udał się — nie mielibyśmy bolszewizmu, bo w zwalczeniu jego w zarodku samem dopomogliby nam aljanci... A tak... wyszliśmy z wojny napiętnowani zdradą!... Po zamachu Sergjusz znikł i rodzice jego nic o nim nie wiedzieli... Senator miał tysiączne przykrości po ucieczce syna... Podczas bolszewizmu starzy umarli w więzieniu... Jak panie wiedzą — głód, tyfus plamisty... Tak, tak! Ale, żeby Sergjusz był agentem bolszewickim — temu nie uwierzę nigdy!
Westchnął ciężko i, uścisnąwszy dłoń obu paniom, odszedł zgarbiony i smutny. Wspomnienia strasznych czasów przytłoczyły go do ziemi. Czuł się wzburzony do głębi i oddychał ciężko, porywczo. Pani Somowa powtórzyła córce rozmowę swoją z Ableuchowem i, patrząc na Ludmiłę z niepokojem, spytała:
— Rozumiesz, że to inaczej się przedstawia, niż oskarżenie, rzucone przez tego obrzydliwego Klimowa?
Dziewczyna długo milczała, zaciskając wargi, aby nie wypowiedzieć miotających się w niej myśli. Rozumiała przecież, że matka chwytała się słów senatora, jak tonący — deski. Pani Somowa pragnęła za wszelką cenę zatrzymać u siebie lokatora. Robiłaby to zapewne nawet w tym wypadku, gdyby lokator ten był notorycznym zbrodniarzem, aby tylko płacił i nie powodował zatargów z policją szanchajską. Walczyła, jak mogła i umiała, o życie umierającego na gruźlicę synka. Wiedziała już bowiem, że nie może znikąd oczekiwać pomocy. Musiała borykać się, odrzucając od siebie zasady i przesądy rodzinne, społeczne, towarzyskie i religijne. Ludmiła wiedziała o tem wszystkiem, milczała więc, nie podnosząc oczu na matkę.
— No, widzisz, kochanie moje, no, widzisz, że nie jest tak źle — szeptała pani Somowa. — Taki czcigodny i poważny człowiek, jak Ableuchow, znalazł przecież usprawiedliwienie dla Wagina!
Dziewczyna mocniej zacisnęła palce i skulona poczęła małemi łykami pić herbatę. Matka uspokoiła się i z wdzięcznością spojrzała na ciemną, pochyloną nad stołem głowę córki. Ucieszyła się, gdy do Ludmiły zbliżyła się Marta Ostapowa.
— Jak ci się powodzi, Ludo? — spytała piękna panienka obojętnym głosem, jednocześnie szukając wzrokiem młodego docenta.
Panna Somowa obejrzała się na nią i odparła:
— Nic się nie zmieniło! Pracuję w biurze ogłoszeń „Henry Weffers and Co“. Robię wycinki ze wszystkich gazet angielskich i amerykańskich. Znam już napamięć firmy eksportowe całego świata, rejsy statków, taryfy celne i przewozowe...
— I wszystko to za pięć dolarów tygodniowo? — uśmiechnęła się Marta.
— Za cztery, — poprawiła ją Ludmiła. — Cztery dolary tygodniowo za ośm godzin pracy biurowej. Ależ jestem bardzo zadowolona! Zarobek dzienny i stosunek szefów i kolegów do mnie — dobry.
— Jeszczeby miało być inaczej? — oburzyła się Marta. — Gdzieżby za te grosze znaleźli ci żydowscy Yankesi taką inteligentną i sumienną pracownicę? Oni to wiedzą! Znam ja te rekiny... Sami łajdaczą się po Carltonach lub na Creek‘u a ty ślęczysz nad stosami gazet i robisz swoje wycinki! Wyzyskiwacze!!!
— Szesnaście dolarów miesięcznie — to opłacone komorne! — szepnęła dziewczyna. — Mamy więc zabezpieczony dach nad głową. To, co się zarobi dodatkowo — idzie na wyżywienie, ubranie i... lekarstwa dla brata... Robię wieczorami korektę w piśmie rosyjskiem i przekłady z włoskiego dla dodatku niedzielnego... Mama wynajmuje... pokój...
— Ach, — prawda! Zapomniałam cię spytać — czy interesujący jest ten wasz Wagin? — ożywiła się nagle panienka. — Bardzo romantyczny typ, coś z tajemnic dworu madryckiego, lub z pałacu dożów! Opowiedz, moja droga, bo to bardzo ciekawe!
Ludmiła znowu pochyliła głowę i cichym, niechętnym głosem odpowiedziała:
— Widziałam go tylko raz jeden!
— Jeden raz? To — niemożliwe!
— Tak! Wychodzę z domu wcześnie, a gdy wracam wieczorem, jego jeszcze niema. Przychodzi późno... W porze obiadowej jesteśmy w domu sami, bo Wagin cały dzień spędza na mieście...
— Cóż on robi?
— Nie wiem... Nikt o niego nie pyta... Nikt go nie odwiedza... Mamusia twierdzi, że zdobyła sobie idealnego lokatora i jest z tego stanu rzeczy zadowolona...
— Romantyczny młodzieniec, pędzący zagadkowy tryb życia, — to wprost niebywałe! — zawołała Marta. — Muszę go poznać koniecznie. Powiem swemu docentowi, aby go do nas zaciągnął.
Ludmiła milczała, z niepokojem słuchając paplaniny przyjaciółki.
W tym samym czasie do domku na posesji Juncho-sana wchodził ten, o którym mówiono we wszystkich pokojach pensjonatu i restauracji „Wołga“. Wagin, otworzywszy swoim kluczem drzwi do sieni, zatrzymał się nagle. W pokoiku pani Somowej z poza cienkiej ściany doszły go jęki, suchy, rozdzierający kaszel i urywane łkanie. Domyślił się, że płacze i jęczy chory chłopak. Pochyliwszy się, szukał już kluczem dziurki w swoich drzwiach, gdy za ścianą rozległo się ciężkie rzężenie, ostry pełen przerażenia krzyk i — cisza, budząca nagły niepokój i zgnębienie.
Wagin wyprostował się i nasłuchiwał przez chwilę. Nieraz już słyszał te odgłosy i nagłą ciszę, co przytłaczała i trwożyła. Za ścianą panowało milczenie, przerywane tylko znanem mu już od kilku dni zgrzytliwem tykaniem zegara. Podszedłszy na palcach, przyłożył ucho do drzwi. Nie pochwycił żadnego dźwięku, tylko zegar z jakąś złowrogą, tępą obojętnością odliczał sekundy.
— Nikogo niema przy chorym, czy co? — mignęła Waginowi myśl, więc ostrożnie zapukał do drzwi.
Nikt mu nie odpowiedział. Nacisnął klamkę i przez szparę zajrzał do wnętrza. Na tapczanie, z którego spadła poduszka, zwisało bezwładne ciało młodego, może piętnastoletniego chłopca. Twarzy jego nie mógł widzieć, bo chory miał zwieszoną głowę, a długie kasztanowate, jak u Ludmiły, włosy opadły mu na czoło i policzki. Na prześcieradle rozpływała się duża krwawa plama; czerwone krople ściekały z niego i padały na podłogę, okrytą zieloną bambusową matą. Wagin uniósł chłopca, położył nawznak i zaczął cucić go, nacierając wodą czoło, skronie i blade, kościste ręce o żółtawych, węzłowatych palcach. Obejrzawszy się, spostrzegł na stole buteleczkę z lekarstwem i łyżkę. Napełnił ją i do otwartych ust ostrożnie wlewał płyn. Chory po chwili otworzył głęboko zapadnięte, ciemne i przerażone oczy. Syczącym, ledwie pochwytywanym przez Wagina szeptem spytał:
— Zemdlałem? Gdzie mama? Kto pan jest?
Wagin uśmiechnął się do chłopaka i pogroził mu palcem.
— Nie wolno dużo mówić! — powiedział. — Mieszkam tu, w pokoju, obok... Posłyszałem, że zacząłeś kaszlać, i chciałem pomóc, bo widzę, że wszyscy wyszli...
Chory odpowiedział mu słabym uśmiechem i szepnął:
— Siedziała przy mnie Bi-nań, alem odesłał ją, bo mi się spać zachciało... Przypomniałem sobie teraz, że to — dziś niedziela! Mamusia z Ludą poszły do cerkwi, a potem miały wstąpić do Ostapowych... Czułem się dziś znacznie lepiej... aż tu nagle przyszedł ten... krwotok...
Przerażenie wykrzywiło mu nagle mizerną twarz.
— Panie... panie... ja umrę? Prawda?
Wagin odczuł śmiertelny strach tego dziecka i żal tak mu ścisnął serce, że aż się sam sobie zdziwił a potem ucieszył się nawet. Zdziwił się, bo przecież tyle już widział nieszczęść i mąk, że zdążył przyzwyczaić się do najpotworniejszej nędzy ludzkiej i z filozoficznym spokojem spoglądać na łzy, rozpacz i śmierć. Uświadomił już sobie oddawna, że żyje w okresie wielkiego kataklizmu, żądającego i pochłaniającego miljony ofiar. Stwardniało mu więc serce i zobojętniało na wszystko, co nie miało bezpośredniej i najbliższej styczności z nim samym i z jego walką o własne życie. Ucieszył się więc szczerze, poczuwszy ściskający mu serce żal na widok rozpaczy umierającego chłopca. Znaczyłoby to, że dusza jego powraca do dawnego stanu, że sam przestaje powoli być tylko ściganem i zagrożonem ze wszystkich stron zwierzęciem ludzkiem, bo ożywa już w nim współczucie dla kogoś innego, a nawet pragnienie niesienia pociechy i pomocy. Było to coś zupełnie nowego od wielu, wielu lat — i to właśnie jakgdyby niewątpliwy znak uzdrowienia, ucieszyło Wagina i podnieciło. Uśmiechnął się wesoło i zawołał:
— Taki sobie zuch a o śmierci coś ględzi! Aż wstyd słuchać! Myślałem, że komuś mądremu składam wizytę, a tu znajduję głuptasa, który jakieś brednie plecie od rzeczy!... No, co się to stało?
Chłopak, który od kilku miesięcy widział tylko smutne, strwożone oczy matki i siostry, wpatrywał się teraz chciwie, z jakąś budzącą się w nim nagle nadzieją w wesołą twarz nieznajomego i po chwili znowu już syczał:
— Mama mówi, że choruję na przewlekły bronchit, ale... ja wiem... ja wiem... że to — gruźlica i... śmierć!... Dziś dostałem krwotoku... to już czwarty w tym miesiącu...
— Jeżeli ktoś sam siebie za życia grzebie, no — to cóż innego ma do roboty, jak tylko umrzeć? — przerywając choremu, zaśmiał się beztrosko Wagin. — Bronchit, czy gruźlica — to wszystko jedno, można wyjść zwycięsko i z tego i z drugiego, ale trzeba borykać się z chorobą a nie poddawać się jej... Coś tam zaradzimy...
Urwał, bo chłopak chrząknął kilka razy i wypluł do chustki ciemny skrzep krwi.
— Poczekaj-no chwilkę, przyjacielu! — powiedział Wagin i wybiegł z pokoju.
Wyszedłszy na Fu-Tien-Koo, szybkim krokiem zdążał w stronę „Gospody 4-ch stron świata“.
Odszukawszy w jakiejś dziurze zaspanego Miczurina, wstrząsnął nim kilka razy i obudził.
— Wstawaj, panie lejtenancie! — mówił do zdumionego draba. — Mam pilny interes do pana. Z rozmowy naszej wywnioskowałem, że pan tu dobrze zna wszystkich i wszystko.
— Istotnie, — zamruczał Miczurin, — znam każdego, jak łysą kobyłę. I niebardzo mam wygórowaną opinję o naszych współrodakach, nie wyłączając „sfery wojskowej“. Wywalili mnie ci z łaski Bożej i samozwańców — generałowie i pułkownicy ze swej bandy za to, że uważam za zbrodnię podtrzymywanie wojny domowej i wysługiwanie się naturalnym wrogom Rosji — Japończykom... Bo to widzicie, czcigodny rodaku...
— Czekaj pan! Później mi pan o tem opowie, a teraz potrzebuję mieć natychmiast lekarza — dobrego i — taniego, bo na drogiego eskulapa nie mam forsy! — przerwał mruczenie lejtenanta Wagin i szarpnął go za ramię.
Miczurin spuścił wreszcie nogi ze skrzyni i przeciągnął się potężnie. W pijackich, mętnych oczach świtała mu jakaś myśl, z trudem przedzierająca się przez opary okowity. Wreszcie spojrzał na Wagina i zamruczał:
— Że też ma pan czelność dla takiego drobiazgu budzić spracowanego człowieka! Jeżeli ktoś z pańskich przyjaciół zamierza wykopyrtnąć się, to radzę zwrócić się do miejskiego szpitala chińskiego. Do dziesięciu nie zdąży zliczyć, jak już stanie na sąd Boży, opuściwszy ten padół łez, westchnień i zgrzytania zębów...
Uderzył się brudną dłonią w czoło i, mrużąc oczy, spytał:
— A może to panu wypadło niepożądanego bliźniego wysłać w nadziemską krainę... bez rozgłosu i wzmianek w rubryce „Zmarli“? Tedy...
— Mów pan!
— Tedy mam ja tu przyjaciela... doskonałego lekarza... Mogę powiedzieć — sławę... raczej — dawną sławę! Pływał ze mną na krążowniku „Szmaragd“... Znakomity lekarz... Zarzucił tu kotwicę w Szanchaju na zawsze i...
— Rozpił się, jak pan, lejtenancie... — domyślił się Wagin.
— O, za pozwoleniem! — oburzył się Miczurin. — Mój przyjaciel, doktór Oskar von Plen bynajmniej nie jest pijakiem... Jakto zwykle Niemiec... Zna pan nasze rosyjskie przysłowie — co Moskalowi na zdrowie, to Niemcu — śmierć... Cienkie mają i delikatne flaki! Von Plen innym sposobem uprzyjemnia sobie żywot...
— Dobrze już, dobrze! — przerwał mu Wagin. — Czy daleko stąd mieszka ten pański przyjaciel?
— Może ze sto albo sto pięćdziesiąt kroków, zaraz za jaomyniem — objaśnił Miczurin.
— Chodźmy do niego! Obyśmy go tylko zastali w domu! — westchnął Sergjusz.
— Zastaniemy, niema o to obawy! — zaryczał, wybuchając śmiechem, drab i począł wciągać na szerokie bary połataną i przykrótką kurmę chińską.
Wkrótce po tej rozmowie wchodzili już do długiego, ciemnego budynku. Pod niskim pułapem, gdzie widniały na zakopconych belkach misterne rzeźby chińskie, snuły się smugi gorzkiego dymu. W mroku z trudem można było dojrzeć szeroką pryczę i leżących na niej ludzi. Stary Chińczyk, siedzący przy drzwiach, zimnym i pogardliwym wzrokiem ślizgnął się po twarzach wchodzących gości i nawet nie poruszył się. Wagin z Miczurinem szli po grubej macie, zagłuszającej odgłosy ich kroków, aż się zatrzymali przy samym końcu pryczy, gdzie pochylony nad małą lampką olejną jakiś niezmiernie wysoki i chudy człowiek o nieprzytomnych oczach i wypiekach na twarzy pykał grubą bambusową fajkę. Stali przy nim i długo mu się przyglądali. Leżący na pryczy człowiek kilka razy spojrzał na nich, lecz, zdawało się, że nie widzi ich. Gorejące oczy o rozszerzonych źrenicach widziały zapewne coś innego, gdyż na twarzy zjawiał mu się co chwila szczęśliwy, pełen zachwytu uśmiech, a dziwnie czerwone i świeże, jak u dziewczyny, małe, pięknie wykrojone usta szeptały coś bezdźwięcznie.
— Oskarze Wilhelmowiczu! Doktorze! — zwrócił się do niego Miczurin.
Von Plen nie odpowiedział. Łysiejąca głowa ciężko upadła na brudną poduszkę. Wagin zobaczył teraz dokładnie chudą twarz, okoloną jasną, zlekka rudawą brodą, piękne, łagodne usta, długie wąsy i niezdrowe, ciemne rumieńce na zapadłych policzkach.
— Chory, czy co? — szepnął Sergjusz.
Miczurin wzruszył ramionami i, śmiejąc się cicho, odpowiedział:
— Zdrowie ma, jak żelazo!... To działanie opjum... No, ale musimy go wyciągnąć z tej nirwany! Doktorze von Plen! Hej, doktorze!
Widząc, że ten się nie rusza, lejtenant ze stojącego na pryczy kubka chlusnął mu wodą w twarz. Lekarz zamruczał coś i otworzył oczy.
— To ja — Miczurin! Wstawaj prędko! Mamy do ciebie interes. Pilna sprawa!
Von Plen znowu przymknął oczy, a wtedy lejtenant pochylił się nad nim i powiedział mu do ucha:
— Chorzy czekają!...
Te słowa podziałały jak strumień lodowatej wody lub jak prąd elektryczny. Lekarz poruszył się i uczynił wysiłek, aby usiąść. Ciało jednak bezwładne było jeszcze i ciążyło, jak bryła ołowiu. Wszakże obudzona już świadomość poczęła działać. Von Plen z trudem przewrócił się na plecy. Wyprężył się cały, skurcz przemknął mu po twarzy, paznogcie zgiętych palców wpiły mu się w dłonie. Rumieńce znikły nagle, zdawało się, że cała krew odbiegła od głowy, a rzęsisty pot okrył piękne, wysokie czoło. Drgnęły sinawe powieki i uniosły się powoli. Trwało to kilka sekund zaledwie. Niby pchnięty jakąś niewidzialną siłą, von Plen zerwał się z pryczy, zgasił lampkę i, obciągając na sobie dziwacznie wyglądający na jego kościstej figurze watowany strój chiński, nieco ochrypłym głosem spytał z niepokojem:
— Zapewne Wan-Mo-Lin dostał znowu ataku sercowego, co?
— Nie, nie! — mówił Miczurin. — Słuchaj uważnie. Przyprowadziłem do ciebie pewnego rodaka. Ma do ciebie interes, a powiada, że pilny.
— Co znów za interes? — spytał lekarz, z niezadowoleniem przyglądając się Waginowi.
Sergjusz, wymieniwszy swoje nazwisko, poprosił go o pomoc dla chorego na gruźlicę chłopaka. Von Plen potrząsnął głową i nachmurzył czoło.
— Nie praktykuję nigdzie poza tą palarnią, — mruknął.
Wagin jednak począł go prosić twardym, nieustępliwym głosem. Lekarz nagle przyjrzał mu się bacznie i zgodził się, dowiedziawszy się, że nie potrzebuje wychodzić poza obręb chińskiej dzielnicy.
Gdy weszli do pokoiku chorego chłopca, von Plen podniósł głowę i wciągnął powietrze w płuca.
— Źle... — szepnął do Wagina, — czuję tu śmierć. A teraz proszę mnie zostawić z pacjentem... Nie lubię bowiem przedstawień publicznych.
Podczas, gdy von Plen badał Romana, powróciła do domu pani Somowa z córką. Ujrzawszy Wagina, stojącego w sieni, zdziwiły się i nieufnie spoglądały na niego. Ludmiła, opuściwszy głowę, zamierzała przejść do pokoju, lecz Sergjusz zatrzymał ją i zaczął opowiadać, co tu zaszło przed półgodziną. Ledwie skończył swoją relację, do sieni wyjrzała blada, chuda twarz von Plena.
— Ach... mesdames! — zawołał zażenowany. — Proszę mi wybaczyć mój strój, ale ten pan, przepraszam... zapomniałem nazwiska... tak, tak, — pan Wagin wyciągnął mnie — z łóżka w tej... chińskiej pyjamie...
Wysunął się wreszcie z pokoju i stanął przed paniami — niezwykle wysoki i chudy. Oczy mu pałały, skurcz raz po raz krzywił usta, drgały niebieskawe powieki. Garbiąc się, mówił przyciszonym głosem:
— Stan jest bardzo ciężki... gruźlica zajęła oba płuca... jednak... nie widzę bezpośredniej groźby katastrofy. Przeglądałem recepty... banalne środki patentowane... To nie uratuje chorego... Poleciłbym środki proste, a skuteczne, używane przez lekarzy chińskich, którzy na przestrzeni siedmiu tysiącleci historji Chin potrzykroć już zwalczali plagę gruźlicy... Wyczuwam lęk przed śmiercią i rozpacz tego chłopaka, więc... jeżeli państwo możecie mieć do mnie zaufanie... przychodziłbym do chorego codziennie... Mam nadzieję, że dobrze mu to zrobi, a wtedy... trzeba będzie pomyśleć o wysłaniu go na kurację...
— Nie mamy na to pieniędzy! — westchnęła z rozpaczą pani Somowa.
— Ach — prawda! — jakgdyby dopiero teraz uświadomiwszy to sobie, odpowiedział von Plen. — Takie czasy... podłe! Myślę jednak, że będzie można coś wykombinować, bo w Szanchaju nie wskazane jest przebywanie z tą chorobą... Gdyby można było wysłać chłopaka do stepów czacharskich...
— Panie doktorze! — zawołała przerażona pani Somowa. — Syn mój nie może o własnych silach wstać z łóżka, jakżebym go samego gdzieś wysłać miała?
Von Plen uśmiechnął się łagodnie i powiedział głośno:
— To tylko chwilowo Roman nie może sam wstawać z łóżka, ale za jakie dwa tygodnie będzie już chodził na spacer do parku na Bundzie — jestem tego pewny! Za godzinę przyślę pani lekarstwo i instrukcje, jak i kiedy należy je dawać choremu.
Zajrzawszy do pokoju, uśmiechnął się do chłopaka i, kiwnąwszy w jego stronę ręką, zawołał wesoło:
— Bądź dobrej myśli! Jutro zobaczymy się, a bacz, aby pan Wagin nie ściągał mnie więcej z łóżka... w pyjamie, bo się pogniewamy!
Pośpiesznie i niezgrabnie skłoniwszy się paniom i pochylając się nisko, jakoś bokiem, nieśmiało przecisnął się przez drzwi. Wagin dogonił go na podwórzu i włożył mu do ręki pięć chińskich dolarów.
Von Plen spojrzał na banknot i zwrócił go.
— Poco mi pieniądze? — mruknął. — W palarni opjum mam ubranie, wikt i mieszkanie, a niedługo już dojdę do kresu mojej ziemskiej pływanki... Cieszę się, że mogę być jeszcze potrzebny komuś innemu, nietylko żółtym poczwarom bezdusznym, trującym się dymem opjum i tym... skazańcom... Nie! Niech mi pan nie robi tej przykrości... Jeżeli ma pan jakieś zbywające pieniądze, to proszę je oddać Miczurinowi. Ten dziwak ma jeszcze jakie-takie iluzje, porywy i tęsknoty, co zmuszają go do walki o życie, ale ja... ja już wyzbyłem się tego balastu... Śmieszne, doprawdy śmieszne! Walka o byt? Co za tchórzostwo i brak poczucia estetyki?!
Kiwnąwszy głową i stawiając olbrzymie kroki, oddalił się szybko. Wagin powrócił i wszedł wreszcie do swego pokoju. Zdjąwszy ubranie, położył się na łóżku. Nie lubił niedzieli, bo wytrącała go z równowagi i przerywała mu poszukiwanie pracy. W powszedni dzień obchodził biura, dyrekcje, redakcje, wielkie firmy, proponując wszędzie swoją pracę. Miał coś do sprzedania, gdyż w mowie i w piśmie władał sześciu językami, jako absolwent cesarskiej szkoły prawa, orjentował się we wszelkich kodeksach, posiadał łatwość pióra i umiejętność gładkiego wysławiania się, mógł też pochwalić się różnemi pomysłami, niezwykłą zaradnością, energją i rzutkością, którym zawdzięczał, iż ręką obronną wyszedł z wiru rewolucji i... Coś przypomniał sobie w tej chwili i skrzywił usta w uśmiechu, w który włożył tyleż cierpienia, ile nienawiści i jakgdyby wstrętu.
Wagin posłyszał czyjeś kroki na ganku. Pomyślał, że to jakiś Chińczyk stąpa w miękkiem obuwiu. Za ścianą rozległy się głosy — jeden — cichy i melodyjny — pani Somowej, drugi — jazgotliwy, charczący, jaki wydać mogła jedynie gardziel chińska.
— Tak — pomyślał — to przyniesiono lekarstwa od doktora von Plena. Jakiż to dziwny, zupełnie już zdruzgotany typ. Walkę o byt nazywa tchórzostwem i czemś bardzo nieestetycznem?
Przypominając sobie rozmowę z lekarzem, usnął. Wkrótce obudził go cichy stuk do drzwi.
— Kto tam? — spytał, zrywając się z łóżka.
— Ktoś z pańskich znajomych chciałby się widzieć z panem — rozległ się wyraźnie niespokojny głos pani Somowej.
Wagin szybko ogarnął wzrokiem cały pokój i nagle, schyliwszy się, otworzył walizkę. Błysnęła niklowa lufa rewolweru, wciśniętego pośpiesznie do kieszeni marynarki. Czynności te wykonywał automatycznie, podświadomie, czy też z nabytego przyzwyczajenia. Dopiero obciągnąwszy na sobie ubranie i przygładziwszy włosy, zdumiał się, że zwykłe pukanie do drzwi wywołało w nim ten właśnie odruch.
— Proszę wejść! — powiedział spokojnym głosem, z ręką w kieszeni stając przy ścianie, na prawo od drzwi.



ROZDZIAŁ VI.
DAWNE ŻYCIE ODZYWA SIĘ BRUTALNIE...

Wagin, ujrzawszy wchodzącego gościa, skrzywił usta drapieżnie, ale wnet poczuł, jak zerwało się w nim serce i z zawrotną szybkością padać poczęło, pozostawiając w piersi pustkę, strach i rozpaczliwą zawziętość.
Poznał gościa. Ba — znał go oddawna, może, już od roku albo i dłużej.
Ten łysy człowiek o czarnych, biegających oczach, wyzierających chciwie z pod nabrzmiałych i zaczerwienionych powiek, o wydatnych, zawsze wilgotnych wargach i odstających uszach nietoperza, pętał się za nim wszędzie — od Petersburga do Archangielska i przez całą Syberję aż do Władywostoku. W oczach jego — załzawionych i niespokojnych — Wagin widział śmierć. Człowiek ten w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmienił go w ścigane i coraz bardziej osaczane zwierzę, zmuszane do ciągłej ucieczki, męczącego ukrywania się i czuwania w dzień i w nocy. On-to doprowadził go do rozpaczy i ostatecznego znużenia, aż Wagin zmuszony był przejść do ataku i na własną już rękę rozpoczął polowanie na tego człowieka o setce imion i nazwisk. Postanowił go zgładzić, aby nie być straconym. Ta walka trwała prawie rok, walka równie przebiegłych przeciwników z przewagą inteligencji na korzyść Wagina, gdyż, ścigany i tropiony przez swego wroga, jednocześnie kierował nim i, zwolna, coprawda, lecz nieprzerwanie posuwał się ku obranemu przez siebie miejscu ucieczki lub ostatecznej rozprawy. Ogarnąwszy gościa spojrzeniem, w jednej chwili uświadomił sobie głębokie zmiany w stosunku swoim do tego człowieka o uszach nietoperza i źrenicach tchórzliwego drapieżcy. Przed trzema tygodniami jeszcze nienawidził szpiega, od kilku miesięcy depcącego mu po piętach. Nienawidził go nietylko dlatego, że ten przy pierwszej nadarzającej się sposobności miał go oddać w ręce władz bolszewickich, co równoznaczne było z rozstrzelaniem, powieszeniem albo nawet z bardziej wyrafinowaną karą śmierci. Wagin nienawidził swego prześladowcy za to, że zmuszał go do postępków wstrętnych dla siebie i poniżających go we własnych oczach, za to, że z biegiem czasu, pod wpływem ustawicznego strachu przed śmiercią, zanikać w nim poczęły cechy człowieka inteligentnego o ustalonych zasadach moralnych. Bolało go, że nie mógł bronić się otwarcie, jak mężczyzna. Musiał ciągle kryć się, uciekać, tułać się po różnych wsiach i zapadłych kątach, zdala od większych zbiorowisk ludzkich, gdzie ścigający go szpieg mógł na jego ślad naprowadzić policję i żołnierzy. Krył się więc po opuszczonych, straszliwie zapluskwionych, ohydnych szałasach łowców syberyjskich, w gąszczu leśnym przy ukrytem starannie ognisku, w rozbitych krypach, wyrzuconych na pustynne łachy, wśród sekciarzy, uchodzących gdzieś w przestrzeń i bez żadnego wyraźnego kierunku i celu, aby tylko być jaknajdalej od bezbożników — „sług Antychrysta“, nocował wśród trupów ludzi, powystrzelanych przez bolszewickie oddziały karne, tułał się po nieznanych nikomu osiedlach, gdzie w każdej chacie panoszyła się śmierć, a ludzie, jak muchy, umierali na tyfus plamisty i cholerę. Gdy zaś dojrzał w nim protest i cały, bez reszty, zamknął się w nienawiści, wtedy dopiero poznał Wagin naturę ludzką i zrozumiał, jakie dziwne kryją się w niej możliwości, odruchy i potęgi pierwotne, kiedyś tam w zaraniu życia ludzkości wykorzystywane dla obrony i napadu. Te właśnie nieznane mu przedtem cechy zwierzęcia ludzkiego wywoływały w duszy Wagina dreszcz wstrętu. Przekształcona w ciągu tysiącleci postępu dusza jego te pierwotne sposoby i chwyty walki o byt kwalifikowała jako dzikie okrucieństwo, nikczemność i tchórzostwo, a jednak trwoga o życie zmuszała go do wyzyskania wszystkich możliwości, nie oglądając się na nic i z niczem się nie licząc.
W szalonym, błyskawicznym pędzie myśli rodzące się nagle wspomnienie ożywiło wszystko w nieuchwytnym ułamku sekundy, szczególnie — jeden z ostatnich epizodów walki z tym łysym szpiegiem o wydętych, śliskich wargach. Wagin, nie wiedzieć który już raz wytropiony przez niego, wymknął się z potrzasku, i, jak mu się zdawało, ostatecznie i bezpowrotnie. Było to w małej osadzie kozackiej nad rzeką Amurem. Władza bolszewików dopiero odniedawna tam sięgała, ostrożnie próbując utrwalić się w tak niepewnem środowisku, jak bogate, konserwatywne, monarchicznie nastrojone, rządzone własnem prawem obyczajowem społeczeństwo kozackie. Wagin przybył do stanicy, mając fałszywe dokumenty na imię jakiegoś technika. Tego samego dnia Amurem przepływał statek parowy, należący do kopalni złota, kierowanej przez inżyniera — Anglika. Wagin podpłynął czółnem do parowca i, rozmówiwszy się z właścicielem, został przyjęty na pokład. Oddaliwszy się o jakie sto kilometrów od osady, pewnej nocy, gdy statek stał przy brzegu, oczekując świtu, Wagin wślizgnął się do kajuty kapitana, grającego w karty z Anglikiem w messie, wykradł z jego biurka paczkę banknotów, spory worek złotego piasku, przewożonego z kopalni, i — co było celem jego wyprawy — karabin z torbą, pełną naboi. Rozumował, że bez pieniędzy i bez broni nie da sobie rady, więc z całym spokojem porwał innym potrzebne mu środki do walki, odrzucając wszelką myśl o etyce, wdzięczności, a nawet możliwości nowej zbrodni, gdyż gotów był zabić każdego, kto ważyłby się zatrzymać go. Potajemnie porzuciwszy tej samej nocy parowiec Anglika, odszedł daleko od rzeki i koło południa natrafił na małą chatkę smolarza. Mieszkali w niej mąż z żoną i pies, zły, kudłaty, nieufny kundel. Jego to szczekanie zwabiło Wagina ku samotnej chacie. Zamieszkał z leśnymi ludźmi, pomagając im w karczowaniu pni i układaniu mielerzy. Smolarze polubili go. Pewnego razu zbudziło Wagina ujadanie psa, lecz kudłacz, poszczekawszy, zamilkł. Nazajutrz smolarz spostrzegł na błotnistej ścieżce wyraźne ślady dwu ludzi, którzy długo, zapewne, stali w tem miejscu, skąd smolarnia widoczna była, jak na dłoni.
— Któżby to mógł być? — pytała zaniepokojona nagle kobieta. — Dlaczego nie przyszli tu i zawrócili? Przecież od nas do najbliższej osady będzie z pół dnia drogi?!...
Wtedy to Wagin zmyślił coś takiego, co najsilniej podziałać mogło na proste umysły gospodarzy. Opowiedział im, że jest mnichem, który bronił domu Bożego w klasztorze Wałaamskim przed bezbożnymi bolszewikami, Żydami, Łotyszami i Chińczykami, którzy teraz panują w Rosji i ścigają go. Po krótkiej naradzie z Waginem, smolarz i jego żona zaczęli działać. Skrzyknęli sąsiednich smolarzy, łowców tunguskich, kryjących się w puszczy zbiegów więziennych i urządzili zasadzkę. Dziesięciu żołnierzy, przyprowadzonych przez szpiega, zginęło, padło też kilku ludzi leśnych, a uciekającego wroga swego, biegnącego brzegiem potoku, postrzelił sam Wagin i z radością spostrzegł, jak, wpadając w nurt, plusnęło ciało zabitego i popłynęło.
Po zgładzeniu swego prześladowcy mógł już spokojniej ruszyć dalej ku wschodowi. W tydzień później od przypadkowego znajomego dowiedział się, że oddział czerwonych jeźdźców powystrzelał wszystkich smolarzy i spotkanych w puszczy ludzi i podpalił las. Za to właśnie, że, broniąc swego życia, świadomie narażał na śmierć ludzi uczciwego i dobrego serca, za to pogardzał sobą i coraz płomienniej nienawidził człowieka o biegających, chwytnych oczach, skradającym się krokiem wchodzącego teraz do jego pokoiku.
Wagin szybkim ruchem stanął za nim i spostrzegł pytające spojrzenie zdumionej pani Somowej. W głębi ciemnej sieni na chwilę zamajaczyły też przed nim oczy Ludmiły. Uśmiechnął się do nich z przymusem i powiedział:
— To mój stary znajomy... Pogubiliśmy się z nim w drodze...
Gość łypnął tylko oczami i wydął wargi.
Wagin zamknął drzwi, milcząc, pokazał szpiegowi rewolwer, poczem położył palec na ustach i spytał sztucznie podniesionym głosem:
— Jak się pan miewa, Abramie Izaakowiczu? Niech pan siada! Opowiemy sobie nasze przygody. Miał pan ich zapewne poddostatkiem, bo ja — i owszem, aż mi zbrzydły! Wogóle, mówiąc szczerze, los nie szczędzi nam ostrych i interesujących przeżyć. Co do mnie, to marzę, żeby się trochę ponudzić i zakosztować wreszcie jednostajności i monotonji życia! Cha-cha-cha!
Gość wprawnem okiem w tej chwili, zapewne raczej z zawodowego przyzwyczajenia, jakiemś lepkiem spojrzeniem macał każdy rys twarzy siedzącego przed nim Wagina, jego ubranie i wszystkie przedmioty w pokoiku.
— Hm... hm... — chrząknął wkońcu w kułak. — Zgubiłeś mnie wobec...
Wagin zmrużył oczy i, pogroziwszy mu palcem, szepnął:
— Mów o czemś innem... obojętnem...
Powiedziawszy to, szybko wyjął notatnik i napisał na czystej stronie:
— Tu rozmawiać nie możemy... chyba rozumiesz? Pomówimy w innem miejscu...
Dał mu to do przeczytania, lecz po chwili dopisał:
— Przychodźcie o ósmej do jadłodajni w „Gospodzie 4-ch stron świata“. Przy tej samej ulicy — za jaomyniem siódmy dom.
Gość skinął głową i, zapalając papierosa, spytał ze wstrętnym uśmiechem na mokrych wargach:
— Gdzież to pan wylądował potem, jak widzieliśmy się po raz ostatni?... Szukałem pana na obydwu statkach japońskich... ale...
— Nie znalazł mnie pan? — zaśmiał się Wagin. — Nie miałem wówczas zaufania do japońskich szyprów! Wolałem coś pewnego... Wsiadłem na żaglówkę koreańską... Była to przemytnicza łupina — przywiozła okowitę, a do swego kadłuba naładowała rogi jelenie, kły morsowe i skórki fok z Komodorów aż po burty... Ledwie znalazło się na niej miejsce dla jedynego pasażera, którym właśnie ja byłem...
Wagin ze zdziwieniem teraz słuchał brzmienia własnego głosu. Nikt nie odnalazłby w nim fałszywej nuty lub sztucznych odcieni. Drgała w nim naturalna wesołość, wzbudzona wspomnieniem o szczęśliwie zakończonej ponurej epopei. Spoglądał na gościa prawie bez odrazy i zwykłej obawy. Poszperał w swem sercu i zdumiał się. Nie znalazł w niem już dawnej zawziętości, ani jeszcze tak niedawno wszystko przed nim zasłaniającej nienawiści, ani lęku przed tym potworem — strasznym w swym uporze i talencie tropicielskim. Teraz był poza jego zasięgiem. Siły ich zrównały się. Nie obawiał się pojedynku, gdyby go szukał towarzysz Abram. Mógł to być tylko pojedynek, gdyż szpieg mógł teraz polegać jedynie na własnej przebiegłości i sile.
Gość tymczasem uderzył się dłonią w czoło i mruknął:
— Do djabła! A przecież chciałem już płynąć ze strażnikami ku tej krypie, ale właśnie przyszła do mnie jakaś dziewucha i szepnęła, że w szynku siedzi jakiś nieznajomy i wciąż przez okno wygląda...
— Cha-cha! — zaśmiał się cicho Wagin. — Był to podstęp wojenny! To ja do was posłałem tę dziewczynę!
— A ja... — tym samym tonem zaczął szpieg, ale urwał nagle i w leżącym na stole notatniku napisał niezgrabnemi, koszlawemi literami, robiąc straszliwe błędy ortograficzne:
...przekonawszy się, że mnie oszukała, strzeliłem jej w głowę!
Wagin zacisnął zęby i spuścił oczy. Po chwili, wziąwszy ołówek, rzucił na papier jedno tylko słowo:
— Nikczemnik! — i nerwowym ruchem podkreślił je dwukrotnie.
Gość podniósł na niego okrągłe, drapieżne oczy i spytał, chichocąc bezdźwięcznie:
— To niby ja? A dlaczegóż to nie szanowny pan?
Wagin zacisnął szczęki z taką siłą, że mu aż zęby zgrzytnęły.
— W najgorszym razie — obaj... — rzucił, nie patrząc na gościa.
— Więc na tej to krypie dopłynął pan do Szanchaju?
— Nie — do jednego z portów koreańskich, gdzie przesiadłem się na jakieś japońskie „Maru“ i oto jestem tu... — odpowiedział Wagin, czując, że jego chwilowa i dziwna wesołość i jakgdyby obojętność dla człowieka, który przypomniał mu ohydną przeszłość, prysnęły bez śladu.
— On musi zginąć!... — podszepnęła mu myśl chyża i sycząca, wyślizgując się niby wąż z nieznanych zakamarków mózgu.
— Może napije się pan herbaty? — spytał Wagin, aby przerwać nagle zapadłe zbyt długie milczenie.
Szpieg spojrzał na niego ni to z przestrachem, ni to z szyderstwem i przecząco potrząsnął głową.
— Pozostawmy to na wieczór — odpowiedział charczącym głosem.
— Czy sam przyjdziesz, czy z przyjaciółmi? — mrużąc oczy, zadał pytanie Wagin.
— Sam... sam... tu tymczasem nie mam jeszcze przyjaciół — szepnął gość i wstał.
Wagin odprowadził go na ganek i powtórzył z naciskiem:
— A więc o ósmej?...
— Tak! — kiwnął głową szpieg. — Musimy się rozmówić, ratować się wzajemnie...
Nie skończył, bo na ganek wyszła pani Somowa i pytającym, badawczym wzrokiem patrzyła na obydwu.
— Do widzenia, Abramie Izaakowiczu! — zawołał Wagin, wybuchając suchym, nieszczerym śmiechem.
Powrócił do swego pokoju i zaczął chodzić tam i z powrotem. Teraz dopiero poczuł się nad wyraz wzburzonym i musiał się uspokoić i zebrać myśli. Złe widmo minionych miesięcy, które wydawały mu się długim korowodem lat, zjawiło się przed nim na nowo. Co miało mu przynieść? Jakie zamiary czają się w ohydnej i strasznej głowie towarzysza Abrama? Przecież przybył tu tylko dla niego i coś już zapewne obmyślił... Czekać nie wolno! Należy działać, nie zwlekając, skończyć raz na zawsze z tą zmorą... Ach!
Wagin wydał bolesny syk i ukrył twarz w dłoniach. Poczuł, że są zimne i drżą. Z dna jego duszy zrywała się rozpacz.
— I tu... i tu... — ni to ścigając się, szeleściły trwożnie myśli, — ma być wszystko tak, jak działo się tam — we Francji, Szwajcarji, a potem — w Rosji?!... Znowu ucieczka, ukrywanie się, szpiegowanie i tropienie, zasadzki i nagłe napady... czy starczy ci sił, człowieku znękany? Czyż nie lepiej — skończyć odrazu, jednym zamachem przeciąć tak nielitościwie napiętą nić życia swego lub... tego Abrama?... Wybieraj! Nie zwlekaj!
Znowu syknął i usiadł przy stole, na którym bielała karta notatnika, a na niej podkreślone dwa razy słowo — „Nikczemnik“.
— Kto? On czy ty? — podszepnęła mu natrętna myśl. — Więc chcesz zacząć na nowo?
Wagin poruszył się gwałtownie. Skrzypnęło lekkie krzesełko bambusowe. Ktoś podszedł do drzwi i cichy głos Ludmiły dobiegł uszu Wagina:
— Mama prosi pana bardzo do siebie na herbatę!... Jest u nas doktór Plen...
Sergjusz otworzył drzwi i prawie rozkazującym ruchem ręki zmusił Ludmiłę wejść do pokoju. Patrząc na nią surowym wzrokiem, powiedział ponuro:
— Jestem zdenerwowany i nie będę zbyt przyjemnym gościem... Wie pani — myślałem długo o naszej pierwszej dziwnej bądź co bądź rozmowie... i przyznaję słuszność... istotnie — można i powinno się mnie bać... No, a teraz chodźmy, skoro panie sobie tego życzą!
Przepuściwszy ją przed sobą, zamknął drzwi i szedł za nią, patrząc roztargnionym, nieobecnym wzrokiem na jej wiotką, miękką, jakgdyby pozbawioną kości postać i olbrzymi węzeł kasztanowatych warkoczy, nisko opuszczonych na smagły kark.
Ludmiła zatrzymała się nagle i, obejrzawszy się na Wagina, szepnęła dobitnie:
— Niech pan wystrzega się tego człowieka, który wyszedł od pana przed chwilą!
Sergjusz podniósł na nią oczy, a w nich natychmiast błysnęła groźba. Pochylił głowę i powiedział z naciskiem:
— Aby się obronić przed nim, należy...
Nie dokończył, bo Ludmiła wydała jakiś bezdźwięczny krzyk i wyciągnęła ręce przed siebie, jak wtedy — na ganku, przed domem.
— Zrozumiała pani? Jeszcze raz... nie wiedzieć po raz który?...
Ludmiła, potrząsając głową, drżała na całem ciele, przyciskając ręce do piersi, jak przerażone dziecko.
— Chodźmy wreszcie, bo w ten sposób nigdy nie dojdziemy! — szepnął opryskliwie i szyderczo Sergjusz i wnet dodał:
— Niech się pani nie boi! Ten Abram Izaakowicz nigdy już tu więcej nie zajrzy...
Wybuchnął suchym śmiechem i pchnął drzwi, mówiąc:
— Jesteśmy, wedle rozkazu!
Słowom jego odpowiedział radosny okrzyk Romana. Chłopak, siedząc w łóżku, oparty o wysoko ułożone poduszki, wyciągał ku niemu obie ręce.
— Niech się pan uśmiechnie do mnie! Tak, jak dziś!... — syczał żałośnie i namiętnie zarazem.
Wagin wielkim wysiłkiem woli zdławił w sobie wzburzenie i nagle porywczym ruchem podniósł głowę. Niktby go w tej chwili nie poznał. Młoda twarz powlokła mu się rumieńcem. Skrzepły jej i zimny wyraz zniknął bez śladu w wesołym, beztroskim, zdawało się, uśmiechu. Błyskały białe, mocne zęby, roziskrzyły się tysiącem ogników i błysków baczne zawsze, czujne oczy o niezliczonych źrenicach. Mgiełka, okrywająca je, rozwiała się bez reszty i odsłoniła niebieskie oczy, szczere i łagodne.
Rozłożywszy szeroko prężne ramiona, skłonił się nisko i zawołał żartobliwie:
— Przyniosłem ci tyle uśmiechów, ile zechcesz! Mam u siebie w pokoju dwie walizki, w jednej z nich pełno jest uśmiechów i dlatego jest najlżejsza!
Chłopak porwał małą, mocną dłoń Wagina i, przycisnął się do niej płonącym policzkiem, poruszając czerwonemi, suchemi wargami. Coś szeptał, lecz dźwięk nie wydobywał się z przeżartych płuc i gardła. Wagin pochylił się nad chorym i przycisnął jego głowę do piersi. Ledwie to uczynił, gdy jakaś zimna struga pobiegła mu po grzbiecie. Przypomniał sobie w tak nieodpowiedniej chwili towarzysza Abrama i oczekujące go spotkanie w zajeździe Miczurina. Był w tem wszystkiem tak wielki rozdźwięk, że sprawił mu wyraźnie wyczuwany ból fizyczny. Znowu, jak zawsze zacisnęły mu się wargi, a trzy głębokie zmarszczki pofałdowały pogodne przed chwilą czoło.
— Przekleństwo! — mignęła myśl. — Dopóki nie skończysz z tamtym, nie zaczniesz nowego życia...
Wagin przymknął powieki, lecz po chwili podniósł je i natychmiast spostrzegł skierowane ku sobie ciemne, głębokie oczy Ludmiły, która patrzyła na niego, nie słuchając prawie tego, co mówił do niej doktór Plen. Otrząsnąwszy się z ogarniających go myśli, Wagin zaśmiał się i powiedział do chłopaka:
— Jeśli potrzebne ci są uśmiechy, będę ci je przynosił codziennie w woreczku?!
Roman począł się śmiać, ale wkrótce napadł go atak kaszlu. Lekarz szybkim krokiem podszedł do chorego i, położywszy mu rękę na czole, zmusił go położyć się nawznak i, gładząc chłopaka po piersi, wstrzymał suchy, szczekający kaszel.
— Dobrze... dobrze... — mruczał Plen. — Teraz napijesz się mleka z ziółkami, łykniesz pigułkę i — będziesz spał... Będziesz spał! — powtórzył twardym, rozkazującym głosem. — O, widzę, jak ci się już kleją powieki... Świetnie! Powiadasz, że nie smakują ci ziółka? E-e, bracie! Dla nas — mężczyzn niema niesmacznych lekarstw i... rzeczy... My przecież — wojownicy... łowcy... pasterze... Jemy i pijemy co się da, aby mieć zdrowe mięśnie i wolę do zwycięstwa... Słyszałeś o tem kiedyś? Nie śpij jeszcze, bo masz zjeść żółtko z cukrem... To już — dobre, prawda? Teraz z ostatnią łyżeczką — pigułka! Tak, doskonale! Teraz Romeczek śpi... śpi... śpi!...
Głowa chłopaka obsunęła się zlekka na poduszki, oczy się zamknęły. Usnął.
— To — dziwne, wprost nie do uwierzenia! — szepnęła zdumiona i jakgdyby uradowana pani Somowa. — Romek tak długo już cierpi na bezsenność, która go męczy i wycieńcza.
Plen kiwał głową, przysłuchując się oddechowi chorego chłopca.
— Teraz będzie spał długo i spokojnie, prawie bez kaszlu, aż... — powiedział cichym, poważnym głosem.
Wagin posłyszał coś w jego brzmieniu, bo podniósł oczy na doktora i spytał:
— To dobrze zrobi temu biedakowi, nieprawdaż?
Nie odpowiadając wprost na pytanie, von Plen mruknął:
— Sen koi bóle duszy, serca i ciała... niezawodnie i najlepiej...
Waginowi wydało się, że zrozumiał ukryte znaczenie tych słów, więc zaczął dość bezładnie opowiadać o znanych mu wypadkach leczenia gruźlicy przez znachorów syberyjskich. Mówił długo, starając się odwrócić uwagę stroskanych kobiet od niepokojącej myśli, którą musiała poddać im przypowieściowa niemal odpowiedź doktora.
— Ma pan rację, znachorzy mogą wiele dobrego zdziałać — przytaknął Plen. — Ich sposoby oparte są na suggestji różnego rodzaju. Istnieje cała jej skala o wielkiej rozciągłości... Naprzykład, sławetny „czarny duch“ Rosji — Grzegorz Rasputin, ten szaman syberyjski...
— Ach! — wyrwało się Ludmile, która z przerażeniem jęła się wpatrywać w twarz Wagina.
Von Plen posłyszał jej cichy, jak westchnienie, okrzyk i ze zdumieniem spojrzał na nią. Sergjusz najmniejszym nawet skurczem mięśni nie zdradził swego wrażenia, gdy padło nazwisko Rasputina. Spokojnie patrzał na doktora i słuchał uważnie.
— Powiedziałem — szaman, — ciągnął Plen, siadając przy stole i pijąc duży łyk ostygłej już herbaty, — to znaczy, taki znachor, który poza wiedzą natury ludzkiej, umie wykorzystać stan otaczającej nas przyrody, działającej na psychikę i system nerwowy człowieka... Słyszałem z wiarogodnego źródła, że Rasputin nigdy nie zgadzał się ratować carewicza w dni dżdżyste lub mgliste...
— Ma pan zupełnie ścisłe informacje, — spokojnym tonem potwierdził Wagin i dodał: — Dziękuję pani, proszę o jeden tylko kawałek cukru... Tak! Najlepsze dla jego praktyki były dni pogodne, słoneczne lub czasem — znów przeciwnie — gdy przed burzą w powietrzu gromadziła się elektryczność. W innym czasie posiłkował się hipnozą indukcyjną, posyłając chorym swój portret, koszulę lub obrazek święty, wiszący na piersi... Znam te rzeczy, wyolbrzymione do rozmiarów „cudów“... Ale i to można zrozumieć, jeżeli się zważy, w jakiem niezwykle wysokiem, niedostępnem dla zwykłego śmiertelnika otoczeniu działał smutnej pamięci Rasputin...
Ludmiła nie mogła wyjść z podziwu. Tak spokojnie i obojętnie nie mógł mówić człowiek, zamierzający zgładzić nadwornego znachora i jego protektorkę — cesarzową.
— Chyba to, co opowiadał Klimow, jest tylko plotką? — pytała siebie.
Postanowiła zrobić jedną próbę. Spuszczając oczy i do nikogo poszczególnie nie zwracając się, spytała:
— Wydaje mi się jednak rzeczą nieprawdopodobną, jak mogła cesarzowa...
— Mój Boże! — przerwał jej Wagin. — Ciągle się słyszy to pytanie! A przecież jest to takie łatwe do zrozumienia! Kochająca matka, drżąca o swego syna, który może każdej chwili umrzeć, jak tonąca — deski ratunku, czepiała się tego znachora, jednem słowem lub spojrzeniem przerywającego krwotoki cesarzewicza, czego nie mogli uczynić najsławniejsi lekarze... To takie zrozumiałe i tragiczne zarazem! Proszę spytać swojej mamy, czy nie uwielbiałaby pierwszego lepszego znachora, który umiałby przerywać ataki kaszlu u Romka?
— Ależ — naturalnie! — zawołała pani Somowa. — Stopybym mu całowała!
Von Plen zaśmiał się cicho i zamachał rękami.
— O, to już straszne! — powiedział. — Niechże pani przynajmniej mnie nie uważa za znachora-cudotwórcę. Ja w tym wypadku pomagam tylko naturze, jakby to wyrazić się ściśle?... Łagodzę brutalność natury...
Umilkł i poruszył się niespokojnie na krześle. Ani pani Somowa, ani też Ludmiła nie dostrzegły dziwnego tonu ostatnich słów Plena i tego, że oczy mu zgasły nagle, twarz pożółkła i zwiotczała, a palce ręki, trzymającej filiżankę, zadrżały. Spostrzegł to jednak wciąż baczny na wszystko Wagin i pytającym wzrokiem ślizgnął się po całej postaci doktora. Jednocześnie uczuł na sobie badawcze spojrzenie Ludmiły i zrozumiał, poco rozpoczęła rozmowę o cesarzowej.
— Widocznie w rosyjskich kołach mówią już o mnie! — domyślił się z goryczą.
Pani Somowa wyszła tymczasem do kuchni.
— Dziwne jest życie ludzkie! — uśmiechnął się Wagin. — Któż z nas mógłby dawniej pomyśleć, że kiedyś, ot tak będziemy sobie siedzieli w chińskim domku przy ulicy Fu-Tien-Koo, pili herbatę i gwarzyli o rzeczach strasznych, ponurych, ale, na szczęście, dawno już minionych?
Von Plen potrząsnął głową i dodał z naciskiem:
— Kto też mógłby przewidzieć, jakie w nas zajdą zmiany?... Tak głębokie i nieprawdopodobne, że staliśmy się zupełnie innymi ludźmi, jakgdyby po raz drugi przychodzącymi na świat... lub też... że tak powiem, wyjawionymi do dna!... Bez tych doświadczeń przeszlibyśmy od kolebki do trumny, nie podejrzewając nawet, co za możliwości, moce, talenty, cnoty i zbrodnie tkwią gdzieś w tajnikach naszych dusz, serc, mózgu i krwi...
Pani Somowa powróciła, wnosząc półmisek z szynką i zielonym groszkiem. Panie zakrzątnęły się koło stołu. Zjawiła się biała serweta i nakrycia. Z zażenowanym wyrazem twarzy uprzejmie częstowały gości, mówiąc do nich:
— Przepraszamy za tak skromne przyjęcie, ale, doprawdy, ze szczerego serca...
— Nie pamiętam już, kiedy miałem tak wspaniały podwieczorek! — upewniał von Plen, krając kawałek tłustej szynki. — Nie przypuszczałem nawet, że w Szanchaju można mieć tak wyborne rzeczy!
— Szynkę kupiłam na Nanking-Road u Tillera — mówiła z uśmiechem zarumieniona Ludmiła. — Ta firma eksportuje podobno swoje wyroby nawet do Anglji...
Wagin milczał. Krajał mięso na drobne kawałki i jadł powolnie. Nie miał apetytu. Odbierała mu go teraz najwstrętniejsza myśl o tem, co ma zajść w „Gospodzie 4-ch stron świata“ i czy wogóle musi tam coś zajść? Na to pytanie nie mógł sobie jeszcze dać stanowczej odpowiedzi. Myślał o towarzyszu Abramie, przypominał sobie niektóre słowa jego i daremnie szukał w duszy dojrzałego ostatecznie postanowienia.
— Ma pan jakieś kłopoty, widzę? — spytała go nagle pani Somowa, spostrzegłszy skupiony wyraz w jego oczach.
— Któż ich nie ma? — wzruszył ramionami i zaśmiał się z goryczą. — Chcę zacząć nowe życie po moich przejściach i ani rusz — nie mogę. Odbija mi się życie tamtejsze — niby po nieświeżej rybie.
Powiedział to szyderczym tonem i znowu spostrzegł utkwiony w sobie wzrok Ludmiły.
— To dzisiejszy gość popsuł panu humor zapewne? — zauważyła pani Somowa. — Muszę się przyznać, że nie podobał mi się wcale. Jakiś wstrętny i do tego niezawodnie Żyd...
Wagin wybuchnął głośnym śmiechem.
— Po części, po części! — zawołał ubawiony nagle. — A co do jego rasy, to cóż państwo chcecie? Ma na imię Abram, jest synem Izaaka, nazwisko zaś jego brzmi Chackeles! Nie może on być, nawet gdyby pragnął, patrjarchą Wszechrosji!
— Istotnie — znajomość mocno kompromitująca! — uśmiechnął się Plen.
— Któż z nas w tych czasach nie był zmuszony do podobnych kompromitujących stosunków i znajomości? — odparł Sergjusz. — Do kompromitujących znajomości i jeszcze bardziej kompromitującej przeszłości... A la guerre comme à la guerre!
Wszyscy zamilkli. Przypominali sobie zapewne niedawne dzieje i własne przeżycia.
Wagin wstał. Zrobiwszy kilka kroków po pokoju, usiadł znowu i, porozumiewawczo patrząc na Ludmiłę, powiedział:
— Opowiem państwu pewne zdarzenie, ilustrujące to, o czem mówiłem przed chwilą!. Gdybym nie widział tego niemal we wszystkich szczegółach własnemi oczami, — przysięgam — nie uwierzyłbym nigdy, że to jest możliwe! Proszę sobie wyobrazić młodzieńca z dobrej rodziny, niezupełnie czystej krwi rosyjskiej, gdyż matka jego była Angielką. Człowiek wykształcony, zupełnie zrównoważony, z pewnych — powiedzmy — zasadniczych, ideowych powodów zmuszony był nagle opuścić Rosję i całkowicie zerwać z rodziną. Na obczyźnie, pozbawiony wszelkiej pomocy i ścigany zawzięcie przez policję polityczną, przeszedł wszystkie możliwe cięgi... Głód, nędzę, chorobę... jednak przetrwał wszystko to, zaszył się w małem miasteczku francuskiem nad brzegiem morza i — ten, któremu przedtem przepowiadano najświetniejszą karjerę, czuł się zupełnie szczęśliwy, pracując w fabryce konserw rybnych. Miał zarobek, a w domu — ciszę i spokój, przed sobą — kojący go bezmiar oceanu. Dobrze mu było! Zdawało mu się, że po jakiems sztucznem, przymusowem życiu, rozpoczyna nowe, prawdziwe, w którem może i musi wywalczyć sobie stanowisko własnemi silami. I nagle...
Urwał, aby napić się herbaty. Wszyscy słuchali, wpatrzeni w jego spokojną, jakgdyby rozmarzoną w tej chwili twarz. Zmienił pozę i ciągnął dalej przyciszonym głosem:
— Minęła zima i wiosna... Z cuchnących tranem i wodorostami morskiemi hal, przeniesiono mego znajomego do biura. Awans i — nowe, jeszcze lepsze warunki życia? Ale oto w lecie do miasteczka nadmorskiego przybyło z Paryża kilka rodzin naszych rodaków, a wraz z niemi młoda wychowawczyni — Rosjanka. Aby nie znudzić państwa nie będę jej opisywał, wspomnę tylko, że była to bardzo przystojna, rozumna dziewczyna i miała najidealniejsze poglądy na ludzi, życie i na cały świat. Państwo już domyślają się zapewne — co dalej nastąpiło? No — oczywiście! Przypadkowe spotkanie, pierwsza krótka, ale decydująca o dalszym biegu wypadków rozmowa — niespodziewanie szczera i serdeczna, nieprzeparty pociąg wzajemny, głębokie, jak się to mówi, mocne uczucie... i narzeczeństwo...
Wagin zaczął śmiać się cicho i złośliwie.
— Banalna, nieprawdaż, jak dotychczas historja kinematograficzna, która mogłaby mieć typowy dla filmów amerykańskich tego gatunku „the very happy end“, gdyby nie siła wyższa? Cha-cha-cha! Jakżeż mogła przeciwstawić się jej niemądra, młoda, naiwna miłość mego przyjaciela, gdy pod ciosami tej siły druzgocącej padły wszak takie potęgi, jak imperjum carów, kościół i armja?!
Wagin wstał i zaczął chodzić po pokoju, co chwila spoglądając na zegar. Dochodziła godzina szósta. W pokoiku ginęły już w zmroku poduszki chorego chłopaka, majaczyły niewyraźne zarysy sofy, małej szafki i kilku obrazków chińskich, tuszem malowanych na jedwabiu. W kącie, koło pieca, w zgęszczonych cieniach występowały blade plamy twarzy ludzi i wpadający z podwórza promyk latarni rozpryskiwał się na mosiężnej pokrywie samowaru.
— Nudzę państwa swojem opowiadaniem? — zapytał Sergjusz.
— Ależ przeciwnie! — zaprotestowała pani Somowa i zapaliła lampę naftową. Chory poruszył się i westchnął. Ciężkie to było, syczące westchnienie. Chłopak nie obudził się jednak.
Wagin usiadł i, marszcząc czoło, coraz bardziej niespokojny i podrażniony, jakoś dziwnie szybko zakończył rozpoczęte opowiadanie:
— Wybuchający bolszewizm rzucił bawiącą we Francji rodzinę na bruk. Narzeczona mego przyjaciela pozostała bez pracy. Napróżno biedak namawiał ją, aby się pobrać, nie czekając na poprawę jego sytuacji materjalnej, bo wszak jako-tako dadzą sobie radę. Idealna panienka pewnego dnia znikła... Inny, na miejscu mego przyjaciela, postawiłby w tem miejscu kropkę i przebolałby ten zawód. Nie taki to jednak okazał się człowiek! W postępku panny dopatrzył się czegoś przerażającego, czego nie mógł narazie uświadomić sobie. Tchórzostwo? Zdrada? Obawa przed skromnem życiem ciężko pracujących ludzi? Postanowił jednak wyjaśnić to, wyraźnie zrozumieć wszystko, gdyż nie był w stanie tak odrazu, w jednej chwili porzucić swego ideału, który nieopatrznie i naiwnie on — człowiek obracający się niedawno w najświetniejszem towarzystwie i obserwujący setki kobiet, umieścił w tej tak mądrej, poważnej i skromnej nauczycielce. Rzucił więc wszystko i wyruszył na poszukiwania. Znalazł ją wreszcie w Paryżu... w biurze propagandy bolszewickiej w roli... kochanki wpływowego komisarza — młodego, aroganckiego żydziaka, pełnemi garściami rzucającego „proletarjackie“ złoto na przekupywanie i judzenie w kołach robotniczych organizacyj francuskich, no — i na szerokie, wystawne życie... Mój znajomy długo miał pod obserwacją mieszkanie żydłaka, bo ciągle jeszcze wątpił, jeszcze chwytał się strzępów nadziei, ale gdy już wszelkie złudzenia prysły, odnalazł w sobie zupełnie nowego człowieka, a ten, inaczej już myśląc i odczuwając, innych też użył sposobów załatwienia sprawy...
Wagin wstał i, prostując barki, spiesząc się jeszcze bardziej, zakończył swoją opowieść:
— Wszedł do mieszkania bolszewika i strzelił celnie do zbyt praktycznie patrzącej na życie panny i przerażonego żydziaka. Świadkiem tego morderstwa był jeden tylko człowiek, który na odgłos strzałów wypadł z sąsiedniego pokoju, ale ukrył się natychmiast... Ścigał on potem mego przyjaciela, aż ten dał nura, wstąpiwszy na ochotnika do pułku cudzoziemskiego, i zniknął. Bitwy, jak słyszałem potem, otrzeźwiły go znakomicie i zaleczyły blizny jego głupiego serca... Późno już, a tymczasem mam jeszcze coś do załatwienia na mieście...
Poczuł dreszcze i skurcz mięśni w szczękach, gdy mówił:
— Muszę już pożegnać panie i pana, doktorze, i — uciekać! Dziękuję za uprzejme i zaszczytne dla mnie zaproszenie dzisiejsze!
— To i ja ruszę razem z panem — powiedział von Plen i zaczął prostować swoje długie, kościste ciało.
Wyszli razem. Idąc już ulicą, Wagin zapytał lekarza:
— Czy pan dobrze zna odcinek Fu-Tien-Koo za jaomyniem? Chodzi mi o to, aby dostać się do „Gospody 4-ch stron świata“ nie od strony ulicy, ale z jakiegokolwiek bądź innego miejsca — choćby z powietrza lub spod ziemi!
Von Plen wcale się nie zdziwił, bo odpowiedział najspokojniej w świecie:
— Ależ to moja domena! Znam tam każdą dziurę i norę. Wprowadzę pana od pogorzeliska składów wojskowych. Musimy jednak skręcić w ten ciemny zaułek. Nie obawia się pan zapuścić do takiego kretowiska, bo niezawsze to bywa bezpieczne?...
Wagin zamiast odpowiedzi skrzywił usta pogardliwie. Weszli w wąski, pełen załamań i nagłych skrętów zaułek, biegnący pomiędzy glinianemi murami. Panował tu zmrok, a kroki idących ludzi budziły echa. Na skrzyżowaniu z inną uliczką, tonącą w błocie, stał mały domek. Na werandce przed nim paliły się dwie duże czerwone latarnie papierowe; odbicie ich majaczyło na powierzchni dużej kałuży.
Wagin, dotknąwszy ramienia Plena, oczami wskazał na dom, skąd dobiegały ochrypłe zawodzenia skrzypiec i również ochrypły śpiew kobiety.
— Dom pod czerwoną latarnią wszędzie, bodaj, ma to samo znaczenie — mruknął doktór.
— Ach — tak! — kiwnął głową Sergjusz i nagle drgnął, ze wstrętem cofając się o krok.
Czyjaś zimna, lepka ręka dotknęła jego dłoni, a potem wczepiła mu się w rękaw płaszcza. Wytężył wzrok i przyjrzał się ciemnej, drobnej postaci, człapiącej obok niego po gęstem błocie. Mała Chinka — stara czy młoda — tego nie można było rozpoznać pod grubą warstwą bielidła i różu — w jakimś fantastycznym czepku ze srebrnych kwiatów i dzwoneczków dreptała przy nim, uśmiechając się i mizdrząc zawodowo. Coś mówiła do niego, o coś, niezawodnie, pytała. Wagin nie mógł zrozumieć ani słowa z jej ptasiego, piszczącego szczebiotu, ale wkońcu do świadomości jego poczęły docierać pojedyncze wyrazy angielskie. To go zastanowiło, więc zatrzymał się i spytał:
— Czego chcesz ode mnie?
Chińska „kurtyzana“, szczebiocząc i łasząc się, mówiła już wyraźniej:
— Dżentelmen, biały dżentelmen — bogaty i hojny — przyjdzie do „gniazdka śpiewających ptasząt miłości“... Mam tam pewną rosyjską miss... prawdziwą księżniczkę... ona dżentelmenowi...
Padło kilka ohydnych, wyuzdanych wyrażeń, ale Wagin strząsnął ze swego ramienia czepną dłoń kobiety, poczuwszy do niej nagle nieprzezwyciężony wstręt i ni to nienawiść. Długo szedł w milczeniu obok Plena, który sapał ciężko i porywczo.
— Zmęczył się doktór? — zagadnął go Sergjusz.
— Nie! — zaprzeczył lekarz. — Przyszedł czas, abym wypalił fajkę opjum — ów „dym siedmiu marzeń i siedmiu snów“. Dawno nie paliłem, więc czuję się słaby i zgnębiony.
— Słyszałeś, doktorze? Rosyjska dziewczyna z dobrej rodziny w tym barłogu? To — straszniejsze od wszystkiego, co można sobie wyobrazić!
Von Plen machnął ręką obojętnie i słabym głosem odpowiedział:
— Gdzie ich tylko teraz niema?! Mężczyźni wszystkich barw i ras próbowali miłosnych uciech z pańskieni rodaczkami. Pełno ich w lupanarach szanchajskich na Creek‘u i w Kantonie na „galerach miłości“. Na międzynarodowej giełdzie kobiecego ciała „białe niewolnice“ — Rosjanki stały się najtańszym towarem; w zakazanych dzielnicach w Fezie, Trypolisie, Marakeszu, Mzabie, Timbuktu, po wszystkich spelunkach portowych całego świata posłyszeć można smętne romanse cygańskie, śpiewane przez rodaczki pana — najdostępniejsze, najbardziej bezprawne i bezbronne prostytutki. Pewien marynarz holenderski, który za każdym rejsem zagląda do palarni opjum, gdzie urzęduję i cicho dogorywam, opowiadał mi, że gdzieś w Adenie, zdaje mi się, czy też Surinamie jakiś bogaty przemytnik, schlawszy się rumem, koniecznie chciał kogoś uśmiercić... Przyprowadzono mu wtedy Rosjankę z pobliskiego domu publicznego no i...
— Co się dalej stało? — spytał niecierpliwie Wagin, widząc, że Plen nie ma zamiaru czy sił dokończyć swego opowiadania.
— No — i dźgnął ją nożem marynarskim pod serce... — syknął Plen. — Udało się jej, na szczęście, dostać śmiertelny cios, bo w przeciwnym razie djabeł jeden wie, coby się z nią potem działo!
Zapanowało milczenie. Pod nogami soczyście cmokało lepkie błoto. W mroku od czasu do czasu przesuwali się i ocierali o nich jacyś przechodnie. Nagle Wagin zastąpił drogę doktorowi i spytał:
— Czy Roman umrze?
Plen, śpiesząc się i głośno sapiąc, odparł:
— Chłopak umiera... Zrobiłem tak, że będzie ciągle spał... skona bez agonji, we śnie... To było jedyne, co w tym stanie choroby mogłem dla niego uczynić...
Już nic nie mówiąc do siebie, szli krętym zaułkiem, aż wkońcu wyszli na pusty placyk. Sterczały na nim okopcone kominy i resztki ścian jakichś spalonych budynków.
— No, już jesteśmy u celu — mruknął Plen. — W tamtym murze znajdzie pan wyłom i dostanie się na dziedziniec „Gospody“. Dobranoc! Muszę się śpieszyć, bo słabnę coraz bardziej. Stanowczo za długą miałem przerwę. Muszę palić co dwie godziny, inaczej serce zaczyna mi się buntować, ale... ale... jedną chwilkę... jeszcze małe pytanie... niedyskretne; zresztą może mi pan nie odpowiadać... Dla kogo to i w jakim celu mówił pan u Somowych o sobie... i o tem zamordowaniu jakiejś tam panny, co z taką łatwością zamieniła naiwnego i zakochanego w niej inteligentnego młodzieńca na żydowina — komunistę i komisarza?... Czy wiedziała ona dlaczego ów błyskotliwy niegdyś młodzieniec klepał biedę w małej mieścinie francuskiej? Był pan dziś wspaniały z tym swoim spokojem olimpijskim i epickim tonem obrony Rasputina i cesarzowej! Podziwiałem pana szczerze... Sergjusz Wagin, broniący cesarzowej — to coś niewiarogodnego! Niech mi pan wierzy i zapamięta moje słowa. Daleko pan jeszcze zajdzie...
Wagin słuchał go w roztargnieniu i nic nie mówił.
Uścisnęli sobie dłonie i rozstali się. Wysoka sylwetka von Plena w okamgnieniu znikła w mroku. Dobiegało tylko człapanie błota pod jego stopami. Sergjusz ruszył ku „Gospodzie“.



ROZDZIAŁ VII.
KTÓŻ ODGADNIE DUSZĘ LUDZKĄ?

Doktór Oskar von Plen, wzdychając i z wysiłkiem chwytając powietrze suchemi ustami, dobrze sobie znanym labiryntem dążył ku Fu-Tien-Koo. Cała sieć krzyżujących się i biegnących w różnych kierunkach uliczek, zaułeczków, jakichś krzywych, załamujących się ostro szczelin wśród glinianych, osypujących się ścian, nisko zwisających okapów i strzech trzcinowych, była mu znana dokładnie. Szedł szybko, omijając większe kałuże, głębokie wyboje i wrośnięte w ziemię kamienie. Z poza nagłych załamań murów i rogów ślepych uliczek wynurzyły się przed nim dwa razy jakieś ciemne, pochylone postacie, lecz, przyjrzawszy mu się, cofnęły się, mrucząc coś do siebie.
Wyszedł wreszcie na ulicę. Rzadkie naftowe latarnie rzucały na wyboistą jezdnię, czarne kałuże i wąskie, garbate chodniki żółte plamy skąpego światła. Tam i sam stały gromadki Chińczyków, rozmawiających półgłosem. Przyciskając się do ścian domów i płotów, gdzie biegła nieco suchsza ścieżka, przesuwały się, niby się skradając i czając, ciemne sylwetki przechodniów. Środkiem ulicy, chrapiąc i kręcąc głowami, szły wielbłądy, smagane porywczym wiatrem zimowym. Poganiacz-Mongoł, w szerokim kożuchu baranim i uszatej czapie, pędził zwierzęta z wodopoju i, klnąc przeraźliwym głosem, walił je po nogach bambusowym kijem.
Von Plen, szczelnie otulając się w długi, watowany płaszcz chiński, szedł chodnikiem, tupiąc miękkiemi pantoflami na grubych podeszwach filcowych, aby strząsnąć przylepione do nich grudki, żółtego, lepkiego błota. Przez szpary okiennic przenikały smugi światła z wnętrz domów i ciągnęły się przez chodnik. Nad całem tem zbiorowiskiem siedzib ludzkich płynęła niemilknąca fala dźwięków. Był to najbiedniejszy odcinek dzielnicy Czapei. Obok męki, nędzy i rozpaczy gnieździły się ich zdradliwe koicielki i opiekunki — nałóg, rozpusta i zbrodnia. W kłębowisku trzystu tysięcy istot ludzkich, wtłoczonych tu, ani jedna nie czuła się spokojną o jutro i szczęśliwą choćby radością sytości. Wiedział o tem doktór Plen i z uczuciem niepoddającem się łatwo ścisłemu określeniu, a które, zdawało się, przekształciło się w jakąś dręczącą go chciwość, wchłaniał dźwięki rozmaite. Rozróżniał w pogwarze Czapei tysiące składających je głosów, okrzyków, jęków, łkań, rzężeń i przekleństw. Wydało mu się nawet, że pochwytuje cichy szmer ostatniego w życiu westchnienia i do westchnienia podobny szelest zrozpaczonej, ponurej duszy, opuszczającej znękane i zbiedzone ciało. Wyprostował się nagle, podniósł głowę i, stanąwszy w miejscu, jął się wpatrywać w ciemność, wiszącą ponad czarnemi zarysami dachów i kominów, sterczącemi tam i sam masztami, na których pod smaganiem wiatru miotały się wściekle flagi reklamowe, skrzypiały i łomotały o słupy wiszące szyldy kupców.
Zdawało się, że w tem napięciu wzroku i słuchu zapomniał o niepokojącej go słabości z powodu braku nowej dawki trucizny, o zamierającem co chwila sercu, dziwnej, przerażającej pustce wewnętrznej i drżeniu w nogach. Zamienił się nagle w nieznany przyrząd o wrażliwości bezkresnej, w odbiornik napływających zewsząd odgłosów, które były dźwiękowem uosobieniem tych lub innych wrażeń i zjawisk, w jakiś przeczulony transformator, gdzie każdy z tych dźwięków przeistaczał się w rodzącą go realną przyczynę.
— Gehenna życia... — warknął nagle. — I o nią to tyle zużyto woli, zabiegów, walki i tęsknoty!
Poruszył wargami, żując jakieś przekleństwo, i powlókł się dalej, zgnębiony i jeszcze bardziej osłabiony.
— Jedno pociągnięcie słodko-gorzkiego dymu opjum, jedno tylko pociągnięcie! — wybijała takt namiętnego żądania tętniąca w skroniach krew.
Niczego już nie pragnął poza haustem dymu i chwilą samotnego skupienia. Marzył o jednem narazie zaciągnięciu się — głębokiem, zagłuszającem wszystko, co niezatrute opjum — podnosiło nagle setki głów i syczało, jak zaniepokojone kłębowisko żmij. Wiedział, że po pierwszem już pociągnięciu z fajki odżyje odrazu, zbierze myśli i wolę, ujarzmi to, co nieproszone zbiera mu się w duszy, ilekroć nieopatrznie opuści swój kąt na pryczy w palarni, lub tę izbę o dużem oknie, wychodzącem na podwórze, gdzie właściciel zakładu trucicielskiego hodował irysy, wiecznie zielone drzewka laurowe i tuje. Przypomniał sobie coś, widocznie, bo połykając się na kamieniach i wądołach i słaniając, jak tylko mógł najszybciej, zdążał do domu. Nagle jęknął i zatrzymał się pełen wahania i rozpaczliwej walki ze sobą. Mrużył oczy, poruszał wargami i kurczył palce. Wreszcie zawrócił i skierował się w przeciwną stronę. Ujrzał niebawem długi, piętrowy budynek. Na trzech masztach, ustawionych na chodniku przed frontem jego, z łoskotem uderzały o cienkie słupy miotające się na wichurze czerwone, drewniane deski z czarnemi hieroglifami. Krzyczały one bezczelnie o tem, że w długiej, obszarpanej, oddawna pozbawionej tynku szopie mieści się „Gospoda 4-ch stron świata“ z jadłodajnią, składem, stoiskami dla wielbłądów, mułów i koni, warsztatami, niezbędnemi dla poganiaczy karawan i dostawców towarów z dalekich kresów olbrzymiego państwa, które, chociaż Chińczycy nie słyszeli o tem lub, słysząc, w dumie swej i pogardzie dla obcokrajowców nie wierzyli, kurczyło się szybko i rozpadało tragicznie i beznadziejnie.
Doktór znał gospodę, gdyż nieraz już wzywano go tam, aby zlepiał rozbite podczas bójek łby, wkładał wypadające trzewia w miejsca, przeznaczone dla nich, i zszywał pokrajaną brudnemi nożami skórę dzikich, wściekłych od nieludzkiego wysiłku i znużenia ludzi, obsługujących wielbłądy juczne i ciężkie dwukołowe, skrzypiące arby z towarami. Rzucił więc okiem na ciemny parter, o oknach, zasłoniętych deskami i matami, i oświetlonem piętrze, gdzie tłoczyli się mieszkańcy zajazdu w dusznych izbach, przegrodzonych dwoma rzędami prycz, lecz, nie zatrzymując się i nie zwalniając kroku, szedł dalej. Uważnie rozglądał się wokół i spostrzegł wkrótce niezwykłego w tej dzielnicy przechodnia. Człowiek ten, w ciepłem, kraciastem palcie i miękkim kapeluszu filcowym, nie wynurzając się z cienia, w którym ginęła przeciwległa strona ulicy, chodził, uważnie przyglądając się „Gospodzie“ i ludziom, wchodzącym i wychodzącym z czarnej czeluści naoścież rozwartej bramy. Minąwszy zajazd, Plen przeszedł na drugą stronę, aby zbliska przyjrzeć się nieznajomemu. Mijając go po chwili, spostrzegł jego okrągłe, biegające oczy, wydęte, mokre wargi i mięsisty, krogulczy nos.
— Żyd!... — pomyślał doktór i nieznaczny uśmiech przemknął mu koło ust. — Tak — to jest ten sam, o którym wspominała pani Somowa... Teraz rozumiem, dlaczego Wagin wolał krążyć w sieci zaułków, niż iść zwykłą drogą. Widocznie podejrzewał, że ten Chackeles będzie tu na niego czatował?... W jakąż to jednak grę wdał się ten Wragin? Zuchwały jest i stanowczy — wiem to już z jego opowiadania, ale żeby tak od pierwszych niemal kroków w Szanchaju zaczynać jakieś sztuki tajemne? Czem się to wszystko skończy? Może, jednak, lepiej będzie, jeżeli uprzedzę go?
Chwiejnym krokiem przeciął znów ulicę i, znalazłszy się na dziedzińcu „Gospody“, po skrzypiących schodkach wszedł do jadłodajni, a, nie znalazłszy tu tego, kogo szukał, ruszył w głąb podwórza, przeciskając się pomiędzy zwierzętami pociągowemi i stosami złożonych towarów. Koło studni ujrzał Miczurina. Olbrzym, wyciągnąwszy kubeł zimnej wody, pluskał się w nim, prychając głośno.
— Lejtenancie! Za chwilę ma tu do ciebie przyjść Wagin, powiedz mu...
— On już przyszedł! — parsknął Miczurin. — Czeka na mnie w mojej norze... Muszę jednak otrzeźwieć nieco... Wczoraj miałem ciężką robotę, a potem...
Gwizdnął przeciągle i wykrzyknął z udanym patosem:
— Wino, hazard, kobiety!
— No-no-no! — mitygował go Plen. — Dobrze już, dobrze!... Powiedz natychmiast Waginowi, że jego gość dzisiejszy mocno podejrzanie czai się w pobliżu „Gospody“.
— Dobra — zamelduję! — zamruczał Miczurin, lodowatą wodą zlewając sobie rozczochraną głowę. — Ale cóż to za heca?
— Nie wiem, — odparł doktór. — Zapewne dowiesz się sam wszystkiego od Wagina.
Skinął przyjacielowi ręką i poszedł ku bramie. Mógł teraz, nie zatrzymując się już nigdzie, iść do domu. Siły opuściły go zupełnie. Szedł, opierając się o ściany domów. Dobrnął w końcu. Wdychając chciwie gęste i gorzkie od dymu powietrze palarni, padł na pryczę. Drżącemi rękami zapaliwszy lampkę, rozgrzał nad nią sporą kulkę brunatnej smoły opjumowej, szybko włożył do grubej fajki i pociągnął z niej dwa razy. Długo nie wypuszczał dymu, leżąc na boku i wpatrując się w nikły płomyczek olejnej lampki, drgający w okrągłym kloszyku z grubego szkła. Bladość szybko ustępowała z chudej twarzy doktora, w oczach zapalały się iskierki zadowolenia, na pięknych ustach wykwitał uśmiech rozkoszny.
Po chwili poruszył się żwawo i wstał, szepcąc do siebie żartobliwie:
— Dość na teraz! Dość! Do pracy, doktorze von Plen! Do pracy! Melduję, że pacjenci czekają oddawna!
W korytarzu obmył sobie twarz, zwilżył włosy i, obciągnąwszy kurmę, wszedł do oficyny, gdzie miał swoje „ambulatorjum“ — „muzeum nędzy i zbrodni“, jak je dosadnie określał doktór Oskar von Plen. W małej sieni ujrzał kilka skulonych postaci kobiecych. Na twarzy lekarza pojawił się uśmiech lekko ironiczny, a może — to cichy smutek nadał mu taki wyraz? Stosował go przedewszystkiem do samego siebie i to za każdym razem, gdy wchodził do swojej lecznicy przy palarni. Nie mógł wyzbyć się tej ironji czy smutku, bo nieodzownie przypominał sobie w takiej chwili swój gabinet i klientelę w Rosji. Robił wówczas wspaniałą karjerę, w której dopomagali mu bliżsi i dalsi krewniacy — liczni baroni kurlandzcy, zajmujący stanowiska przy dworze i rządzie. Coprawda, Plen był z nimi związany luźnie, pochodząc z niezamożnej szlachty niemieckiej, oddawna w Kurlandji osiadłej i poświęcającej się wyłącznie wolnym zawodom lekarzy, adwokatów, rejentów i inżynierów. Jednak wszystkie rody Niemców nadbałtyckich były złączone ze sobą tradycją przeszłości i... przyszłości. W dawnych czasach zdobyły one i broniły tej ziemi, walcząc z Moskwą, Litwą i Polską o prawo germanizacji całego kraju; w przyszłości zaś miały uczynić Rosję powolnem narzędziem w zaborczych rękach Berlina i rzucić na jej najżyźniejsze i najbogatsze ziemie fale wojskowych osadników niemieckich, przesiąkniętych światowładczym instynktem „Drang nach Osten“. To też szlachta nadbałtycka trzymała się mocno, nie zrywała pomiędzy sobą więzi i protegowała swoich członków na wszystkich polach.
Młody lekarz — Oskar von Plen, syn skromnego ziemianina z okolic Libawy, po ukończeniu uniwersytetu w Dorpacie i praktyki w Berlinie, za poradą dalekiego, a możnego kuzyna — Roberta Ikskul von Hildebrandta, szambelana dworu cesarskiego, przybył do stolicy i rozpoczął praktykę. Krewniacy i znajomi zrobili mu potężną reklamę, jako asystentowi pewnej znakomitości berlińskiej, a ponieważ pozatem wszystkiem młody lekarz posiadał rzeczywiście nieprzeciętne zdolności i, co miało większe jeszcze znaczenie, umiejętność wyczuwania ludzi i wywierania psychicznego wpływu na pacjentów, — na horyzoncie petresburskim zajaśniała nowa gwiazda — doktór medycyny Oskar von Plen, nadworny lekarz wielkich książąt Leuchtenberskich i Meklemburg-Strelitz. Zasłynął, jako akuszer i neuropatolog, ale wzywano go często i w innych też wypadkach, aby uspokoił pacjenta i dodał mu energji do zwalczenia trawiącej go choroby. W najwyższych sferach towarzystwa petersburskiego żadne konsyljum nie mogło się odbyć bez udziału doktora Plena. Ubiegano się o niego, rozrywano na wszystkie strony. Nużyło to niewymownie młodego lekarza. Z natury skromny i skłonny do kontemplacji, czuł się źle, zmuszany do bezwładnych i bezplanowych czynności i bywania na zebraniach towarzyskich, gdzie go ciągle zapraszano. Wreszcie postanowił zerwać z tak nieodpowiednim dla siebie trybem życia. Narazie zamierzał wyjechać do Wiednia na studja do kliniki chorób nerwowych, gdy nagle nawinęła mu się nieoczekiwana sposobność odbycia znacznie bardziej nęcącej go podróży.
Jeden z admirałów — Niemców kurlandzkich, von Brandt, zaproponował mu zastępstwo pewnego chorego lekarza na krążowniku „Aurora“, który miał odbyć ćwiczebną podróż dookoła świata. Na pokładzie tego okrętu Oskar Plen przybył do Szanchaju, gdzie „Aurora“, doznawszy poważnej awarji, musiała długo stać w doku. Lekarz, korzystając z wolnego czasu, odbył podróż po Chinach i w małem miasteczku Czung-Wang ugrzązł na tak długo, że zapomniał zupełnie o „Aurorze“, która odpłynęła do Nagasaki bez swego lekarza, nie czując zresztą zbyt dotkliwego braku akuszera i neurologa-specjalisty, najmniej potrzebnego dla tęgich marynarzy.
Na usprawiedliwienie roztargnionego Plena należy wspomnieć, że Czung-Wang słynęło z dwóch osobliwości. Po pierwsze — istniało w niem najstraszniejsze w Chinach więzienie, częściowo opisane przez Oktawjusza Mirbeau w jego „Ogrodzie udręczeń“, a istniejące od 2000 lat w swej pierwotnej grozie; po drugie, miasteczko to — ustronne, oddalone od wszystkich „wielkich dróg“, obrali sobie za siedzibę najsławniejsi lekarze, poczynając od Ko-su-huna z przed 1500 lat. Dlaczego właśnie w tak nieodpowiedniej pozornie mieścinie pracowali uczeni lekarze i niektórzy przyrodnicy, przez ogół chiński, dwór i zacofaną naukę oficjalną źle zresztą widziani? Zagadkę tę rozwiązał von Plen, dowiedziawszy się, że uczeni z straszliwego więzienia hojną ręką czerpali martwy, a nawet żywy materjał ludzki dla doświadczeń swoich i badań. W Czung-Wangu od lekarzy chińskich i przybywających z Tybetu i Mongolji uczonych lamów — „turdzy“, europejski lekarz przejął metody diagnozy, sposoby leczenia, szczególnie jednak praktykę hipnotyzera. Tam to zapoznał się Plen z magnetyzmem ludzkim, oddziaływującym nietylko na układ nerwowy, ale jeszcze potężniej na funkcje gruczołów, wydzielających te lub inne hormony, o których wonczas medycyna Zachodu prawie nic jeszcze nie wiedziała, a o czem tybetańscy i chińscy lekarze mówili, jak o rzeczach dawno już zbadanych i sprawdzonych. Plen powracał z Chin do Petersburga na krążowniku „Szmaragd“, gdzie w roku tym służył młody oficer marynarki — Miczurin, powracał zaś w innem zupełnie nastawieniu psychicznem, cały pod wrażeniem nieznanych, utajonych prawd, wykrytych przez dziwnych, milczących ludzi Wschodu, nie szukających sławy, rozgłosu ani majątku. Przejęty nowemi ideami mimo, że krewni i przyjaciele odradzali mu ten krok, Plen poczynił niezbędne starania i przy rozległych stosunkach swoich z łatwością przeniósł się na stałą posadę lekarza do floty, stacjonowanej na Dalekim Wschodzie. Mieszkając we Władywostoku, nawiązał bliskie stosunki z Chińczykami i Koreańczykami, a, poznawszy dobrze ich język, przejął też jednocześnie tak bardzo w tych krajach rozpowszechniony nałóg palenia opjum. Mając jednak siłę woli, palił systematycznie i ostrożnie, uważając codzienną dawkę trucizny za podnietę nerwową. Palił otwarcie, wieczorem, po kolacji, dowodząc, że jest to mniej szkodliwe, niż cygara, koniak, arak i likiery. Doktór Plen był łubiany przez wszystkich, a nawet przez prostych majtków, chociaż ci — straszliwie maltretowani przez ciągle znęcających się nad nimi oficerów — nienawidzili wszystkich na statku. Taki stan rzeczy znalazł swój epilog w krwawym 1917 roku, gdy to załogi okrętów wojennych niemal w pień wycięły lub wyrzuciły za burtę swoich oficerów. Na krążowniku Plena, w owych trwożnych czasach po powrocie spod Salonik stojącym na redzie Kronsztatu, straszną śmiercią zginęli wszyscy — od dowódcy do najmłodszego miczmana. Oszczędzono jedynie lekarza okrętowego, gdyż, jak zawyrokował kolegjalny sąd marynarski, „był on ludzki dla załogi“. Plen stał się mimowoli świadkiem okrutnej rzezi i ponurych aktów zemsty osobistej, co wywarło na nim głębokie wrażenie i spowodowało silny wstrząs nerwowy. Stan jego zdrowia pogorszyły wieści o nowych rzeziach w Libawie, Rewlu, Wyborgu, Odesie i Batumie, gdzie zginęło wielu jego przyjaciół i krewnych. Jedyne ukojenie dawało mu w tym czasie opjum, do którego uciekał się już znacznie częściej. Łagodny, zamyślony, spokojny zawsze doktór nienawidził rewolucji i jej krwawych sprawców. Z uczuciami swemi nie zdradzał się jednak przed nikim i po długiej, opieszale kierowanej przez niedoświadczonych bosmanów podróży, dotarł wreszcie na pokładzie wysłanego na Wschód pancernika do Szanchaju, gdzie okręt zmuszony był stanąć na kotwicy dla naprawy steru, uszkodzonego przez sztorm.
Pod jakimś pozorem wyszedłszy na brzeg, von Plen nie powrócił już więcej na rewolucyjny okręt, a w dzień jego odpłynięcia dawny bosman, podniesiony do godności dowódcy pancernika, otrzymał od doktora list, napisany w obraźliwym i szyderczym tonie, zdzierającym sztuczny urok z nieokrzesanego dowódcy, jego rozpanoszonej i niesfornej załogi — zbuntowanych chamów i niewolników, z proletarjackiej rzeczypospolitej Lenina i z różnych innych „świętości“, wtedy jeszcze świeżych i nietykalnych. List ten doprowadził bosmana-dowódcę do takiej wściekłości, że „towarzysza“, który podał mu ten list, sprał po opasłym pysku lepiej, niż to czynili niegdyś oficerowie cesarskiej marynarki wojennej.
W pierwszych dniach rewolucji październikowej doktór Plen przekazał swoje oszczędności do jednego z banków szanchajskich, więc teraz wynajął mieszkanie w pobliżu hotelu „Astor“, uzyskał prawo praktyki lekarskiej i począł zdobywać sobie klientelę. Wkrótce jednak doszły go wieści hiobowe, że włościanie napadli na dwór jego ojca. Stary Plen i młodszy brat doktora, student prawa — Artur, bronili się jak lwy, pokrywszy podwórze trupami biegnących do szturmu Łotyszów, rozagitowanych przez komunistów. Jednak — cóż mogli znaczyć ci dwaj odważni przeciwko setkom pijanych od krwi i chciwości napastników? Ojciec i syn zginęli więc pod siekierami i kłonicami chłopów okolicznych i robotników portowych; matkę Oskara Plena utopiły w stawie jakieś rozjuszone, wściekłe baby; obie siostry — młode panienki zostały zgwałcone przez dwóch Żydów-agitatorów i oddane na poniewierkę rozbestwionemu tłumowi, który, nasyciwszy się hańbą baronówien, wrzucił je do palącego się już dworu. Wtedy to po raz pierwszy załamał się Oskar von Plen i, z rozpaczy i nienawiści odchodząc od zmysłów, szukał już w opjum nietylko podniety, lecz i całkowitego zapomnienia i ucieczki od rzeczywistości. Była to ucieczka w nicość. Szybko postępujący nałóg i niezwykle silne działanie trujących alkaloidów na organizm pozbawiły go niebawem klienteli. Pieniądze rosyjskie, leżące w banku, straciły wkrótce swoją wartość. Otumaniony ciągle, nieprzytomny Plen znosił do palarni na Fu-Tien-Koo ostatnią swoją majętność i, zapewne, zginąłby w tej spelunce, lub o głodzie i chłodzie błąkałby się po mieście, aż dopóki nie zmarłby gdzieś na ulicy lub na ławce, zakradłszy się z wieczora do parku. Nauczył się już tego od zawodowych żebraków i włóczęgów tubylczych, którzy lubili tego „mauza“ za to, że biegle i pięknie mówił po chińsku, znając kilka narzeczy, umiał palcami wyrywać bolące zęby, a wzrokiem i lekkim dotykiem długich palców uśmierzać tak rozpowszechnione w Chinach bóle głowy, które były nieuniknioną konsekwencją palenia opjum. Z pomocą Plenowi przyszedł jednak najnieoczekiwaniej szczęśliwy dlań wypadek.
Właściciel palarni na Fu-Tien-Koo, kupiwszy u jakichś nieznanych osobników sporą partję opjum, został następnie przez nich napadnięty. W walce dostał cios nożem w bok. Jakiś przechodzeń poznał leżącego w kałuży krwi Chińczyka i zaalarmował jaomyń. Policja, pobierająca stały haracz od zakazanego przedsiębiorstwa, z którego oprócz niej ciągnęli zyski gubernator, radni miasta i sędziowie, przywiozła umierającego, nieprzytomnego Chińczyka do domu. Powstał zgiełk, który obudził śpiącego na pryczy Plena, zatrutego dużą dawką opjum. Oprzytomniawszy, wszedł do mieszkania właściciela i, objaśniwszy, że jest lekarzem, namówił rodzinę, aby oddała chorego pod jego opiekę. Ranny niespodziewanie prędko wyzdrowiał i nie miał słów dla wyrażenia doktorowi swej gorącej wdzięczności. Wreszcie, skombinowawszy, że jego dobroczyńca, z takim zapałem oddający się zgubnemu nałogowi, długo nie pociągnie, — ofiarował mu bezpłatny, dożywotni kąt na pryczy, osiem pełnych porcyj opjum dziennie, pożywienie i ubranie — istotnie chińskie, znoszone już poprzednio przez olbrzyma — opasłego szwagra właściciela palarni. Wkrótce przebiegły i praktyczny Czeng-Si zrozumiał, że zrobił na Plenie świetny interes. Lekarz bowiem umiał w sposób niepojęty doprowadzać do przytomności umierających na paraliż serca klientów palarni i to tak gruntownie, że ci odnajdywali w sobie nawet siły, aby opuścić zakład, ujść kilkadziesiąt kroków i dopiero na ulicy paść bez życia. Zemdlonych Plen cucił radykalnie w ciągu paru minut, a znów tych, którzy wpadali nagle w szał, uspakajał wzrokiem i obezwładniał, poczem dwaj tędzy posługacze bezkarnie mogli już wyrzucić niepożądanego klienta na zbity łeb. Pewnego razu, gdy na sofie w znajdującej się w drugiej połowie domu „luksusowej“ izbie niespodziewanie zakończył życie znany na Nanking-Road Włoch, eksporter herbaty, a rodzina energicznie upomniała się o niego, nasławszy na palarnię i jej właściciela angielską policję i sędziego śledczego, Plen przewidział tę możliwość i uprzedził o tem swego przyjaciela. Ten w ciągu kilku godzin zmienił lokal w skromny dom zajezdny, z pryczami dla noclegów, doktór zaś z pomocą siarki i chloru wytępił charakterystyczną, wszystkim na Wschodzie znaną, ckliwą, słodko-gorzką woń trującego dymu.
Policja nie znalazła nic podejrzanego w zamaskowanej na poczekaniu palarni, Plen zaś, przedstawiwszy się sędziemu, jako lekarz dyplomowany, dowiódł, że śmierć nastąpiła w sposób naturalny od przewlekłej dusznicy, podczas gdy zmarły kupiec szukał w zajeździe przybyłego podobno z południa plantatora. Czeng-Si został uratowany i najzupełniej usprawiedliwiony, tembardziej, że cały jaomyń przysięgał, iż, jak długa jest Fu-Tien-Koo, — żadnej palarni od cesarskiego jeszcze dekretu przeciwko opjum z r. 1903 nigdy na niej nie wykryto. Eksportera „wyeksportowano“ z lokalu i w dwa dni potem chowano; w kondukcie pogrzebowym zwracał na siebie powszechną uwagę cudzoziemców smutny, poważny Chińczyk w tradycyjnych białych szatach żałobnych. Był to właściciel palarni, w której kupiec włoski wyzionął ducha, wypaliwszy jedną po drugiej trzy porcje trującej smoły makowej.
Później wyjaśniły się inne możliwości eksploatowania Plena. Stało się to wtedy, kiedy zaczęli przychodzić do niego chorzy po poradę i ratunek. Czeng-Si, namyśliwszy się poważnie i wszechstronnie, zaproponował Plenowi założenie małej lecznicy dla przychodnich chorych. Opuszczający się coraz bardziej na dno bezwładu woli Plen uchwycił się tej myśli, jako deski ratunku, spodziewając się, że ulubiona praca, być może, podźwignie go z ostatecznego i uświadomianego wyraźnie upadku, dopomagając mu do wyrwania się z władzy nałogu. Istotnie praca ustaliła narazie pewien ład w jego życiu i nawet uregulowała nabyte już nawyki nałogu. Zaczął palić określone ściśle dawki w surowo przestrzeganych odstępach czasu i nie nadużywał nadmiernych porcyj. Wkrótce jednak powrócił na nowo do dawnego trybu życia. Złożyły się na to dwie przyczyny. Przedewszystkiem bezsenność i szalone bóle głowy, pozbawiające go panowania nad sobą, kiedy poczynał jęczeć, krzyczeć, wić się w męce nieznośnej... Jako lekarz rozumiał, że jest to objaw rozstroju w procesie oddechowym i zwapnienia mózgu, przyśpieszonego i spotęgowanego przez truciznę — zwykły los i pospolity koniec palaczy opjum. Poza tem istniała jeszcze jedna przyczyna, z praktyką lekarską Plena ściśle związana.
Oprócz Chińczyków, przychodzących do lekarza po pomoc w wypadkach reumatyzmu, gruźlicy, febry, chorób skórnych i przedewszystkiem wenerycznych, w poczekalni z osobnem wejściem od strony bocznego, wąskiego zaułka poczęły się przewijać narazie pojedyńcze, a wkrótce po kilka naraz kobiet europejskich — przeważnie Rosjanek. Śpieszyły tu zgnębione i zażenowane w dwu wyłącznie wypadkach. Młode kobiety — dziewczyny i mężatki, dla których na emigracji pozostały tylko trzy drogi: śmierć głodowa, samobójstwo lub wykorzystanie swego młodego i powabnego ciała, uciekały się najczęściej do samobójstwa. Znikały nagle z domu i nie powracały już nigdy. Ginęły w brudnych, zarażonych nurtach Whangpu i jeszcze bardziej zanieczyszczonego kanału, gdzie na wybrzeżach stały wspaniałe rezydencje konsulów, więzienie, świątynia Nieba, szpital i kilkupiętrowe, znane każdemu Europejczykowi, Amerykaninowi i bogatemu Chińczykowi lub Japończykowi pałace „miss Margarett“, „madame Elise“ i innych dostawczyń młodego ciała kobiecego. W obfitości bowiem przepełniało ono to targowisko międzynarodowe, nieuznające żadnej moralności i innego prawa, poza bezwzględną ochroną bezpieczeństwa białej rasy, bronionej przez konsulów, okręty wojenne, zbrojnych kawasów i przekupne władze chińskie, zdeprawowane przez przybyszów. Desperatki rzucały się również często pod koła pociągów, a rozszarpane przez nie, obojętnemi, szklącemi się oczami patrzyły potem na chińskich robotników z przeraźliwym, drapieżnym śmiechem oglądających ich skrwawione, nagie ciała i wykrzykujących ohydne, sprośne słowa. Takich kobiet było najwięcej, ale były też i inne. Po długiem i beznadziejnem głodowaniu, spostrzegłszy, że wiotczeje już im skóra, więdną piersi i biodra, a zmarszczki cienką siatką zasnuwają powieki i skronie, przychodziły do smutnego wniosku, że znika przed niemi ostatnia możliwość ratunku. Wtedy to rozpoczynało się dla nich nowe, nieczyste, wstrętne, po tysiąc razy przeklinane życie. Gdzieś w modnej kawiarni lub na dancingu zawierały znajomość z angielskimi i amerykańskimi clerck‘ami lub kokietowały zblazowanych urzędników konsularnych, a nawet — europeizowanych młodzieńców o żółtych twarzach i skośnych oczach, w nadziei, że „urządzą się“ wreszcie, że potrafią przywiązać do siebie przygodnych kochanków, wzbudzić w nich jakieś głębsze dla siebie uczucie i, niestety, myliły się wszystkie — wszystkie bez wyjątku.
Anglicy i Amerykanie z całą brutalną prawdomównością i lekceważeniem bezbronnej istoty ludzkiej kupowali je sobie na krótszy lub dłuższy czas, nie zadając sobie trudu, a, może, nawet nie umiejąc wniknąć w ich przeżycia i zohydzone przez nielitościwą rzeczywistość zalety serca, duszy i umysłu, gdy zaś mijał czas i ostrość pierwszych uniesień, gdy przytępiało się zmysłowe zainteresowanie, dawali zlecenie jednej z licznych rajfurek na wyszukanie nowej, świeżej „przyjaciółki“. Nie powracali już nigdy do dawnej kochanki i wkrótce przestawali jej poznawać i nawet kłaniać się przy spotkaniu. Bo też i poco? Nie myśleli przecież nigdy o znoszonej rękawiczce, poplamionym krawacie lub o innym przedmiocie codziennego użytku, nabytym niegdyś i wykorzystanym całkowicie. Żółci zaś dżentelmeni wykańczali ostatecznie karjerę częściowo chociażby niezależnej kobiety. Z każdego słowa i ruchu Chińczyków i Japończyków biła zimna pogarda dla tych białych kobiet, dostępnych dla nich, żółtych samców, płacących dolarami i jenami. Zachowywali się też z niemi, jak z niewolnicami, które ich dalecy przodkowie wlekli za sobą po podbojach dalekich, wrogich krajów. Rozmawiali z niemi i postępowali z dziką brutalnością i rozpasaną arogancją. Publicznie całowali je, szczypali boleśnie i targali za włosy, obnażali je znienacka przy drażniącym, chrapliwym śmiechu — zupełnie takim samym, jaki zgrzytał na plancie kolejowym, gdy chińscy robotnicy znajdywali białą kobietę, zabitą przez pociąg, i patrzyli drapieżnie na jej nagie ciało skrwawione i poszarpane.
Związek białej kobiety z żółtym kochankiem stawał się dla niej wyrokiem, pozbawiającym ją na zawsze klienteli angielsko-amerykańsko-francuskiej. Stawała się towarem wyklętym i pogardzanym przez białych konsumentów. Zamykały się przed nią drzwi najwykwintniejszych lokali rozrywkowych. Niedługa już potem bywała karjera kobiet, w ten sposób walczących o życie. Dwa miesiące, najwyżej pół roku, bo gdy już przeszły przez kilka rąk, każdy mężczyzna z własnego doświadczenia lub z opowiadań przyjaciół znał je we wszystkich najtajniejszych szczegółach. Siadywały więc samotnie w kawiarni i na sali drugorzędnych restauracyj nocnych, próżno czekając na amatora i ponuro myśląc o niezapłaconych rachunkach za mieszkanie i stroje. Cóż miały robić te tragiczne biedaczki? Nadchodziła chwila, gdy zadzwoniwszy do pałaców „miss Margarett“, „madame Elise“ lub „mademoiselle Lisette“, stawały się mieszkankami ich „tajnych“ lupanarów, nie wiedząc nawet o tem, że czeka na nie niebawem nieunikniona podróż do Buenos Ayres, Limy i pięknego Rio — do tych central handlu białemi niewolnicami, z jego standartami, taksami i nieubłaganym kodeksem, w krótszym lub dłuższym terminie prowadzącym nieodwołalnie do ohydnych barłogów ostatecznej rozpusty i nędzy po portach całego świata, aż oprzeć się miały w trzcinowych chatach w Somali, Grand Bassamie, czatować na spóźnionych przechodniów w szczelinach potężnych murów Kasby Algieru, Beyrutu i Mulej-Abdallah — pogardzanej i zakazanej dzielnicy Fezu, gdzie jeden mały tylko krok oddzielał ją od śmietnika za miastem.
Takie to pacjentki szukały pomocy lekarskiej u doktora von Plena. Jedne z nich przychodziły z prośbą, aby zwolnił je od ciąży, bo cóż poczną w tym stanie te nędzarki, sprzedające swoje ciało i „miłość“. Przerwa w ich czynnościach zawodowych groziła przecież głodem i śmiercią. Inne nabawiły się wstrętnej choroby wenerycznej; były i takie, które wskutek wyczerpania i kilkakrotnych sztucznych poronień zapadły na gruźlicę lub przewlekłe choroby kobiece. Doktór von Plen zmuszony był wysłuchiwać szczerych i długich spowiedzi pacjentek. Wiało od nich grozą i ostateczną nędzą, która nie miała już nawet sił do rozpaczy i miotań podeptanej duszy, lecz zastygła w zimnej, niezwalczonej niczem nienawiści i bezsilnem pragnieniu zemsty. Plen pomagał wszystkim, rozumiejąc dobrze, że na nic nie zdałyby się jego upomnienia, dobre a nieziszczalne w tych wypadkach rady i słowa czczej pociechy. Robił więc poronienia, leczył lub raczej zaleczał różne choroby, dodawał otuchy, działając na biedne istoty przedewszystkiem swym potęgującym się z dniem każdym wpływem hipnotycznym i zdobywając ich zaufanie darem jasnowidztwa, gdyż wewnętrznym wzrokiem zrozpaczonej i podnieconej trucizną duszy otwierał najgłębsze tajniki kobiet, staczających się coraz niżej i szybciej na dno upadku bez kresu i bez wyjścia.
Pewnego razu, a było to przed rokiem, ujrzał w poczekalni pacjentkę — dziecko prawie, bo miała zaledwie szesnasty rok. Dziwna to była istota! Tak jeszcze młoda, a już zbuntowana do ostatnich granic! Uciekła przed bolszewikami do Szanchaju ze znajomymi, którzy wkrótce zmarli w szpitalu chińskim, zaraziwszy się w drodze tyfusem plamistym. Dziewczynka, pochodząca ze znanej arystokratycznej rodziny, od której oderwała ją burza rewolucyjna, po długiej i beznadziejnej głodówce usłuchała wreszcie rady jakiejś starszej, już doświadczonej osoby i wstąpiła do słynnego w Szanchaju „Pawilonu Nenufarów“. Był to pomysłowo zorganizowany dom rozpusty, dostępny wyłącznie dla najzamożniejszych ludzi z pośród kupców i urzędników chińskich. Przyjmowano tam tylko najmłodsze, białe dziewczyny, a mogły one korzystać z pobytu w „Pawilonie“ wyłącznie do czasu, aż jakiś nabab skośnooki i żółtolicy potrafił zdobyć za zwykle bardzo wysoką sumę „prawo pierwszej nocy“. Klient, płacąc hojnie wygórowane ceny za wstąp, poczęstunek i czas, spędzony w „Pawilonie Nenufarów“, musiał jednak umieć zdobyć obraną przez siebie dziewczynę.
Wiera (tak się nazywała pacjentka Plena) po miesiącu uległa ubiegającemu się o jej wzglądy i miłość bankierowi. Był to bogacz, o którym mówiono, że mógłby wybrukować srebrnemi płytkami drogę z Kałganu do Szanchaju, człowiek trzydziesto-pięcioletni, elegancki, obyty, często bywający w stolicach europejskich, dowcipny i wesoły. Po długich zabiegach i błyskotliwych, a podstępnych obietnicach udało mu się nietylko pozyskać sympatję niedoświadczonej dziewczynki, ale nawet wzbudzić poważniejsze uczucie Wiery, olśnionej wystawnością życia i pochlebionej uwielbieniem adoratora. Po upadku nie ujrzała już więcej nigdy rozkochanego w niej bankiera. Zaspokoiwszy swoją zachciankę, zniknął, by z czasem powrócić do „Pawilonu“ po nowy „nenufar“, gdyby jakiś niezwykle cenny okaz rozkwitnął w tym niecnym zakładzie. Właściciel jego, bardzo delikatnie i bez zatargu wypłaciwszy swej ofierze dwieście dolarów chińskich, pozbył się jej natychmiast. Nie była już bowiem towarem godnym jego przedsiębiorstwa. Wiera, zrozpaczona i zgnębiona, w podświadomem przeczuciu jakiejś klęski zamieszkała sama. W kilka tygodni potem zjawiła się w poczekalni Plena, skulona, nieszczęśliwa i zawstydzona. Jąkając się i płacząc, opowiedziała mu swoje krótkie dzieje i, zasłaniając twarz rękami, błagała lekarza, aby ratował ją, gdyż dzieje się z nią coś strasznego i ohydnego. Doświadczony lekarz, jakim był Oskar von Plen, przyglądając się jej bacznie, domyślał się już, z jakiego rodzaju pacjentką będzie miał do czynienia. Nie pomylił się oczywiście i, gdy po długich namowach pozwoliła się zbadać, przekonał się, że mała, nieszczęśliwa Wiera została zarażona luesem w najgorszej postaci, spotykanej wyłącznie w Chinach i Japonji. Uporczywie borykał się doktór Plen z nieustępliwą chorobą, która z błyskawiczną szybkością niszczyła młody organizm, nieodporny ani na zarazki jej, ani na stosowane w tych wypadkach środki zaradcze. Dziewczyna ginęła, bo rozkład postępował niezwykle gwałtownie. Ratunku dla niej nie było, chyba, gdyby chora mogła gwałtownie zmienić klimat. O tem jednak nie mogło być nawet mowy. Pieniądze Wiery wyczerpywały się, chociaż Plen wymógł na Chińczyku, właścicielu palarni, aby nie żądał od niej zapłaty za leczenie.
Plen, przewidując nieuniknioną katastrofę, zmusił się do wielkiego w jego stanie wysiłku. Udał się pewnego razu do mieszkania Czeng-Si i począł go prosić o pożyczenie mu pieniędzy, potrzebnych na bilet okrętowy dla Wiery. Żądana suma wydała się Chińczykowi zbyt wygórowaną. W jego handlarskiej, kombinatorskiej głowie nie pokrywała się ona możliwością odrobienia jej przez Plena, który wyglądał nędznie i coraz częściej leżał na pryczy z fajką w ustach, pochylony nad lampką i otoczony kłębami ciężkiego dymu. Mógł przecież lada dzień skończyć swoją wędrówkę życiową... Czeng-Si wymówił się złemi interesami i nie dał ani jednego czocha.
Plen nie bawił się w iluzje co do swego chlebodawcy, więc, wbrew swemu zwyczajowi, powlókł się na miasto, aby odwiedzić dawne i nowe pacjentki i wyżebrać od nich ofiary na uratowanie Wiery. Każda coś złożyła na rzecz chorej koleżanki, lecz same z trudem z dnia na dzień przebijały się przez życie, nie miały żadnych oszczędności, więc zebranej przez Plena sumy nie starczyłoby nawet na ćwiartkę biletu. Wtedy lekarz postanowił wzruszyć sumienie bogatych stręczycielek i handlarzy żywym towarem. Znał tę bandę z opowiadań kobiet, leczących się u niego, odwiedził więc wszystkich i nikogo nie pominął. Byli to przeważnie angielscy, wiedeńscy i portugalscy Żydzi i Żydówki, doskonale zakonspirowani niewinnemi przedsiębiorstwami jak salony mód, instituts de heauté, zakłady fryzjerskie, sklepy z artykułami toaletowemi, bronieni eksterytorjalnością obcych poddanych i paragrafami sławetnej umowy „otwartych drzwi“. Właściciele i właścicielki tych przedsiębiorstw, dowiedziawszy się, co skłoniło tego dziwnego człowieka kołatać do ich sumienia, oburzyli się niewymownie i zaskarżyli go w swoich konsulatach o obrazę czci i honoru. Konsulowie wytoczyli bezprawnemu lekarzowi rosyjskiemu sprawę w trybunale szanchajskim. Zawdzięczając jedynie temu, że Plen znał dobrze język chiński i bronił się z całą szczerością i prawdomównością, zasądzony został tylko na dwa tygodnie więzienia. Nie odsiadywał jednak kary, gdyż po niedawnych zaburzeniach antyjapońskich więzienia nabite były aresztowanymi, jak beczki śledziami. Ostatnim aktem wystąpienia Plena w sprawie uratowania życia Wiery było skomplikowane i godne najlepszych detektywów odnalezienie bankiera — winowajcy choroby dziewczyny, chociaż prawdziwe imię jego i nazwisko nie było jej znane. W tej wyprawie bezinteresownie i energicznie pomagał doktorowi Miczurin. Dotarłszy wreszcie do bankiera, zostali wraz z nim w jego gabinecie, przyczem baczny na wszystko i doświadczony lejtenant strategicznym manewrem odciął bankierowi tyły, pozbawiając go możności zrobienia użytku z sygnałów alarmowych. Ani Plen, ani nawet Miczurin nie przewidzieli jednak pewnej okoliczności, a mianowicie konstrukcji wewnętrznej współczesnych gmachów chińskich. Ledwie bowiem oznajmili przerażonemu bankierowi, z czem przyszli do niego, prosząc go o pieniądze na wyjazd zniszczonego przezeń „nenufara“ i, grożąc w przeciwnym razie nieprzyjemnym skandalem, w którego możliwym przebiegu i rozgłosie porywczy i krewki Miczurin mocno przeholował, Chińczyk, uśmiechając się obleśnie i kłaniając się służalczo, zbliżył się do kasy ogniotrwałej, aby natychmiast złożyć na ręce „czcigodnych i litościwych dżentelmenów żądane przez nich pięćset dolarów dla biednej, pięknej miss“, chociaż, jak przysięgał uroczyście, nigdy jej w życiu na oczy nie widział. Stanąwszy przy kasie, wzrokiem zmierzył odległość, dzielącą go od podejrzanych gości, i, nagle pchnąwszy nogą niewidzialne, jedwabną tapetą oklejone drzwiczki, zniknął za niemi.
Posłyszawszy suche klaśnięcie zatrzasku, Plen spojrzał na Miczurina, stojącego z wybałuszonemi oczyma.
— No, bracie, zwiewajmy! — ochłonąwszy ze zdumienia, mruknął lejtenant. — Nie wiem, czy zdążymy, bo zapewne ten skośnooki satyr już alarmuje policję i swoich klerków!
Udało im się jednak godnie i dość spokojnie przedefilować przez ogólną salę banku, poczem, wyszedłszy na ulicę, śmignąć w pierwszą bocznicę i znanemi dobrze Miczurinowi labiryntami łączących się z sobą dziedzińców domów chińskich zniknąć w tłumie, zgromadzonym na jakimś placu, gdzie odbywała się licytacja starych gratów, ubrania i zużytych do ostatniej śruby aut ciężarowych.
Na tem utknęły wszystkie zabiegi Plena, usiłującego uratować życie Wiery. Miczurin, widząc rozpacz przyjaciela, namyślał się długo, aż pewnego dnia zamruczał do niego:
— Jeżeli już wpadłeś w taki beznadziejny sentyment i nie jesteś zdolny do myślenia o czemś innem, mogę uczynić coś dla ciebie, stary romantyku...
Plen podniósł na mówiącego smutne oczy.
— Posłuchaj, eskulapie! Czuję, że jest w tem coś poważnego... Znam tu paczkę wisielców, którzy dawno kuszą mnie i namawiają, aby na Wan-Fo-Liń włamać się do składu skór, bo tak się stało, że jakiś głupi eksporter kazał umieścić tam kasę pancerną... rozumiesz? Coby tam na mój dział przypadło, oddałbym ci i — basta! Przynajmniej wiedziałbym, dlaczego skusili mnie te oczajdusze! Gadaj-że!
Doktór przecząco potrząsnął głową i szepnął:
— Nie chcę... zła to droga...
Miczurin parsknął głośnym śmiechem i klepnął przyjaciela po ramieniu.
— Dziwaku jeden! — powiedział. — To widzę, że wybierasz jeszcze dla nas — złe i dobre drogi?...
— Nie chcę! — powtórzył z uporem Plen.
— E-e, mój drogi! — okurzył się lejtenant. — Jeżeli chcesz uratować swoją pannę, a przebierasz w środkach, to mam dla ciebie jedną tylko radę. Tę dziewuchę tak czy inaczej zgryzie syfilis do ostatniej kostki, — nie oszukuj więc siebie, ani mnie! Zmiana klimatu — powiadasz? Może to przeciągnąć proces konania i — tyle. Ty to wiesz i ja wiem! A więc najlepiej zrobisz, jeżeli skrócisz jej cierpienia i rozpacz... Ot tak — raz, dwa i — requiescat in pace... Pamiętasz, jakeś to uczynił, gdym ci przysłał z „Gospody“ poganiacza Kara-Kurczyna z rozłupanym łbem i wypadającym mózgiem. Przez dwa dni i trzy noce rzęził ten drab i nie chciał rozstać się z tym padołem, gdzie przez całe życie tłukł wielbłądy, a wszy i świerzb drążyły mu skórę. Widząc, że próżno się męczy, uspokoiłeś go na wieki jednym zastrzykiem. Nikt, oprócz mnie, nie spostrzegł tego nawet. Radzę ci po przyjacielsku, dopomóż tej dziewczyninie przenieść się w lepszy świat, a może nawet dostać się do nieba, bo po pierwsze — piekło przeszła za życia, a powtóre...
— Milcz! — syknął Plen, przymykając oczy i boleśnie krzywiąc usta. — To, co mówisz, przeraża mnie...
— Jeżeli tak, to wracaj na swoją pryczę i zachłyśnij się tem wstrętnem kurzywem, sentymentalna tyko! — krzyknął Miczurin i, splunąwszy, odszedł od zgnębionego przyjaciela.
Radę lejtenanta przypomniał sobie doktór nazajutrz, gdy przyszła do niego na zastrzyk trupio blada, chuda i pomarszczona, jak starucha, Wiera, — nikomu już niepotrzebny łachman ludzki. Plen raz jeszcze z wielką starannością zbadał cały organizm pacjentki i nieznacznie zacisnął zęby, aby nie syknąć rozpaczliwie.
— Zrobię pani dziś zastrzyk... — powiedział po długiej chwili jakimś dobitnym, przenikliwym szeptem, — ale musi pani po zabiegu czemprędzej wrócić do domu, wypić szklankę gorącej wody lub herbaty i natychmiast położyć się do łóżka!
— Dobrze! — odpowiedziała obojętnym, syczącym głosem. — Przed domem czeka na mnie dorożka. Jestem dziś tak bardzo osłabiona...
Nie patrząc na chorą, nalał do kieliszka jakiegoś płynu, napełnił nim pompkę i, nie namyślając się już, wbił igłę w udo dziewczyny.
— Pomoże to pani... będzie pani spokojnie i... długo spała... — szepnął. — Tak, bardzo spokojnie... Teraz proszę natychmiast się ubrać i — do domu!... Do domu!
Po jej odejściu, Plen przez dwie godziny chodził pomiędzy pryczami palarni, wpatrzony w białą matę i w snujące się nad nią siwe smugi dymu, opadającego leniwie. Wreszcie zatrzymał się, podniósł głowę, jakgdyby nasłuchując, i zadrżał cały, gdyż wydało mu się, że dobiegł go zdaleka żałosny, nabrzmiały skargą i trwogą jęk.
— Odpuść, Boże, grzechy sługi Twojej udręczonej — Wiery i przyjmij ją w Królestwie Twojem, albowiem, choć grzeszne było to dziecko opuszczone, jednak nie wiedziało, co czyniło! I mnie, Panie, na wysokości, przebacz... przebacz!...
Nie skończył. Zżymając się cały i czując nieznośny dreszcz, skurczem zaciskający mu gardło, stanął przed starym sługą, z obojętną twarzą bożka Szo siedzącym przy piecu. Śmiejąc się zgrzytliwie, krzyknął do niego przeraźliwym falsetem:
— Czy ty wiesz, So-Hai, że życie ludzkie zdmuchnąć można, jak świeczkę?!
Chińczyk wyszczerzył rzadkie, żółte zęby i z sardonicznym uśmiechem na zwiędłej twarzy odburknął:
— Nie krzycz, panie, bo zbudzisz ludzi, co odchodzą w kraj złotych snów. Przyniosę ci fajkę...
— Przynieś! — syknął Plen.
Trzy razy w nocy zapalał lampkę i pykał fajkę, wchłaniając dym opjum, ale nie mógł zmorzyć go sen i nie miały nad nim mocy promienne, kojące majaki. Widział przed sobą cień dawnej Wiery — drobną, przezroczystą, bialutką istotkę, siedzącą na olbrzymiem łożu, gdzie widniała w nieładzie rzucona czarna kupa jakichś zaropionych, cuchnących szmat. Patrzyła na niego i szeptała przenikliwie:
— Odchodzę, ach — odchodzę! Boję się śmiertelnie...
Nazajutrz rano, stanął przed nim strwożony Czeng-Si i szepnął do niego:
— Przychodź prędko, czekają tam na ciebie...
Plen zwlókł się z pryczy. Na werandce przed ambulatorjum zobaczył pacjentkę, mieszkającą w jednym z Wierą domu. Miała zapłakane oczy i trzymała w ręku zmięty rachunek praczki.
— Doktorze! — powiedziała drżącym głosem. — Mała Wiera umarła dziś w nocy. Znalazłam ją rano bez życia w łóżku... W ręku zaciskała ten oto papierek...
Plen wyrwał go z ręki pacjentki i przeczytał ledwie widzialne, słabnącą już ręką skreślone wyrazy:
— Czuję, że odchodzę na zawsze... Boję się śmiertelnie...
Opuścił głowę i przymknął oczy. Długo milczeli oboje. Wreszcie doktór podniósł rozjaśnioną nagłe twarz i załzawionym wzrokiem spojrzał na stojącą przed nim kobietę.
— Ona teraz jest szczęśliwa i wyzwolona! — począł szeptać gorąco. — Bóg nie odtrąci tej duszy umęczonej!... Musimy ją pochować przyzwoicie i nabożeństwo żałobne zamówić... za duszę męczennicy. Wstawi się ona przed Bogiem i Zbawicielem... i za nas grzesznych...
Istotnie koleżanki wszystkie zebrane na wyjazd Wiery pieniądze ofiarowały na jej pogrzeb i nabożeństwo. Pochowano ją na cmentarzu prawosławnym. Na grobie jej stanęła nawet skromna kolumienka z krzyżem złoconym na szczycie. Przez kilka lat na tym grobie widniały świeże zawsze kwiaty, składane przez borykające się jeszcze z życiem kobiety, których dżentelmeni nie poznawali na ulicy i w kawiarni, a które w chwili rozpaczy i rozterki duchowej przychodziły tu i modliły się żarliwie i namiętnie. Być może, że i teraz jeszcze ta lub inna z emigrantek, co przetrwała najgorsze czasy i wywalczyła sobie miejsce w zbiegowisku ludzkiem w Szanchaju, przychodzi czasem na grób małej Wiery, przynosi wiązankę irysów lub wistarij i wzdycha pobożnie za duszę dziecka, zbłąkanego na rozstajnych drogach życia.
Po pogrzebie małej Wiery, Plen załamał się ostatecznie i przez długie tygodnie nie wychodził ze stanu odurzenia. Doprowadziły go do tego wyrzuty sumienia i oskarżenia samego siebie, bo dręczyć go poczęły wątpliwości, czy miał prawo pozbawić życia to w męce konające dziecko. Przed oczami stawała mu dziwnie malutka postać Wiery i, wyciągając rączki, pytała go z surowym uporem:
— Poco? Poco?
Wtedy to pożółkła mu i poszarzała twarz i ręce, głęboko zapadły się jakgdyby zmęczone, pozbawione wyrazu oczy, drżeć poczęły i uginać się nogi, a zsiniałe palce kurczyły mu się raz po raz ni to z bólu wewnętrznego, ni to z rozpaczy. Doszedł do tak groźnego stanu, że Czeng-Si w obawie, że mu umrze w palarni, zmuszony był uciec się do pomocy lekarza chińskiego, który postawił Plenowi pijawki na skroniach i karku, synapizmy na piersiach i grzbiecie, zrobił bolesne masowanie kręgosłupa, puścił krew i przypalił na węglach podeszwy stóp. Zabiegi te poskutkowały. Plen odzyskał przytomność i znalazł w sobie resztki woli, aby przeciwstawić się nałogowi, który, zdawało się, już zawładnął nim całkowicie. Słaniając się, zawlókł się wtedy do ambulatorjum, zaciskając w ręku blaszankę z opjum i mrucząc sobie pod nosem:
— Poczekaj-no, poczekaj... to jeszcze nie koniec!
Przez dwie doby, zrzadka tylko podniecając się paleniem, pracował Plen, wyciągając jakiś znany mu składnik z czarnobrunatnej masy opjumowej. Wreszcie doszedł do celu, bo uśmiechnął się i, przelawszy do buteleczki niewielką ilość przeźroczystego płynu, starannie zakorkował naczynko i owinął w papier. Nie był to bynajmniej wynalazek doktora Plena, który powtórzył tylko doświadczenie Helda, długo przebywającego na Wschodzie. Plen wydobył z opjum, używanego do palenia, wchodzący w skład jego alkaloid — gnoskopinę, która stanowiła odtrutkę na inne jadowite części opjum, będąc jednocześnie najgwałtowniejszą zapewne trucizną pośród innych alkaloidów. Z pomocą tego tak bardzo ryzykownego i niebezpiecznego środka doktór Plen w znacznej mierze zdołał osłabić fatalny wpływ szkodliwego nałogu, rujnującego jego organizm.
Plen, idąc teraz przez werandkę, rzucił okiem na pacjentki. Znał je wszystkie, więc, powitawszy skinieniem głowy, wszedł do małej izdebki, gdzie mieściła się jego pracownia. Z biegiem czasu urządził sobie ambulatorjum, dość dobrze zaopatrzone w instrumenty i środki lecznicze. Miał tam całą aparaturę, niezbędną dla ginekologa, środki dezynfekcyjne, mikroskop i materjał opatrunkowy. W pewnych okresach, gdy udawało mu się owładnąć nałogiem, doktór długie godziny spędzał w swojej pracowni, czytając i robiąc potrzebne mu badania. Okresy te jednak stawały się coraz rzadsze i Plen leczył już konwencjonalnemi metodami, w niektórych tylko wypadkach posługując się hipnozą. Tego wieczora śpieszył się z zabiegami i badaniem chorych, nie zdając sobie sprawy, dlaczego to czyni, dopiero, gdy odeszła ostatnia pacjentka, Plen usiadł w trzcinowym fotelu i wpadł w zadumę, nie spostrzegłszy nawet Czeng-Si, który wślizgnął się do pokoju i zatrzymał się na progu. Dopiero, gdy Chińczyk chrząknął ostrożnie, wtedy dopiero doktór podniósł głowę i zauważył właściciela palarni.
— Ta-je[1], mądry, uczony ta-je, — zamruczał Czeng, — mam do ciebie prośbę! Ta złotowłosa pani o czarnych oczach, co przed chwilą wyszła od ciebie...
— Ach, biedaczka! — westchnął Plen. — Zapadła na gruźlicę... Może uda mi się ją uratować, jeżeli uciuła sobie trochę grosza, aby pojechać na dwa miesiące do Ku-Cho-To...
— Ja dam tej pani pięćdziesiąt „tael“ i list do znajomego kupca w Ku-Cho-To, dostaniesz też ode mnie nowe ubranie dla siebie, ta-je, — mówił proszącym głosem, — ale ty też musisz załatwić mi jeden interes z tą złotowłosą panią...
Plen skrzywił się z niesmakiem i odrazą.
— Panie Czeng, ja w podobne sprawy nie wdaję się nigdy! Zresztą znamy się nie od dziś i wiem, że doskonale dajesz sobie radę z moimi pacjentami. Bogatych Chińczyków zaciągasz do luksusowych pokoików palarni, sprzedajesz im najdroższe opjum — to żółte, suche — w jedwabnych torebkach...
— Tak! To zagraniczny, najwyższy gatunek z Jezdu... — mruknął Czeng-Si. — Najlepszy do łykania!
— Wiem też, — ciągnął Plen, — że stary So-hai przywozi do tych pokoików niektóre z pań, które leczą się u mnie, a tobie, panie Czeng, płacą za to...
Chińczyk poruszył się niespokojnie. Chytre, biegające oczy jego trwożnie szukały na twarzy doktora oznak buntu. Uspokoił się jednak odrazu. O buncie lub jakimkolwiek proteście nie mogło być mowy. Na skamieniałej, zwiędłej twarzy Plena nie drgnął ani jeden mięsień, nieruchome oczy pozostawały bez wyrazu, więc uspokojony już zupełnie Czeng przystąpił do sprawy:
— Złotowłosa pani ma nowego przyjaciela — bogatego przyjaciela — von Tildena. Jest on dyrektorem holenderskiej linji okrętowej, ma biuro w wielkim białym business — building na Bundzie... Młody jeszcze ale na Jawie przywykł już do opjum i uczęszcza do palarni Liang-Cze... ale ten nicpoń nie może dać białemu dżentelmenowi ani rzetelnego towaru, ani komfortu i dyskrecji... Niech więc piękna pani namówi von Tildena, aby przeniósł się do mnie...
Plen uśmiechnął się ironicznie.
— Twoja palarnia ma wygląd wstrętnej budy, żaden porządny człowiek nie zechce tu zajrzeć! — powiedział tonem obrzydzenia.
— Od strony zaułka odnowiłem wejście i mur! — zaprotestował Czeng. — Pomów, ta-je, ze złotowłosą...
Doktór potrząsnął głową i wstał.
— Nie! — powiedział stanowczym głosem. — Moja sprawa — leczyć a nie zatruwać ludzi „dymem rozkoszy i snów“, panie Czeng-Si. Pomów sam z moją pacjentką. Przyjdzie tu w środę.
Zaczął się nagle śpieszyć, ponieważ uświadomił sobie wreszcie, co go nurtuje od chwili powrotu do palarni. Wybiegł z ambulatorjum, pozostawiając w niem zaniepokojonego i zdumionego Czenga, szybko nałożył watowaną kurmę i czapkę z nausznikami i wyszedł na ulicę. Wkrótce zbliżał się do „Gospody 4-ch stron świata“. Naprzeciwko, na nieoświetlonym chodniku wciąż jeszcze stał nieznajomy w kraciastym płaszczu i filcowym, nasuniętym na oczy kapeluszu.
— Nie spóźniłem się! To — dobrze! — mruczał Plen, wchodząc do jadłodajni „Gospody“.
Przy stoliku w kącie pod piecem dojrzał Wagina. Doktora uderzyła jego wyprostowana, pełna woli, jakgdyby drapieżna postać. Niebieskie, stalowe w tej chwili oczy patrzyły czujnie i twardo, na ustach błąkał się prawie radosny uśmiech człowieka, który wie, co ma robić i już się nie cofnie.
Plen zbliżył się do niego i usiadł na ławce.
— Prosiłem Miczurina, aby uprzedził pana, że dzisiejszy gość pański... ów Abram, o ile pamiętam... stoi przed domem i na coś czeka...
Sergjusz uśmiechnął się szyderczo i odpowiedział bez zmieszania:
— Zaprosiłem go tu na pogadankę, ale, zapewne, nie odważa się wejść do tak obskurnej dziury...
Plen położył mu rękę na dłoni i, pochyliwszy się, szepnął:
— Przez cały ten czas od herbatki u Somowych majaczą przede mną postacie pana i tego Żyda... Majaczą... bez przerwy...
Zniżył głos i szeptał dalej:
— Wiem, że czasem niema innego wyjścia, jak... usunięcie zawadzającego nam człowieka na zawsze, ale... nie rób tego, nie rób, bo wspomnienie, obleczone w formę zjawy żywej, stawać będzie przed tobą i pytać, pytać w dzień i w nocy: „Poco? Poco?“
Głos drgnął mu i załamał się żałośnie. Wagin obawiał się, że doktór wybuchnie spazmatycznym płaczem. Było mu to nie na rękę, bo lada chwila mógł nadejść towarzysz Abram, — straszna zjawa, prawdziwa zmora, której ohydna, lepka ręka nie pozwalała mu wyzwolić się z rozstawionych wszędzie sideł i wyjść na nową drogę. Marząc o takiej drodze, myślał nieraz, że niechby nawet okazała się bardziej ciężką, byle na niej już nie był zmuszony walczyć, imając się sposobów i środków, przeciwko którym buntowały się zasady, odziedziczone po kulturalnych przodkach, wykształcenie, wychowanie, wreszcie osobiste cechy usposobienia i charakteru.
Postanowił zmieść Chackelesa ze swej drogi, jako jedyną najniebezpieczniejszą zawadę, postanowił i musiał spełnić co zamierzył. Nie czuł się na siłach raz jeszcze przeżyć i przetrwać przerażającego go na samo wspomnienie, strasznego okresu włóczęgi, ucieczki, pościgu i codziennych niemal, narzuconych mu przez surowe wymogi walki czynów zbrodniczych. Zaciskając szczęki i mrużąc zimne oczy, mruknął tedy opryskliwie:
— Zdaje mi się, że nie upoważniłem pana do wtrącania się w moje sprawy i do wypowiadania luźnych zresztą i obrażających domysłów co do moich zamierzeń? Pan doktór wybaczy, ale w tej chwili nie mogę o tych kwestjach rozmawiać z panem...
Powiedziawszy to, powstał. Uścisnąwszy rozpaloną, spoconą dłoń Plena, zlekka potrącił go ku wyjściu i patrzał na jego pochyloną kościstą postać, chwiejnym krokiem sunącą przez zaśmieconą izbę jadłodajni, gdzie już rozsiedli się przy stołach rośli, barczyści Mongołowie z nad Dołon-Noru, dopiero co przybyli do Szanchaju z karawaną wełny i surowych skór. Plen minął się w drzwiach z wchodzącym Chackelesem, lecz, zmieszany, ogarnięty niepojętym strachem i zgnębieniem, nie spostrzegł go. Wagin siedział już na dawnem miejscu, wyprostowany i zdumiewająco spokojny.



ROZDZIAŁ  VIII.
OKO ZA OKO, ZĄB ZA ZĄB...

Odnalazłszy przed godziną Miczurina w jego legowisku w „Gospodzie 4-ch stron świata“, Sergjusz Wagin przeprowadził z nim krótką naradę. Pijany jak zawsze lejtenant w okamgnieniu otrzeźwiał i okazał się człowiekiem bystrym i szybko się orjentującym. Rozmowa tych dwóch prawie nieznanych sobie ludzi trwała kilka minut zaledwie i zakończona została następującem powiedzeniem Wagina:
— Nie wątpię, że znajdzie pan przy szpiegu znaczną sumę pieniędzy. Należy ona wyłącznie do pana, lejtenancie, bo ja do niej nie zgłaszam żadnych pretensyj.
— Bardzo szlachetne ustosunkowanie się do sprawy! — pochwalił go ironicznie nieco Miczurin. — Biegnę zatem i naprędce wyreżyseruję swoją trupę... Odegramy ją w stylu „comedia dell arte“ — trochę makabrycznie, trochę na wesoło... Będzie pan czekał na epilog, czy też zadowolni się samym prologiem?
— Owszem, ciekaw jestem całej sztuki aż do... spuszczenia zasłony, — dziwnym jakimś tonem odpowiedział Sergjusz.
Pozostał sam i całą godzinę jeszcze czekał na gościa. Przez ten czas przeżył raz jeszcze kilka lat ostatnich i w miarę tego, jak myśl jego dążyła od etapu do etapu jego dziejów, twarz mu starzała, głębokie bruzdy żłobiły sobie koryta koło ust i na czole, a oczy gasły i otwierały się szeroko, zapatrzone w dręczące wizje niedawnej przeszłości. Jakiś chaos kotłował się w mętnej, zimnej mgle, a z niej wyzierały czyjeś twarze blade i oczy pełne śmiertelnego przerażenia. Wagin poznawał każdą twarz, każdą parę oczu i szeptał bezdźwięcznie:
— I ta, i ten, i ten, i — ta...
Długa to była i męcząca litanja, a może spowiedź przed samym sobą i bolesna próba usprawiedliwienia jakichś czynów — niezgodnych z sumieniem lub przekonaniem, aż wkońcu otrząsnął się z ciężkiego, obezwładniającego go nastroju, pomyślawszy z rozpaczliwą rezygnacją:
— Dla człowieka najwyższem prawem jest własne życie!... Może więc walczyć, aby nie stratowano go i nie zniszczono... Co tam długo rozwodzić się nad tem, co już minęło?!... Ale właśnie, że nie minęło, bo oto znowu muszę zmierzyć się z najniebezpieczniejszym i ciągle czyhającym na mnie wrogiem!
W tej samej chwili ujrzał tego, do którego, jak pływająca na zatłuszczonej powierzchni wody stalowa igła do magnesu, niepowstrzymanie dążyła jego myśl, zatruta lękiem, ale pełna już zrywającego się buntu. W spojrzenie swoje włożył natychmiast całą nienawiść i wolę wykonania zamiaru, śledząc czujnie każdy ruch Chackelesa. Trzymając rękę w kieszeni płaszcza, zaciskał rękojeść browninga. Jednocześnie instynkt ściganego człowieka zmusił Wagina po raz ostatni rozejrzeć się po terenie możliwych wypadków. Na prawo, o kilka kroków od zajętego przezeń stolika, ciągnęła się długa, na czerwono pomalowana lada. Widniały tam stosy białych, niby ucięte głowy niemowląt, okrągłych chlebów — „mento“ i innych długich i splecionych w warkocze, prażonych w oleju bobowym — „ko-sa“. Gliniane garnki z chińskiemi aromatycznemi piklami; woniejące czosnkiem, pieprzem i drażniącą nozdrza pietruszką połcie słoniny; zwoje kiełbas — szarych, okrytych już plamami pleśni — i porcelanowe misy z jadłem. Na samym końcu łady stał dziwny przyrząd — rodzaj samowara, a jednocześnie piecyka do podtrzymywania w gorącym stanie jakichś „plate du jour“. Bufetowy — wysoki, chudy Chińczyk w brudnej, białej kurcie, co chwila drapiąc się w ostrzyżoną na jeża głowę, spoglądał obojętnem okiem na gości.
Mongołowie, sapiąc i zgrzytając zębami, z chrzęstem pożerali baraninę, dlugiemi nożami odcinając zręcznie duże kawały tłustego mięsa i trzonkiem rozbijając kości, z hałasem wysysali szpik, starannie oblizując palce lub ocierając je o poły straszliwie brudnych jedwabnych chałatów. Trzech Chińczyków, drobnych przekupniów ulicznych zapewne, gdyż pod stołem leżały ich toboły — poręczne do noszenia na ramieniu, sprzeczało się głośno, popijając herbatę z małych miseczek i zagryzając każdy łyk przyniesionem ze sobą ciastem. Dwie prostytutki zajęły ławkę w pobliżu drzwi. Siedziały zapewne na swojej zwykłej placówce, milczące, sztywne, jak jaskrawo pomalowane lalki drewniane, w pstrych, krzyczących zielono-koralowych kurmach i niebieskich szarawarach, zwężonych koło drobnych stóp, obutych w czarne, haftowane pantofelki o białych podeszwach. Sługa — kulawy Chińczyk z zabawnie poskręcaną, rzadką, kozią bródką, stał, oparty o ścianę i bezmyślnie przyglądał się kobietom. Nie zwracały na niego żadnej uwagi. Ich czarne, nieruchome źrenice wpatrywały się chciwie i pogardliwie zarazem w rosłe, barczyste postacie Mongołów, łapczywie zaspakających wilczy głód i nic poza stosem mięsiwa nie widzących dokoła. One jednak czekały cierpliwie. Już zapewne dowiedziały się zawczasu lub może zawodowa spostrzegawczość przekonała je, że nie są to zwykli poganiacze wielbłądów, lecz pasterze lub nawet książęta stepowi — ludzie majętni i spragnieni rozrywek wielkiego miasta, do którego przybywali z pogranicza wielkiej pustyni raz na kilka lub nawet kilkanaście lat. Po pewnym czasie — jeden z Mongołów odsunął się z hałasem od stołu, otarł nóż o połę czerwonego chałatu i, głośno cmokając, rozejrzał się po izbie. Po chwili utkwił bystre oczy jeźdźca i pasterza stepowego w barwnych postaciach prostytutek, a koło uszu poruszyły mu się natychmiast guzy potężnych mięśni. Po chwili wstał i podszedł do kobiet. Oparłszy łokcie na ich stoliku, przyglądał im się zbliska. Wreszcie szybkim i silnym ruchem odsunął, a raczej odrzucił jedną z dziewczyn i usiadł na jej miejscu, śmiejąc się chrapliwie. Wagin nie patrzał już na niego i przypomniał go sobie dopiero wtedy, gdy olbrzymi Mongoł niósł dziewczynę przez jadłodajnię, odprowadzany charczącemi okrzykami i śmiechem ubawionych towarzyszy.
W tej chwili przed stolikiem Sergjusza stanął oddawna oczekiwany gość.
— Ależ wybraliście wspaniałą... restaurację! — syknął stary szpieg i zaśmiał się cienko i obleśnie.
— Siadaj! — wbijając surowy wzrok w okrągłe oczy Chackelesa, odpowiedział Wagin. — Tu przynajmniej nikt nas nie wyśledzi...
Obejrzawszy się na sługę, rzucił mu jedno słowo:
— „Caj“[2]... — i podniósł nad głową dwa palce.
Chińczyk pokulał do kuchni i po chwili już stawiał przed gośćmi tacę lakową z dużemi i małemi imbryczkami, dwiema miseczkami porcelanowemi i talerzykiem, na którym leżało — kilka zlepionych kawałków brunatnego cukru trzcinowego i garść suszonych daktylów.
— Czego ty wreszcie i tu chcesz ode mnie? — z pozornym spokojem, nalewając sobie herbaty, spytał Sergjusz, gdy sługa powrócił na swoje miejsce.
Towarzysz Abram, zdawało się, nie zdziwił się wcale brutalnemu tonowi Wagina i tylko w ptasich oczach jego miotać się poczęły zmienne ogniki strachu, szyderstwa i nienawiści.
— Swoją ucieczką odebrałeś mi możność istnienia tam, w Rosji, — szepnął po chwili. — Mnie — dawnego szpiega i prowokatora carskiej policji politycznej — nie stracono narazie tylko dlatego, że przysiągłem bolszewikom oddać w ich ręce Sergjusza Wagina — żywego lub martwego — mordercę towarzysza Marka Chaciejewa...
Wagin wpatrywał się w biegające oczy swego wroga i krzywił usta, niby gotując dla niego druzgocącą i obelżywą odpowiedź. Opanował się jednak i przemówił spokojnie, akcentując każde słowo.
W tym momencie tak ważnym i stanowczym, w momencie, który miał się zakończyć czynem, wzbudzającym w duszy Wagina wstręt i gorący, choć bezsilny, protest, gdyż czuł się jak człowiek porwany przez lawinę, bezbronny wobec jej potęgi i pokorny — w tym momencie, rozstrzygającym wszystko na zawsze, chciał być szczerym i zrozumianym dokładnie. Nie myślał o tem, że coś się może odmienić i odwrócić grozę sytuacji, pragnął raczej znaleźć usprawiedliwienie i uprawomocnienie dla swych dalszych postępków. Patrząc śmiało w oczy wroga, w każdy wyraz włożył całą prawdę tak, jakgdyby wygłaszał ostatnie swoje słowo na sądzie, po ogłoszonym już na siebie wyroku śmierci, oddawna przeżytym i złowrogo obojętnym już dla skazańca.
— To prawda! Zabiłem! Zabiłem Chaciejewa, bo zabrał mi i zohydził moje szczęście. Tak myślałem wonczas, choć teraz nie uczyniłbym może tego, gdyż to nie on był winien... Ta dziewczyna poszłaby za każdym, aby tylko żyć spokojnie i w dostatku. Miała ona tak małe serce, że tylko dla troski o siebie znalazła w niem miejsce... Dawne to dzieje, dawne wzruszenia i — fałszywe, zupełnie niepotrzebne kroki!
Umilkł i natychmiast uświadomił sobie, że wspomnienie tych przebrzmiałych już wypadków, które wstrząsnęły całą jego istotą i stały się źródłem przerażająco męczeńskiego życia, nie sprawiło mu bólu. Po chwili wyraz zdumienia zjawił mu się w oczach. Zrozumiał, że, wypowiedziawszy prawdziwy stosunek swój do dokonanej niegdyś zbrodni i szczery pogląd na jej istotę (nachmurzył czoło i dodał w duchu: pierwszej zbrodni“!), niby nie odczuwał już zaciętej nienawiści do szpiega i pragnął, aby ten nawet zapytał go o coś, zażądał wyjaśnień i wszystkich szczegółów morderstwa.
Spokojnie popatrzył w okrągłe, zaczerwienione oczy Abrama i przeraził się nagle, spostrzegłszy w nich łzy, przez które, niby z dna odmętu, błysnęło coś, ni to rozpacz, ni to wściekłość. Szpieg zaciskał szczęki i kurczył palce, jakgdyby chciał rzucić się na wroga i — nie śmiał. Milczenie trwało długo.
— Więc cóż mi... masz do zaproponowania? — zapytał wreszcie Sergjusz, nerwowym ruchem zapalając papierosa i kładąc na tackę paczkę „Chienmen“’ów.
Towarzysz Abram oparł się łokciami o stół i, wpatrując się w bladą twarz Wagina, syczącym szeptem jął wyrzucać zdanie po zdaniu:
— Z jaką to zdumiewającą łatwością i szatańskim spokojem przeszedłeś do porządku nad tą sprawą! Cha-cha-cha! Żałujesz, zdaje się, nawet szczerze swego „fałszywego kroku“ i zapomniałeś już o zamordowanym przez siebie człowieku? Może także i mnie żałujesz, — mnie, którego dwa razy przedziurawiłeś kulami? Mów-że mów, czy żałujesz mnie?!
W głosie szpiega drgnęły nuty namiętnego rozkazu. Sergjusz zmrużył oczy i potrząsnął głową.
— Ciebie nie żałuję, boś zmusił mnie zatracić samego siebie i w piekło zamienił moje życie! Nienawidzę ciebie, gdyż przez ciebie popełniłem czyny nikczemne i żyłem w nieprzerwanym strachu... przed tobą!... Stałeś się dla mnie widziadłem śmierci! Odetchnąłem spokojniej dopiero tu, choć nie wiem jeszcze, co się ze mną stanie? Ale ty znów odnalazłeś mnie i, nawet wiedząc, że tu zaszkodzić mi już nie możesz, zamierzasz...
Wagin umilkł nagle, gdyż stary Żyd zaczął chichotać cicho, trzęsąc się cały i kurcząc krótkie palce o ogryzionych paznogciach.
— To — dobrze! Doskonale! I ja tak myślałem!... Myślałem, że dopóki starczy mi życia, nie przestanę ścigać ciebie, Sergjuszu Wagin, nigdzie nie dam ci zaznać spokoju... O, ja potrafię szkodzić ci wszędzie i na udrękę zmienić twoje życie!...
— Milcz, bo łżesz! — uderzając pięścią w stół szepnął Wagin i podniósł głowę.
Przez izbę przechodził właśnie Miczurin. Miał na sobie kożuch i chińską czapkę futrzaną. Obok niego szedł wysoki, zwinny Chińczyk, o śniadej, śmiałej twarzy. Cienki nos i duże, ciemne oczy zdradzały południowca — Kantończyka, może, lub mieszkańca Junnaniu, pogranicznego z Tonkinem. Obaj przelotnie tylko spojrzeli na Wagina i jego towarzysza i, stanąwszy przy ladzie, kazali nalać sobie po czarce ciepłej wódki anyżowej. Szepcąc coś do siebie, nieznacznie przyglądali się łysej głowie i sterczącym uszom nieznajomego człowieka o wydętych mokrych wargach. Szpieg, wbijając wzrok w pociemniałą twarz Wagina, nie spostrzegł ich.
— Nie łżę i spełnię, com przysiągł! — zacharczał nagle. — Żywy czy martwy — będziesz w rękach komisarzy. Ja ci to mówię, bo oko za oko, ząb za ząb... Takie to nasze — izraelskie prawo odwieczne! Oko za oko!...
Sergjusz ze zdumieniem podniósł na niego oczy i stał się w jednej chwili podobny do nagle zbudzonego ze snu ptaka, zrywającego się do lotu. Milczał i czekał jeszcze na coś.
— A widzisz? Coś zaczynasz już podejrzewać? Zabiłeś Marka Chaciejewa i, jak sam się przyznałeś przed chwilą, — zabiłeś napróżno... Powiedziałeś: „fałszywy krok“! Marek zginął przez tę podłą dziewkę!... A czy wiesz, kto był ów Chaciejew? Marek Chaciejew?
Zdławiony głos szpiega zgrzytnął prawdziwym bólem. Nie czekając na odpowńedź, sepleniąc i bryzgając śliną, której białe kulki i nici osiadały i przeciągały się między wilgotnemi wargami, charkotał:
— Myślisz, że obchodziłby mnie jakiś tam czerwony komisarzyna? Że nadstawiałbym swoją skórę za parszywego rewolucjonistę? Zapewne, nieraz zaprzątałeś swój ciasny, chrześcijański mózg myślą, że tak uparcie tropię cię dlatego, aby zasłużyć się nowym władzom, rozpierającym się w Kremlu!... Pluję na nich wszystkich od mongolskiej mordy Lenina aż do ostatniego chamskiego pyska zbuntowanego majtka! Pocóż miałbym powracać do oszalałej Rosji, ja — dawny agent policji, prowokator, który dopomagał sądom tylu rewolucjonistów powiesić lub wysłać na wygnanie? Czyż ja — konfident Azefa, Łopuchina, Kurłowa i Manasewicza potrzebowałbym wyjeżdżać z Paryża do Moskwy, aby powiedzieć tym wszystkim katom: „Macie starego Chackelesa, znęcajcie się nad nim, męczcie zdrajcę rewolucji!“ Nie, nie taki to człowiek ten Abram, postrach głupich rewolucjonistów, szukających bezpieczeństwa zagranicą! A ty, ty tak właśnie myślałeś! Czyż nie tak? Nu?
Wagin, nie spostrzegając coraz zuchwalszego i wyzywającego już tonu Żyda, słuchał go z wzrastającą uwagą. Jakieś domysły poczęły świtać mu w głowie i niepokoić. Zaciskając rewolwer, gdyż w chwili tak silnego podrażnienia mógł spodziewać się nagłego wybuchu i napadu szpiega, wpatrywał się w jego mięsistą, czerwoną twarz i nos krogulczy, starając się nie opuścić ani jednego słowa i żadnej zmiany w głosie czy wyrazie oczu.
Chackeles jednak opamiętał się raptownie i spokojniejszym już głosem ciągnął:
— A jakże! Jestem Żydem, więc mógłbym spokojnie żyć wszędzie, zdala od wszelkich wrogów... Nadarzała mi się nawet doskonała sposobność! Pewien dyrektor kopalni nafty proponował mi wyjazd do Indyj Holenderskich, ale do mego życia wtargnął już pan Wagin, wtargnął jak burza, i od tego czasu wszystko się zmieniło...
— Łżesz znowu! Ja nie wtargnąłem do twego życia! Co za podłe wykręty! Co za bezczelne brednie! — z oburzeniem i wstrętem przerwał mu Sergjusz.
— Ja... Ja się wykręcam?! — Tak — ty wtargnąłeś, Sergjuszu Wagin! — syczącym, rozpaczliwym szeptem smagnął stary Żyd i zbladł straszliwie. — Tyś zdruzgotał moje życie i życie mojej rodziny, bo to ty zabiłeś Marka Chaciejewa!... Tyś go zabił... A przecież był to mój jedyny... syn! Dla wykształcenia tego chłopaka i powodzenia jego uczyniłem wszystko, co było w mocy biednego, bezprawnego Żyda. Nie zawahałem się nawet stać się agentem policyjnym i pogardzanym przez wszystkich prowokatorem, dla niego tylko narażałem codziennie życie swoje! Rozumiesz teraz, ty... ty... morderco?!
Wagin poczuł dreszcz w całem ciele i nieznośny chłód, zakradający mu się do piersi i obezwładniający jego myśl i wolę.
— Marek Chaciejew... Marek Chaciejew... — powtarzał, patrząc osłupiałym wzrokiem na Ahrama.
— Markus Chackeles! — jak echo poprawił go szyderczo i namiętnie szpieg. — Mordercy syna poprzysiągłem zemstę. Oko za oko, ząb za ząb... — rozumiesz?
Wagin długo nie odpowiadał zgnębiony i przytłoczony tem, co posłyszał przed chwilą. Cała jego długa męczeńska epopea nabierała teraz w jego oczach zupełnie innego znaczenia. Z cierpiącego i pokrzywdzonego w jednej chwili przeistoczył się w krzywdziciela i winowajcę wobec znienawidzonego wroga. Instynktowna, gwałtownie się odbywająca praca mózgowa z jakiegoś bezładnego i odpornego tworzywa wydobywała i mozolnie kształtowała szkielet uczuciowego i logicznego wywodu, który mógłby oblec się w żywe ciało nowego postanowienia, planu, lub, być może, zaledwie wyczucia tego, co stało się niegdyś i co zaszło przed chwilą. Z wściekłego zmagania się przebłysków świadomości wyłonił się wreszcie cień zrozumienia, że popełniona niegdyś przez niego zbrodnia zażądała wyroku losu i wymiaru jakiejś absolutnej sprawiedliwości. Wyczuwał w tem tyle przerażającego zgnębienia, że, zapomniawszy o Abramie i nie widząc go prawie przed sobą, zaczął mówić do siebie, z trudem wydobywając głos:
— Rozumiem... Rozumiem... Gdybym zabił wroga mego kraju — komisarza Chaciejewa — byłbym w porządku i nie mógłbym mieć żadnych wyrzutów sumienia... ale ja zabiłem swego osobistego wroga, który nie był nawet winien, gdyż krzywdę wyrządziła mi jedynie kochana przeze mnie kobieta...
— Dziewka! — wypluł pogardliwe słowo Abram.
Głos jego zmusił Wagina oprzytomnieć i zebrać myśli. Milczeli obaj, wpatrując się w siebie, jakgdyby po raz pierwszy spotkali się oko w oko. Wagin zrozumiał nagle, co powodowało szpiegiem w jego uporczywym, obłędnym częstokroć pościgu, tak śmiałym, a nawet nieraz bohaterskim, że nigdy o to nie mógłby posądzić Żyda, człowieka o przebieglej i tchórzliwej zwykle psychice. Teraz wszystko stało mu się jasne. Walczył z nim ojciec zabitego, walczył na życie czy śmierć, zapominając o własnem niebezpieczeństwie, porwany obłędnem pragnieniem ujrzenia męczarni swego wroga, zrozpaczony człowiek, przed którym zgasł nagle cel życia i ciężkich ofiar. Wagin przypomniał sobie raptem czytaną w dzieciństwie powiastkę o jakimś drobnym ptaszku, broniącym piskląt przed żmiją. Potrząsnął głową i powtórzył raz jeszcze:
— Rozumiem...
Przejrzał całą prawdę do dna i tak bardzo się jej przeraził, iż zapomniał o wszystkiem, czem żył, chociaż była to nieprzerwana udręka.
Z dniem każdym coraz bardziej utrwalało się w nim przekonanie, że nie wytrzyma dłużej niepewności i ciągłego oczekiwania tragicznej i ostatecznej rozgrywki z ciążącą nad nim zmorą. Wiedział, że, gdyby go zmuszono rozpocząć dawne życie, zatrute zwierzęcym strachem i zwierzęcą drapieżnością obronną, nie znalazłby już w sobie sił, aby trzymać na wodzy wolę, rozsądek i zmysły, a tymczasem, chociaż zbiegł i ukrył się zagranicą, widmo nieodstępnego szpiega szło za nim, wyczuwał jego obecność i to odbierało mu chęć do rozpoczęcia walki o nowe życie. Jeżeli robił jakieś wysiłki, by znaleźć zarobek dla siebie, czynił to automatycznie i obojętnie, podświadomie przekonany, że wszystkie zabiegi jego i starania są niepotrzebne. Chwilowe błyski nadziei i słabej radości, że, nie kryjąc się, może chodzić ulicami Szanchaju, mówić głośno i nie kurczyć się w strachu, posłyszawszy swoje nazwisko, — zatruwało i zabijało górujące ponad wszystkiem gnębiące go przeczucie nadążającej katastrofy. Tymczasem Wagin pragnął tego nowego życia tak namiętnie, że gotów był chwycić się wszelkich sposobów — od morderstwa, do obłędnego, poniżającego kajania się i błagania o litość — byle żyć, nie słysząc skradających się kroków przerażającej go zmory... byle żyć! Ale w chwili, gdy stary szpieg szeptał mu o swojem prawie zemsty, zapomniał o wszystkiem — i o tem, że postanowił zgładzić Chackelesa, żeby po jego śmierci dopiero poznać upragnioną słodycz wolnego życia, w którem odnajdzie wreszcie siebie... Wagin zapomniał o wszystkiem, a nienawiść i zimna zawziętość rozwiały się bez śladu. Uświadamiał to sobie wyraźnie i musiał powiedzieć o tem Abramowi, bezwiednie przekonany, że jest to najistotniejsze i najważniejsze w tej chwili napięcia instynktu zachowawczego.
Już usta otwierał, gdy w tej samej chwili poczuł na sobie ostry wzrok stojącego przy ladzie Miczurina. Spojrzał w jego stronę. Lejtenant podniósł ramiona ruchem, wyrażającym zdumienie i pytanie, oczami wskazując mu na drzwi. Wagin wstał i poszedł ku niemu. Miczurin wybałuszył oczy.
— Lejlenancie, widzi pan tego Abrama Chackelesa? — spytał go Sergjusz. — Jest to ten sam właśnie, który miał być dziś zamordowany...
Miczurin wytrzeszczył oczy i dyskretnie chrząknął w kułak. Zdawało się, że chciał tem powiedzieć: „Czyżby? Nic o tem nie słyszałem! Ktoby mógł myśleć?!“ Nic zresztą dotychczas nie rozumiał i dziwił się tylko, zirytowany i zły na Wagina, iż niepotrzebną rozmową może popsuć mu dobrze przygotowaną rozgrywkę. Zdumienie jego przeszło w paniczny niemal strach, gdy spojrzał na Żyda. Ten, zaciskając głowę dłońmi, patrzał na nich i zataczał się od śmiechu. Miczurin nie mógł wymówić ani słowa, tylko sapał głośno i mruczał bezładnie.
— Niech to cholera napadnie! — burknął ostatecznie przerażony lejtenant, nie będąc w stanie oczu oderwać od nabrzmiałej krwią twarzy szpiega — Co się tu dzieje?... Zwarjowaliście, widać, obaj!... To żydowskie ścierwo drwi sobie z was! Hej, bo nie wytrzymam i zrobię porządek... Tak pięknie wszystko się zarządziło! Chłopcy moi gotowi odegrać ciekawą komedyjkę rodzajową z lekkiem a skutecznem puszczeniem krwi, a tu raptem w milczeniu muszę patrzeć na te zgniłe semickie kły i roześmianą judaszową gębę! Nie! Ja nie wytrzymam...
Miczurin zacisnął włochate pięści i parsknął, jak rozwścieczony odyniec. Wagin spojrzał na niego przenikliwie i powiedział stanowczym głosem:
— Nie wahałbym się ani chwili, gdyby nie pewna okoliczność, bardzo ważna i do gruntu zmieniająca mój pierwotny zamiar... A teraz, lejtenancie, zaniechaj napadu na Żyda! Muszę zakończyć z nim rozmowę, gdyż, mówiąc ściśle, przed chwilą dopiero rozpoczęliśmy ją. Pozostało nam sporo jeszcze rzeczy do omówienia.
Miczurin zamruczał niezadowolonym głosem:
— Ech! Myślałem, że dziś stypę wyprawię temu łysemu psubratowi! Ciężkiego doznałem zawodu, bardzo ciężkiego!... Widzę, że z panem niełatwo mi będzie robić większe interesy!
Odszedł i, stanąwszy obok Chińczyka przy ladzie, objaśniał mu coś szeptem, wymachując rękami. Drapieżna, ciemna twarz bandyty ani drgnęła. Słuchał obojętnie, od czasu do czasu zezując ku nieznajomym, siedzącym przy stoliku pod piecem. Wagin tymczasem, borykając się z nawałem myśli i sprzecznych uczuć, mówił do szpiega roztargnionym głosem:
— Wspomnieliście dziś u mnie, że musimy się obaj ratować... Jak to mam rozumieć?
Towarzysz Abram, służalczo już i przytomnie zaglądając Sergjuszowi w oczy, odpowiedział pośpiesznie, jakgdyby rozpoczynając rozmowę handlową:
— Już wiecie, że skoro na własną rękę przedarłem się za wami zagranicę, nie mam już powrotu do Rosji, chyba, że podejmę się wykonania jakiegoś poważnego zlecenia z Moskwy czy też z bolszewickiego poselstwa w Pekinie...
— Poco macie tam wracać? — zdziwił się Wagin. — Czyż nie możecie i tu przeczekać czasu panowania komisarzy? W Szanchaju Żydów więcej jest niż potrzeba. Potraficie przecież nakłonić ich, aby wam dopomogli?
— Poco potrzebuję wracać? — ożywił się nagle szpieg. — Muszę koniecznie wrócić, bo bolszewicy mają w swym ręku moją żonę. Czyż myślicie, że chcę, aby oni dręczyli starą, chorą Żydówkę, która w dzień i w nocy opłakuje syna? Mam ją porzucić i poświęcić jej życie, jak wy to uczyniliście z tą dziewczyną z szynku i z żoną smolarza? Muszę zdobyć sobie prawo na powrót i mam już plan! Tylko wy możecie mi dopomóc w tem, a zarazem i sobie zabezpieczyć spokojny był w Szanchaju...
Wagin nie przerywał staremu Żydowi, nie wiedząc jeszcze, do czego on zmierza. Abram, charkocząc i plując z pośpiechu i podniecenia, wyrzucał słowa jak pociski z kulomiotu, nie nadążając za tokiem zawsze czynnej myśli:
— Moskwa ma w pięcie wszystkich tutejszych emigrantów! Co oni znaczą dla niej? Tam są przekonani, że za dwa lata cała ta głupia, nędzna banda powyzdycha lub gdzieś wsiąknie bez śladu. Pocóż więc mają komisarze zaprzątać sobie głowę tą gadatliwą i bezsilną hołotą? Potrzebna im jest głowa na inne, bardziej niezbędne i ważne rzeczy, które nie kleją się im tak, jakby chcieli! Trzeba wam wiedzieć, że to nie rewolucję robić, nie burzyć, bo przyszedł już czas, aby budować i rządzić, ażeby zapanował jakikolwiek ład, niech sobie nawet głupi i szaleńczy, ale ład!... Tymczasem... bałagan tam panuje straszliwy!... Nieokrzesane chamy rozwalają Rosję, jak starą ruderę... i, gdyby nie my — Żydzi wszystko dawnoby się rozleciało... i byłby koniec!... Jednak i tu zachodzą wypadki niepożądane... Niepokoją one coraz bardziej komisarzy... W Mongolji jakiś zwarjowany baron Ungern von Sternberg i pułkownik Kazagrandi zamierzają ogłosić świętą wojnę buddystów i muzułmanów przeciwko komunizmowi i Żydom... Ach, te Żydy ciągle wzbudzają nienawiść, bo maczają palce w każdej ruchawce! Tak błagałem mego Markusa, aby trzymał się zdala od Trockiego, ale ten djabeł potrzebował zdolnych ludzi, więc skusił Markusa i posłał go do Francji na niebezpieczną robotę... Wiecie przecież, że była to bardzo ryzykowna placówka!... Gdybyście wy go nie zabili za tę dziewkę, Markus mógłby paść od kuli jakiegoś kontrrewolucjonisty...
Urwał i jął wpatrywać się w twarz Sergjusza.
— W Chinach zgromadziło się kilka tysięcy białych oficerów... Istnieje podejrzenie, że Japonja utrzymuje ich, zamyślając napaść na Władywostok i odciąć Syberję od morza... Ministrowie w Tokjo radzą nad sposobami podtrzymania warjackicgo projektu Ungerna... Posyłają mu broń i oficerów do Urgi. Gdyby tak można było... — domyślacie się? — tego okrutnego i niebezpiecznego barona Ungerna... sprzątnąć, unicestwić?... Byłaby to wielka zasługa!... Poselstwo moskiewskie nie poskąpiłoby na ten cel sporo złota... sporo... Żylibyście potem spokojnie i dostatnio w Szanchaju lub gdziebyście tylko zechcieli, a ja... powróciłbym do mojej biednej, starej żony, która drży teraz o mnie i rozpacza, wspominając jedynaka i przeklinając jego mordercę...
Chackeles wyciągnął rękę i nieśmiałym ruchem dotknął dłoni Wagina. Pochylając twarz ku niemu i świdrując go biegającemi oczyma, począł kusić i przekonywać:
— Wy nie możecie dopuścić, aby dzicz mongolska oderwała część waszej ojczyzny!... Wy krew z krwi i kość z kości szlachty swego narodu!... Byłaby to zdrada!... Niech sobie trwa wojna domowa, bo to zrozumiałe... Biją się bracia o różnych poglądach na losy swego państwa, ale żeby mieli z tego skorzystać ludzie innej rasy i wiary...
Wagin targnął głową i wyrwał swoją dłoń z ręki Chackelesa.
— Z tej wojny domowej korzystają najwięcej ludzie waszej wiary i rasy — Żydzi, cała plejada Trockich, Apfelbaumów, Rosenbergów, Wałachów, Nachamkesów, Radków, Kohnów, którzy puszczają krew Rosjanom... Ale macie słuszność, nie chciałbym, aby z rewolucyjnej zawieruchy mogli skorzystać Japończycy i Chińczycy... lub jakikolwiek inny naród...
Chackeles ucieszył się, posłyszawszy ostatnie zdanie Sergjusza, i spytał:
— Więc jak będzie? Nu-u?
Wagin zaśmiał się niespodziewanie głośno. Towarzysz Abram aż drgnął i wylękłym głosem powtórzył:
— Nu-u?
— Skoro ja was nie sprzątnąłem, to zapewne nikogo już nie sprzątnę. Ja w żadne sprawy tego rodzaju mieszać się nie zamierzam, a szczególnie w związane z Moskwą czerwonych komisarzy! — stanowczo i dobitnie odpowiedział Sergjusz. — Gdyby wybuchła wojna Rosji z obcem zaborczem państwem, wstąpię do szeregów armji.
— Czerwonej armji?! — wykrzyknął Abram.
— Tak!
— Bohater!... — pozwolił sobie na szyderstwo Żyd, lecz nie dodał już ani słowa, gdyż Wagin utkwił w nim ostre spojrzenie swych mglistych oczu.
Po chwili Sergjusz przeciągnął się leniwie i powiedział jakgdyby odniechcenia:
— Uważam, że załatwiliśmy ostatecznie nasze sprawy. Darowałem wam życie za śmierć waszego syna... Nie mam już do was ani żalu, ani nienawiści, Abramie Izaakowiczu! Róbcie, co chcecie, ja wam przeszkadzać nie będę i postaram się zapomnieć o was. Zapomnijcie też i wy o mnie, gdyż, po naszej szczerej rozmowie, rozumiecie chyba, że nieszczęśliwe i niezależne od nas okoliczności skrzyżowały nasze drogi. Niechże teraz każda z nich idzie we właściwym kierunku!... Późno już, chodźmy stąd!
Szpieg wpatrywał się w Wagina z podziwem i niemal zabobonnym strachem. Wszystko w nim imponowało Abramowi i jednocześnie przerażało. Uczynił jednak jeszcze jedną próbę.
— Obawiam się, że czeka was głód i nędza... Nie wytrzymacie!
Odpowiedział mu beztroski śmiech Sergjusza i prawie już wesoły jego głos:
— Moje to przecież kiszki piszczeć będą — nie wasze! A co do tego, że nie wytrzymam, to przypomnijcie sobie, jakem wam zginął z oczu na Zei?! Dwa tygodnie bodaj tropiliście mnie wtedy z oddziałem karnym, ale wkońcu, na moje szczęście, śnieg wypadł i ślady moje przyprószył!... Czatowaliście wtenczas na mnie, na wszystkich drogach i przesmykach urządziliście zasadzki... Cha-cha! i wszystko — na nic!... Poszliście sobie, a ja tymczasem, o głodzie i chłodzie przesiedziawszy dwa tygodnie na dnie wyrzuconej na łachę krypy, wywinąłem się wam i dałem nura do puszczy... Nielada pracy i pomysłowości kosztowało was potem odnalezienie mego śladu...
— Wtedy to po raz pierwszy postrzeliliście mnie w ramię, — westchnął Chackeles. — Tak, wiem, że macie mocne zdrowie...
— I jeszcze mocniejszą wolę, Abramie Izaakowiczu! — dodał Wagin. — Dopnę każdego celu, jeśli zapragnę! Upewniam was, że i tu nie zginę, chyba że... wy gdzieś znienacka dźgniecie mnie nożem lub, jak ja dzisiaj, — wynajmiecie płatnego zbója... Ale, nie myślę, żebyście się na to targnąć mieli, bo wiecie, że poczułem dla was litość... a raczej zrozumienie rozpaczy ojca... i, gdybyście byli w ciężkiej potrzebie, dopomogę wam. Zresztą, czy ja wiem, co wy myślicie w tej chwili?
Machnął ręką i, zapinając płaszcz, rzucił:
— Wszystko mi jedno! Róbcie co chcecie, ale tak, bym nie wiedział, bo inaczej...
To powiedziawszy, zajrzał w załzawione, ptasie oczy Chackelesa. Skurcz przemknął po spochmurniałej nagle i poszarzałej twarzy Wagina. Skinął na sługę, położył mu na wyciągniętej dłoni kilka drobnych monet i mruknął do szpiega:
— Odprowadzę was do bramy miejskiej, gdyż w Czapei mogłaby was spotkać jakaś przykra przygoda... Bądź co bądź jesteście dziś zającem, który wymknął się chartom!
Z głośnym śmiechem wyszli na ulicę. Wpobliżu gospody nikogo nie spostrzegli. Zrzadka tylko mijali ich przechodnie, spiesząc się na ustronny, pusty placyk, gdzie tego dnia zainstalował się teatr wędrowny. Dobiegały stamtąd huczenie bębnów, jazgot piszczałek, przenikliwe głosy aktorów i ryk widzów. Z ponad czarnych zarysów dachów w mglistym mroku strzelały ku czarnemu niebu smugi reflektorów, ustawionych przed rampą. Doszli w milczeniu do czerwonej bramy, za którą zaczynała się już jezdnia asfaltowa i współczesne gmachy koncesji francuskiej. Elektryczne latarnie rzucały snopy niebieskiego światła. Przy chodnikach, otulając się w ciepłe płaszcze, tkwiły posterunki policyjne.
— Nie spodziewałem się nigdy, że takie będzie nasze spotkanie — szepnął Abram, gdy Wagin zatrzymał się w cieniu potężnego portalu bramy.
— Ani ja też! — zgodził się Sergjusz. — Widocznie przy sumiennem i szczerem rozważeniu okoliczności i istotnych pobudek każda najzawilsza i najtragiczniejsza sprawa może być wyjaśniona i załatwiona... Ludzie jednak rzadko uciekają się do tego jedynie ludzkiego sposobu, a co z tego wynika — wiemy już obaj z własnego doświadczenia!
Znów zapadło milczenie. Wreszcie Wagin podniósł ramiona, jakgdyby zrzucając z nich ciężar, i powiedział:
— Życzę wam rychłego powrotu do pani Chackeles! A powtórzcie jej wszystko, wszystko!
Szpieg stał, jak zaczarowany, i nie mógł oczu oderwać od ciemnej sylwetki Wagina. Poruszał wargami, niby żując coś gorzkiego i piekącego, marszczył czoło, mrużył oczy i to rozkładał, to wciskał w rękawy czerwone, spocone dłonie. Zdawało się, że bał się rozstać z Waginem, że chciał mu powiedzieć coś niezmiernie ważnego, co nie przychodziło mu na pamięć, lub może było tak bezmiernie wielkie, że myśl starego, mściwego Żyda ogarnąć tego nie mogła. Wreszcie jakimś rozpaczliwym ruchem zamachał rękami i, wydawszy charczący okrzyk, szybkim krokiem poszedł w stronę miasta. Odgłos jego kroków zginął w jękliwem trąbieniu klaksonów trzech aut straży pożarnej. Wypadły właśnie z bocznej ulicy i do czerwonych potworów podobne pomknęły dalej. Wagin rozejrzał się po niebie. Na zachodniej jego połaci pełgać i pląsać poczynała łuna, a na jej szkarłatnem tle, niby fantastyczny krzew, wykwitł ciemny zwał dymu z migocącemi w nim iskrami i odblaskami płomieni.
— Gdzieś się pali! — pomyślał Sergjusz. — Ogień, dym, żagwie i węgle czerwone, krzyki, zgiełk i szloch... Lecz za godzinę zgaśnie wszystko, rozwieją się dymy i na pogorzelisku cisza zapadnie...
Wydało mu się, że oddał ścisły obraz tego, co zaszło w duszy jego i w duszy starego szpiega o wydętych, oślinionych zawsze wargach i sterczących uszach nietoperza. Zaciskając zęby i czując dreszcz wzruszenia, czy też nagłe odprężenie nerwów, podniósł kołnierz płaszcza i, pochyliwszy się, szedł jezdnią, borykając się z gwałtownemi podmuchami lodowatego wiatru, pędzącego przed sobą obłoki kurzu. Nie zwracał na nic uwagi, nie czuł nawet smagania wichru, ciskającego piaskiem w twarz, nie słyszał jego poświstu i zawodzeń w labiryncie bocznych zaułków. Niósł w piersi jakąś dziwną, zatrważającą go chwilami ciszę i od wielu, wielu miesięcy — spokój i radość, że mógł owładnąć uczuciem nienawiści, ostrą żądzą zemsty, że zwalczył w sobie obudzone znowu zwierzę i zerwał z przeszłością na zawsze.
— Od jutra — nowe życie! — pomyślał i powtórzył na głos. — Nowe życie!
Dochodził już do domu Jun-cho-sana, gdy nagle zjawiło się w nim inne, napozór dziwne i zupełnie niepotrzebne postanowienie. Minął więc dom kupca, gdzie na podwórku stał domek z pokoikiem, z którego przed trzema godzinami wyniósł na zawsze coś gnębiącego i ponurego. Szedł szybko, chwilami nawet biegł w stronę jaomynia. Obszedłszy go, wchodził już wkrótce do palarni. Wszystkie miejsca na pryczach zajęte były przez klientów. Jedni zatruwali się dymem opjum, drudzy leżeli nieruchomi, pogrążeni już w ekstatycznych marzeniach, inni znów miotali się we śnie i bełkotali coś leniwie poruszającemi się wargami.
Stary So-hai spytał go, czy nie przejdzie do luksusowego salonu, gdzie znajdzie wolną sofę, lecz Wagin, potrząsnąwszy głową, zbliżył się ku końcowi pryczy. Doktór Plen przed chwilą dopiero skończył palenie i leżał oparty na łokciu, wpatrzony nieruchomemi źrenicami w nikły płomyczek lampki i snujące się dokoła falujące płachty i nici dymu. Ujrzawszy Wagina, z wysiłkiem usiadł na macie i przetarł oczy. Poznał go wreszcie, a wtedy upadł nawznak i wyprężył wszystkie mięśnie, że aż mu żyły nabrzmiały na czole, które natychmiast uperliło się kroplami potu.
Uniósłszy powieki, uśmiechnął się i szepnął:
— Jakżeż jestem szczęśliwy, że pan przyszedł do mnie w takiej chwili i w takim właśnie nastroju!... Jestem bardzo szczęśliwy i bardzo wdzięczny!
Wyciągnął do Wagina rękę i uścisnął jego dłoń.
— Przysięgam panu na wszystko, co jest na ziemi istotnie piękne i wzniosłe, że zabić człowieka świadomie, z namysłem, to — straszny, żądający pomsty grzech!... Niech mi pan nic nie mówi, nic! Proszę teraz iść do domu... Jest pan tam bardzo potrzebny!...
Plen mówił z trudem. Trucizna poczynała działać na nowo. Wagin w milczeniu uśmiechnął się do niego łagodnie i wyszedł, cicho stąpając po grubej macie.
Gdy wchodził na podwórko Jun-cho-sana, wydało mu się, że ktoś przed chwilą stał na ganku i szybko wślizgnął się do sieni, nie zdążywszy zamknąć za sobą drzwi. Jednak w pokoju za ścianą panowała cisza i tylko zgrzytał mechanizm zegara, popychając wskazówki po cyferblacie.
— Od dziś inny człowiek zamieszka w tym pokoju! — z rozkoszą szepnął do siebie Wagin.
W tej samej chwili z poza ściany dobiegł go stłumiony głos pani Somowej:
— Czy wszystko się panu udało?
— Dziękuję pani! — odpowiedział wesołym głosem. — Znakomicie, niespodziewanie szczęśliwie! Jestem bardzo zadowolony, bo wyjaśniłem różne zawiłe kwestje... Proszę powiedzieć pannie Ludmile, że mój gość dzisiejszy, do którego poczuła taką odrazę, nigdy już tu nie przyjdzie... Spotka go, być może, kiedykolwiek na ulicy, no, ale kogoż nie widuje się na Nanking-Road lub na Bundzie?
Zaśmiał się żartobliwie i szczerze.
— No, to i chwała Bogu! — powiedziała pani Somowa, a jednocześnie Wagin posłyszał czyjeś westchnienie, jakgdyby pełne ulgi. Nie wątpił, że wyrwało się ono z piersi Ludmiły i ucieszył się, że słowa jego uspokoją ją wreszcie. Po chwili cisza zapanowała w małym domku. Wagin, zrzuciwszy płaszcz, usiadł przy stole. Nie chciał i nie mógłby zasnąć. Uśmiechał się wciąż i o niczem nie myślał. Podświadomie tylko wyczuwał, że wszystko, co go teraz oczekuje, będzie drobnem, słabem przeżyciem w porównaniu z ponurą przeszłością.
Zegar zgrzytał i, niby zdyszany, usiłował rytmicznie wybijać sekundy.
Tyk-tak, tyk-tak, tyk-tak!...
Pierwsze sekundy nowego życia człowieka.



ROZDZIAŁ IX.
NIE ZAZNASZ RADOŚCI BEZ GORYCZY.

Człowiek nie posiadł jeszcze rozwiniętego zmysłu krytycznego w stosunku do samego siebie. Wydaje się wprost być pozbawionym ścisłej i nieomylnej orjentacji w wypadkach kolizji pomiędzy psychiką własną, a działającemi na nią zjawiskami zewnętrznemi. Jedni — przeceniają swoje siły, drudzy — nie doceniają, a wszyscy razem robią fatalne błędy i nigdy nie są w stanie przewidzieć, jak zareaguje ich dusza na emocje o charakterze psychiki uczuciowej. Stają się wobec tego igraszką tajemnych sił. Rozumiał to już nieznany mędrzec, który na frontonie świątyni delfickiej umieścił sławetną radę „poznaj samego siebie“, a cały tragizm niepoznanej natury człowieczej zgłębiła namiętna w swym surowym mistycyzmie karmelitanka hiszpańska, św. Teresa od Jezusa, przeorysza klasztoru Alba de Tormes. Człowiek, zastanawiając się nad stosunkiem swoim do różnych rzeczy i zjawisk, wyznać musi wraz z Epiktetem, że „niepokoją nas nie rzeczy, lecz nasze mniemania o nich“. Jakżeż często jakaś rzecz lub zjawisko przedstawiają się jako niezmiernie ważne, zawiłe, drogie lub groźne, a tymczasem, przy bezpośredniej z niemi styczności, maleją one, powszednieją i stają się błahe, szare, nikłe i niezmiernie proste.
Wagin, siedząc przy stole i wpatrując się w żółtą rozetkę lampy naftowej, myślał właśnie o tych rzeczach i dziwiąc się, dlaczego te myśli nie przychodziły mu dawniej do głowy, przysięgał sobie w duchu, że nigdy już nie pozwoli się powodować fantastyką i pozostanie zawsze w granicach zimnego rozsądku. Mylił się jednak znowu i jeszcze niebezpieczniej. Zapomniał w tej chwili, że każda istota ludzka to zupełnie odrębny i z każdą chwilą zmieniający się świat. Nikt nie potrafi ściśle obliczyć i zmierzyć swych sił duchowych i fizycznych, potrzebnych mu w jutrzejszym wysiłku. Zmiany bowiem zachodzą głębokie i częstokroć błyskawiczne. Od tego zjawiska, którego człowiek przy wszelkich swoich obliczeniach nie chce uznać za najgłówniejsze, zależą dobrobyt jego, spokój i powodzenie w życiu. Dwóch ludzi, dziś równych sobie pod każdym względem, jutro może stać na przeciwległych biegunach, gdzie jeden stanie się potężniejszym, drugi — stoczy się do kresu nędzy i słabości. Gdyby Wagin, siedząc w jadłodajni „Gospody 4-ch stron świata“, wdał się w rozmowę ze stepowymi jeźdźcami z nad Dołon-Noru, dowiedziałby się od nich rzeczy mądrych, niezmiernie życiowych. Opowiedzieliby mu Mongołowie anegdotę, znaną na stepach pomiędzy Murenią a Orchonem. Nie ma tam ani słupów kilometrowych, ani przewodników drukowanych, ba — nawet map szczegółowych nie sporządzono jeszcze. To też podróżnicy, przecinający ten kraj, pytają ogólnikowo tkwiącego na pagórku pastucha, jak daleko do tego lub innego koczowiska? Mongoł nigdy nie odpowie bez namysłu. Podjedzie, obejrzy konie, a potem starannie obmaca nogi, ramiona i piersi jeźdźców i, mrużąc oczy, mruknie:
— Dla jednego blisko, dla drugiego — daleko!
Wagin widział przed sobą jasny cel — spokój, lecz nie przeczuwał, że cel ten, dziś taki bliski, już prawie osiągnięty od chwili pożegnania Chackelesa za murem Czapei, jutro stanie się tak daleki, jak górski szczyt, widzialny niby na dłoni — od podnóża do śnieżnego wierchu a niedościgniony i niezdobyty. Nie myślał też o tem, że jutro mgła i ciemność mogą pochłonąć ów cel, budzący w duszy uczucie szczęścia, że może zaświtać inny, jeszcze bardziej ciągnący ku sobie, lub roztoczy się dokoła jedynie mrok i nic z niego nie wyłoni się i nic nie rozbłyśnie, jak na wzburzonej powierzchni morza w ślepą noc jesienną. Dziś jednak był szczęśliwy i ukojony, więc nie mógł i nic chciał myśleć o niczem, co miałoby moc przygasić blask i ostudzić żar tego uczucia i nastroju.
— Wszystko tak świetnie się ułożyło! — myślał chwilami, przeżywając lekkie zamieranie serca i jakąś słodką niemoc. — Skończyłem wreszcie szarpaninę z Abramem, nie mam już w duszy nienawiści i obawy, sprawiłem przyjemność temu jasnowidzącemu cudakowi — Plenowi i temu dziecku umierającemu, pragnącemu widzieć wesołą twarz; wreszcie przekonałem się, że lubią mnie w tym domu i troszczą się o mój los, przecież nietylko dlatego, ażebym w terminie płacił za pokój?... Miczurin! Ach, ten musi być zły na mnie i zapewne leży teraz pijany i klnie, jeżeli jeszcze potrafi poruszać językiem... No, z tym-to dam sobie radę! Zaproszę go jutro do restauracji „W locie siedmiu jaskółek“! Niech sobie...
Myśl urwała się nagle. Z twarzy Wagiua spełzł uśmiech szczęśliwy. Uniósł głowę i począł nadsłuchiwać. Za ścianą powstał ruch. Dobiegły go strwożone, stłumione głosy pani Somowej i Ludmiły. Sergjusz pochwycił wkrótce inne jeszcze dźwięki. Było to głuche rzężenie, a raczej — bulgot, jakgdyby na powierzchni gęstej cieczy pękały bąble powietrza.
— Coś się dzieje z chłopakiem! — domyślił się.
Istotnie rozległy się głośne i pośpieszne kroki obydwu pań, urwane zdania, plusk wody i brzęk szkła.
— ...Weź z sieni, — tam zimniejsza... Przynieś cały kubeł... ręcznik... Może pobiegnę po doktora?... Daj mu trzydzieści kropel... Gdzie postawiłaś amonjak?
I znowu głośniejszy już, jakiś złowrogi bulgot i rzężenie. Wagin szybko wyszedł do sieni i zapukał do drzwi sąsiadek. Wyjrzała blada twarz Ludmiły. Oczy jej płonęły, usta drżały.
— Czy nie mogę być w czemkolwiek pomocny paniom? Romkowi gorzej zapewne? Mogę sprowadzić doktora Plena, bo widziałem go przed godziną. Zdaje mi się, że będzie w stanie przyjść...
— Niech pan wejdzie! — posłyszał Wagin głos pani Somowej. — Coś strasznego dzieje się z Romkiem!
Sergjusz ujrzał panią Somową w szlafroku, pochyloną nad synem. Widział ją z profilu. Nad czołem jej oświetlony od góry wiszącą lampą poruszał się siwy kosmyk miękkich, falistych włosów. Zdawało się, że to jakaś żywa istota — półprzezroczysta ćma — lekka, powiewna, miota się nad białem czołem i usiłuje wtargnąć do mózgu, wykonywując jedne i te same, uporczywe ruchy. Z oczu pani Somowej od czasu do czasu kapały łzy. Sergjusz spostrzegł kilka razy ich błysk, gdy padały, przełamując nikłe promienie lampy. Wagin postąpił kilka kroków i stanął w nogach chorego chłopaka. Ujrzał najpierw jego wychudzone dłonie, niespokojnie sunące po prześcieradle. Romek podniósł je aż do twarzy i opuszczał do środka piersi, jakgdyby ściągając z siebie niewidzialne nici. Usta miał otwarte i z nich to wydobywał się ów bulgot straszny, rodzący się w głębi zżartych płuc, z czarnej mieszaniny ropy i świeżej krwi. Zaostrzone rysy twarzy odcinały się sinawą barwą od bieli poduszki; pod otwartemi, zapadłemi już oczami przeciągały się brunatne cienie...
Chłopak był przytomny. Z przerażeniem i błaganiem wpatrywał się w matkę, owijającą mu rozpalone czoło namoczoną w wodzie płachtą. Chory spostrzegł Wagina i rozpaczliwym ruchem wyciągnął do niego drżącą, słabą rękę. Opadła natychmiast na pierś i znowu poczęła w straszliwym, powolnym rytmie ściągać z siebie te przeklęte nici. Wagin uśmiechnął się do niego, całą wewnętrzną radość swoją wkładając w ten uśmiech pełny łagodności i współczucia, a po chwili przemówił cichym głosem:
— To tak? Doktór kazał grzecznemu chłopczykowi spać i nie robić awantur, a tymczasem chłopczyna — niegrzeczny i wyrabia jakieś hece? Cóż to za nowa moda? Powracam właśnie od doktora. Kazał powiedzieć ci tylko trzy słowa: „Spać! spać! spać!“
Ręce chorego zwolniły ruch i znieruchomiały. Powieki zwarły się mocno. Usta zacisnęły się szczelnie... Chłopak usnął i tylko w wynędzniałej, wąskiej piersi jego kotłowało się coś, zgrzytało i syczało. Pani Somowa uklękła przy łóżku i, oparłszy czoło o materac, płakała bezdźwięcznie i gorzko. Siwiejąca jej głowa trzęsła się, ramionami wstrząsał dreszcz. Serce matki przeczuło już grozę i straszne znaczenie długich godzin nieprzerwanego snu synka. Jęła wpatrywać się w chudą twarzyczkę Romana i ustami dotykać jego bladych dłoni. Żegnała go, zapewne, rozumiejąc już, że ten dziwny sen jest konaniem.
— Mamo! Mamo! — szepnęła Ludmiła, dotykając ramienia matki. — Pan Wagin jest jeszcze u nas...
Pani Somowa wstała z klęczek i rozejrzała się po pokoju.
— Roman umrze — jęknęła, spostrzegłszy Sergjusza, stojącego w cieniu koło drzwi. — Roman umrze!... Wiem to napewno...
Wagin milczał. Nie odzywała się też Ludmiła. Nie mieli sił zaprzeczyć prawdzie, a może pragnęli, aby zrozpaczona matka do tej strasznej myśli przywykła i łatwiej już znieść mogła ciężki i nieunikniony cios.
— Do ostatniej chwili nie należy tracić nadziei... — wypowiedział wreszcie Wagin słowa banalnej, nic nie znaczącej pociechy i uczynił ruch ku drzwiom.
Pani Somowa z opuszczoną głową usiadła w fotelu. Ludmiła stała oparta o piec.
— Dobranoc! — szepnął do niej Sergjusz. — Jeżeli będę potrzebny, proszę stuknąć w ścianę, natychmiast przyjdę. Radzę jednak pani ułożyć mamę do łóżka, bo będzie potrzebowała jeszcze dużo sił...
Porozumiewawczo zajrzał w jej ciemne oczy i wyszedł z pokoju.
— Co znaczy moje drobne, samolubne szczęście wobec tej głębi rozpaczy i bólu? — pomyślał z westchnieniem i natychmiast uświadomił sobie, że, mimo całego współczucia dla nieszczęścia sąsiadek, nie jest dziś w stanie podzielić ich cierpień. Ponad wszystko górowało w nim poczucie osobistego ukojenia i jakaś namiętna żądza pozostania w tym nastroju jaknajdłużej. Było to uczucie — podobne do radości marynarzy, gdy po długim i ciężkim sztormie na morzu, wypoczywają w zacisznym parku portu, gdzie nic nie przypomina im o walce z żywiołem. Wagin czuł się tak, jak żołnierz, powracający do domu do zwykłego dlań otoczenia po miesiącach męczeńskiego życia i bitew w okopach, gdzie dziczały i tępiały zmysły, gdzie w obliczu śmierci, w duszy i we krwi budziło się zwierzę ludzkie — okrutne i podstępne. Przed chwilą wyrwano go z jego radosnego i cichego nastroju, postawiono wobec męki i nieszczęścia, zmuszono wyczuć zimne, nielitościwe tchnienie śmierci. Skrzywił wargi i nachmurzył brwi. Poczuł coś ni to niechęć, ni to żal do tych zawsze smutnych kobiet, z największym, zdawało się, wysiłkiem podtrzymujących w sobie ledwie tlejącą chęć do życia.
— Tam w palarni — dogorywający opjumista — Plen, tu znów — konający chłopak i te dwie — o umarłych duszach istoty bez uśmiechu, bez woli do walki — innej, niż ta pierwotna o najbliższą godzinę istnienia! — pomyślał z goryczą.
Pochwycił siebie na tej myśli i stosunku do ludzi, z którymi przypadkowo związał go los, i — zżymnął się ze wstrętem.
— Bardzo nikczemnie zaczynam reagować na biedę ludzką! — zamruczał do siebie. — Podła jest nasza natura — nieszczęście osobiste czyni z nas egoistów a znów szczęście jeszcze bardziej odsuwa nas od otoczenia, jeżeli nie odpowiada nastawieniu naszych nerwów i myśli i wymaga od nas jakichś odchyleń i ustępstw myślowych i uczuciowych! Podła natura ludzka!
Pomyślał to z całą szczerością i bezwzględnością wobec samego siebie. Sprawiał mu przykrość ten proces psychiczny, a jednocześnie zawstydzał i jakgdyby budził sumienie, uśpione zachłanną radością, że oto wreszcie, po tyłu trwożnych dniach brzemiennych w zbrodnie, strach o siebie, głód i nienawiść, cisza wstąpiła do jego zmęczonej duszy, że zakończył się ponury, obłędny okres jego życia a on sam stanął na progu przyszłości — odmiennej do głębi i wcale go nie przerażającej, bo rozpłomieniła się w nim nagle wiara w swoje siły i nadzieja.
Stąpając na końcach palców i krzywiąc się boleśnie, gdy pod stopami skrzypnęła deska podłogi i zgrzytnęły zawiasy otwieranych drzwi, wyszedł do sieni. Drzwi pokoju Somowych natychmiast się uchyliły i przez szparę wyjrzała Ludmiła.
— Romek się uspokoił. Mama usnęła. Co się stało? Pan wychodzi? — spytała, z trwogą patrząc na niego.
— Byłem niespokojny o Romana i chciałem się dowiedzieć, jak się ma, — odpowiedział cicho. — Bardzo żałuję tego miłego biedaka i szczerze współczuję z paniami...
— Dziękuję! — szepnęła. — Nie wiem, czem zasłużyłyśmy na tyle serca ze strony pana? Doprawdy, to — takie dziwne...
Wagin zamierzał już z całą szczerością odpowiedzieć, że wzruszyło go ich milczące, nikomu nieznane cierpienie samotnych kobiet, pozbawionych przyjaciół i pomocy, ale powstrzymał się, żeby nie pogłębić zgnębienia zawsze smutnej dziewczyny. Zmienił więc treść swej odpowiedzi:
— Z własnego doświadczenia wiem, że czasem nawet takie bierne i, właściwie mówiąc, do niczego nie zdatne współczucie wydaje się niby potrzebnem...
— O, tak! — szepnęła Ludmiła. — Nie mamy tu zupełnie bliskich i przyjaznych serc... Stosunki nasze z kolonją emigrancką są bardzo luźne... Nie chcemy pokazywać im naszych udręk i smutnych twarzy. Bezcelowe to i... przykre.
Umilkła i zajrzała do pokoju. Wagin postąpił krok naprzód i z prostotą powiedział:
— Poco mamy rozmawiać w zimnej sieni? Proszę bardzo, niech pani wejdzie do mnie. Porozmawiamy sobie... Z mego pokoju posłyszy pani wszystko, co się dzieje za ścianą...
Zaśmiał się cicho i zażartował:
— Dobrze się stało, że znalazły panie takiego lokatora, co nigdy w domu nie siedzi, bo inny to znałby wszystkie tajemnice domu!
Ludmiła usiadła przy stole. Światło lampy padało na jej twarz. Wagin z ciekawością przyglądał się jej. Właściwie mógł przyjrzeć się jej po raz pierwszy i natychmiast zdał sobie sprawę, że poprzednie, przelotne wrażenie było mylne. Chociaż Ludmiły nie można było uznać za ładną, jednak miała ona wybitną, przykuwającą do siebie twarz, budzącą niewyraźny niepokój. Dość szeroka, o lekko zaznaczonych kościach licowych, mimo pewnej złocistej smagłości zdumiewała niezwykłą delikatnością, zdawało się, fosforyzującej cery, podkreślonej otokiem ciemnych, kasztanowatych, obfitych i miękkich włosów. Nieco przygruby i zlekka zadarty nos harmonizował doskonale z resztą rysów, nie szpecąc całości. Zresztą, jak musiał przyznać obserwujący ją Sergjusz, cała twarz służyła za tło dla ust i oczu. Usta miała dość szerokie, lecz świeże a bardzo czerwone wargi wykrojone były pięknie i przy każdym ruchu odsłaniały białe, zdrowe zęby. Pod łukami prawidłowo zarysowanych brwi, prawie zrośniętych ze sobą, niby z głębi tajemniczych wnęk świeciła para najdziwniejszych oczu. Ciemne i głębokie (Waginowi znowu przypomniały się obrazy świętych męczenników bizantyńskich) patrzyły z jakiemś napięciem czy zaciętością, tak obcą wyrazowi tęsknoty, nakładającej swe piętno na całą twarz i postać dziewczyny. Istotnie — opuszczone bezwolnie, miękkie ramiona, pochylona nieco szyja, słabo rozwinięte, dziewczęce piersi, których ruchu pod cienką tkaniną bluzki nie mógł pochwycić wzrok Wagina, — wszystko świadczyło o tem, że tęsknota wycisnęła na całej fizycznej i duchowej istocie Ludmiły Somowej głębokie, niezatarte ślady.
Sergjusz posunął bliżej krzesełka i natychmiast spojrzenia ich skrzyżowały się. W oczach Ludmiły ujrzał niepokój i pytanie. Uśmiechnął się do niej i powiedział cicho:
— Chcę wypalić papierosa, ale po sztubacku — do pieca, żeby nie zaszkodzić Romkowi...
Wstał i usiadł na macie przed piecem, puszczając dym przez otwarte drzwiczki. Spojrzała na niego z wdzięcznością i po chwili szepnęła:
— Czuję się w obecności pana... skrępowaną... Byłam głupia, z pierwszego wrażenia robiąc niestosowne wnioski... Pan nie jest taki, jakim mi się pan wydał wtedy na ganku... Głupia jestem i raz jeszcze przepraszam pana...
Wagin zaśmiał się cicho i odparł natychmiast, usiłując wywołać uśmiech u Ludmiły, bo nie mógł jej sobie wyobrazić choćby przez chwilę wesołą:
— Myśli pani, że będę się wybijał z sił, dowodząc mądrości i spostrzegawczości pani! Ani mi się śni!
Obejrzała się na niego, lecz nie uśmiechnęła się nawet.
— Opowiadał mi pan o swoim znajomym, który... miał tak tragiczne przejście ze swoją narzeczoną, czy... — zaczęła Ludmiła, lecz Sergjusz przerwał jej skwapliwie:
— O sobie opowiadałem to — dla pani! Pani to zrozumiała i, jak się wkrótce przekonałem, doktór Plen również. Dziwny to człowiek — jakiś czarodziej, jasnowidz!
Ludmiła odwróciła się i Wagin widział teraz tylko czarną jej sylwetkę i migotliwy obłok włosów nad głową.
— Po odejściu pana myślałam długo o tem, co pan przeżył — odezwała się po chwili. — Rzeczywiście — można było oszaleć!
Sergjusz zaśmiał się i wrzucił niedopałek do pieca.
— To też i oszalałem! — powiedział, siadając naprzeciw niej. — Gdybym nie oszalał, tobym ani do niej, ani do tego Bogu duszy winnego komisarzyny nie strzelał! Nie warta była tej kuli i samej intencji zabójstwa!
Ludmiła poruszyła się cała, jakgdyby poczuła zimny powiew.
— To okropne, co pan powiedział o zabitej przez siebie i niegdyś kochanej kobiecie!
— Okropne, ale prawdziwe! — odparł, wzruszając ramionami. — Byłem głupi od początku i do końca całej tej historji! Pokochałem nieznaną mi i, nie wiedzieć dlaczego, wyidealizowaną dziewczynę, o poziomej duszy, zręcznie dekorującej się inteligencją i taktem życiowym, a potem zemściłem się na niej za to, że była taka, jaką ją uczyniła natura... Gdybym mógł, prosiłbym ją szczerze o przebaczenie... Fatalne nieporozumienie z tragicznym epilogiem, jak to określają dziennikarze od sensacyj kryminalnych!
Zaśmiał się znów, patrząc w tęskne oczy Ludmiły. Ponieważ nic nie mówiła, zamierzał nawiązać rozmowę na inny, mniej drażliwy temat.
— Wie pani, że doktór Plen wprowadził mnie dziś w zdumienie? Ten człowiek widzi i słyszy na odległość!
Ludmiła obojętnym głosem odpowiedziała:
— Jest to wynik chorej psychiki, w naszych czasach niezmiernie rozpowszechniony. Podobne zdolności chwilami i u mnie się objawiają. Sprawdził to pan przecież na sobie... Ludzie przechodzą teraz takie piekło, czyha na nich dokoła tyle niebezpieczeństw, że muszą być czujni, przewidujący i wrażliwi... Stąd jeden tylko krok do nadwrażliwości i jasnowidzenia...
— Zapewne ma pani słuszność! — ożywił się Wagin. — Podczas swego pobytu w Rosji mieszkałem u pewnego uczonego. Mniejwięcej tak samo objaśniał podobne właściwości. Twierdził pozatem, że zjawiska tego rodzaju stają się dość pospolitemi w okresach wielkich przewrotów i kataklizmów historycznych. Podobno w dobie działania „świętej inkwizycji“ — Hiszpanja i Holandja miały tysiące jasnowidzów, astrologów, wróżbiarzy, których gorliwi mnisi wlekli na stosy... To samo, tylko bez stosów, bo wtedy dla odmiany — działały gilotyny — obserwowano we Francji w czasie wielkiej rewolucji, a i u nas za naszego Iwana Groźnego i prześladowania sekciarzy przez Piotra jasnowidztwo było podobno rozpowszechnione niebywale...
— Teraz takich typów byłoby jeszcze więcej, gdyby nie wzmagający się nawrót do Boga — zauważyła Ludmiła.
— Raczej do tajemniczego tekstu Apokalipsy! — uśmiechnął się z politowaniem Sergjusz. — Napatrzyłem się i nasłuchałem tego aż do obrzydzenia w Rosji! Ciąży na nas jakieś przekleństwo. Mamy we krwi pociąg do okrutnego mistycyzmu. Lud nasz zaczytywał się dawniej „Żywotami męczenników“ — tą straszną, krwawą księgą, i wyrobił sobie i do obłędu doprowadził — dzikie, ponure okrucieństwo, teraz znów komentuje bezmyślnie, nie poddające się komentowaniu „Objawienie świętego Jana“ i przekształca się w dzikich, ponurych, biernych męczenników...
Ludmiła długo milczała, wreszcie szepnęła:
— Już pojawiają się ludzie, którzy nawołują do połączenia się z Bogiem innemi drogami.
— Nie słyszałem o tem! — wzruszył ramionami Wagin. — Niech mi pani opowie: cóż to za ludzie i co to za drogi?
Jakgdyby nie słysząc jego pytania, dodała:
— Na ruinach trzeciego, jak wierzyli teologowie moskiewscy, niezłomnego Rzymu — kościoła rosyjskiego, musimy wznieść czwarty Rzym, który przeczuwamy w nadświadomości i widzimy opromieniony niewidzialnem światłem...
Mdłą wonią spleśniałych ksiąg sekciarskich wiało od mglistych myśli tej dziwnej, tęsknej dziewczyny. Patrzyła w przestrzeń i, jakgdyby widząc cudowną zjawę, uśmiechała się do niej, porwana milczącym zachwytem i cichą ekstazą. Był to pierwszy, podpatrzony przez Wagina uśmiech na twarzy Ludmiły. Mimowoli uświadomił sobie, że ta smutna twarz stała się nagle piękną rozpłomienionem w duszy natchnieniem i jakgdyby namiętnością, zapalającą krew, która okryła żywym rumieńcem jej policzki i ożywiła tęskne, nieruchome źrenice. Jednocześnie jednak Sergjusz spostrzegł coś, co go zastanowiło i sprawiło mu bolesny zawód. Ta rozpromieniona twarz, płonące oczy, rozpalone i gorące wargi podkreśliły jeszcze bardziej głęboką, żrącą tęsknotę, co niepodzielnie władała sercem i duszą dziewczyny. Usiłując mówić żartobliwie, zauważył z cichym śmiechem:
— Rychło w czas nawołują ci dziwni ludzie, o których wspomniała pani, do szukania czwartego Rzymu!... Po pierwsze zapomnieli, zapewne, że ihumen pskowski Filoteusz jeszcze za czasów Iwana III-go twierdził, że czwartego Rzymu nigdy nie będzie, a po drugie — mamyż szukać nowego Rzymu, wówczas, gdy musimy obijać nogi na poszukiwanie chleba?...
— Nie tylko chlebem żywić się powinien człowiek! — szepnęła.
— A tak — a tak! Słyszałem o tem nieraz, ale co do mnie, to mogę być głodomorem nie dłużej od miesiąca! — odparł wesoło.
Ludmiła milczała. Oczy jej gasły, rumieńce jakgdyby wsiąkały w skórę, nie pozostawiając po sobie śladu, uśmiech zniknął. Wagin nie wiedział, jak nawiązać nową rozmowę, i po chwili pogrążył się we własnych myślach i przeżyciach tego wieczora. Zegar za ścianą, zgrzytnąwszy przeciągle, wybił jeden raz, ale długo jeszcze rozlegało się basowe, powoli słabnące brzęczenie sprężyny. Nagle oboje jednocześnie unieśli głowy i spojrzeli na siebie. Poprzez drżący cichy głos metalu przebił się jakiś inny dźwięk — szelest czy westchnienie...
— Proszę zajrzeć do pokoju, może Roman się obudził... — szepnął trwożnie Wagin i poszedł za dziewczyną do sieni, zatrzymawszy się na progu przed wpółotwartemi drzwiami. Pani Somowa widocznie usnęła w fotelu. Przyćmiona lampa słabo oświetlała pokój, rzucając mętną plamę na okrytą matą podłogę. Ludmiła wślizgnęła się do pokoju. Wagin nie mógł jej widzieć, bo przeszkadzały mu drzwi. Długo nie powracała, aż Sergjusz posłyszał ciche, zduszone łkanie. Starając się stąpać bez szmeru, wszedł do pokoju i zwolna posuwał się do łóżka chorego chłopca. Ludmiła, trzymając w ręku lusterko, stała pochylona nad bratem. Zaciskając sobie gardło, płakała, nie mogąc oczu oderwać od przezroczystej, bladej twarzyczki Romana. Wagin zrozumiał odrazu, że chłopak umarł we śnie, więc dotknął jego czoła i rąk. Przykry, wilgotny chłód ich, mocno zaciśnięte powieki i wpółotwarte usta dopowiedziały reszty.
— Doktór Plen uczynił wszystko, co mógł... — pomyślał Sergjusz i dotknął ramienia Ludmiły, oczami wskazując na drzwi.
Podtrzymując ją, popychał ku sieni. Pani Somowa z lekkiem chrapnięciem poruszyła się w fotelu. Spała. Wprowadziwszy Ludmiłę do siebie, usadowił ją na krześle i nalał szklankę wody. Wypiła kilka kropel, dzwoniąc zębami o szkło i opuściła głowę na złożone na stole ręce. Łkania wstrząsały nią. Wagin usiadł obok i mówił łagodnym głosem:
— Na szczęście, chłopak miał lekką śmierć... Gdy wezwaliśmy doktora, rozpoczynała się już agonja... Świeć, Boże, nad jego duszą... Niech pani nie budzi mamy... Bóg zesłał jej sen, aby pokrzepić, dodać sił... Lepiej, że się tak stało, niż gdybyście miały być świadkami długiego, ciężkiego konania... Co miało się stać, to się już stało...
— Ach, mama tego nie przeżyje! Żyła ona tylko dla Romka... zawzięła się, że uratuje go... — wzdychając i płacząc, urywanym głosem szeptała dziewczyna. — Cóż teraz z nami będzie?
Pochylił się nad nią tak nisko, że jej miękkie włosy musnęły go po twarzy.
— Panno Ludmiło, — rzekł twardym, poważnym głosem. — Człowiek ma w sobie niespożyte siły i może przetrwać najgorsze, nawet hańbę, nawet palące wyrzuty sumienia... Wszystko minie... i my kiedyś miniemy... a nic się nie zmieni...
Długo siedzieli, milcząc, aż Ludmiła, pożegnawszy go spojrzeniem, wysunęła się z pokoju.
Wagin, nie zdejmując ubrania, położył się na łóżku i, chociaż był wzburzony i smutny, odrazu zapadł w głęboki sen. Odprężone nagle nerwy, znużone innemi już wrażeniami, żądały wypoczynku. Obudził go głośny płacz pani Somowej i cichy, smutny głos Ludmiły.
Dziewczyna mówiła:
— On już przebywa w Królestwie Niebieskiem... Nie płacz, mamo, bo duszyczka jego rwać się będzie ku ziemi i cierpieć straszliwie... Pomódlmy się razem za duszę Romeczka i uprośmy go, aby nas też zabrał do siebie jaknajprędzej... jaknajprędzej!
Wagin obmył sobie twarz i ręce i, posłyszawszy kroki za ścianą, spytał, czy może wejść. Pomodliwszy się za zmarłego, zwrócił się do stroskanych i zrozpaczonych kobiet. Pani Somowa, blada i jakgdyby jeszcze bardziej posiwiała, łamiąc ręce, płakała i rozpaczała:
— Nie byłam przy jego ostatniem tchnieniu... Podła jestem... usnęłam, jak zabita, a on — synek mój, umierał tymczasem samotny!...
— Romek umarł we śnie, nic nie czując... — pocieszała ją córka.
Wagin zaczął działać. Rozejrzał się po pokoju i powiedział stanowczym głosem:
— Panie wydobędą czystą bieliznę i ubranie, a ja już nieboszczyka oporządzę. Muszą panie uzyskać zapomogę na pogrzeb... Przy cerkwi naszej istnieje fundusz na ten cel... Żyjącym z niego nic nie dają, ale w podobnych wypadkach towarzystwo dobroczynności dopomaga... Może panie mają jakich zamożnych znajomych?
— Chyba senator Ableuchow, chociaż nie wiem, czy to wypada?... — przez łzy szepnęła pani Somowa.
— W takim wypadku można prosić o pożyczkę — doradzał Sergjusz. — Zwrócimy mu ją wspólnemi siłami... Proszę się śpieszyć, bo w chińskiej dzielnicy nie wolno trzymać w domu nieboszczyków... Władze, zaniepokojone wypadkami dżumy, będą żądały natychmiastowej eksportacji. Proszę się spieszyć!... Panna Ludmiła musi jeszcze wpaść do swego biura i wziąć urlop na dwa dni... Radzę ubierać się i natychmiast iść... Proszę mi powiedzieć, gdy panie będą wychodziły... Do powrotu pań — będzie tu wszystko przygotowane.
Obejrzał się na umarłego chłopaka, przeżegnał się trzykrotnie i wyszedł z pokoju.



ROZDZIAŁ X.
GŁÓD.

Minęło już trzy miesiące od pogrzebu Romana.
Wagin wciąż jeszcze mieszkał u pani Somowej, chociaż teraz tak rzadko widywał się z nią i Ludmiłą, że nie miały one sposobności spostrzec, jak bardzo zmienił się jego wygląd zewnętrzny. Znikła wyprostowana, wyniosła postawa, zgrubiały i sczerniały ręce, na których coraz częściej dostrzec można było sińce i krwawiące blizny; zniszczone ubranie wisiało na nim, a zdeptane trzewiki przyozdabiały się coraz to nowemi łatami. Twarz Wagina nie miała już dawnego skrzepłego i drapieżnego wyrazu; oczy straciły mgliste spojrzenie tysiąca niewidzialnych, a czujnych źrenic. Na twarzy jego widniał najczęściej uśmiech spokojny i nawet wesoły lub smutny, cichy i pogodny. Zdawało się, że ani rozpacz, ani żadne inne namiętności nie mogłyby wyryć na niej swych śladów — prócz tych, które wycisnęła już i utrwaliła na zawsze przeszłość, powoli odchodząca w zapomnienie.
Lokator pani Somowej nie uczęszczał na zebrania emigrantów rosyjskich a przedsiębiorcza i ciekawa panna Marta Ostapowa nie zdołała wciągnąć go do towarzystwa, gromadzącego się każdej niedzieli w restauracji „Wołga“. Po śmierci syna pani Somowa z córką również przestały tam bywać, wymawiając się żałobą i tem, że wszystkie niedziele spędzają na cmentarzu. Wagin w dni świąteczne nie wychodził z domu i spał. Tak przynajmniej mówił pani domu, zaznaczając, że wyczerpuje go obecna praca akwizytora, którego, jak wilka, karmią nogi.
Nikt w domu nie wiedział jednak całej prawdy, a więc tego, że Sergjusz, nie mając żadnej stałej pracy, mógł sobie pozwolić tylko na trzy obiady tygodniowo, żywienie się herbatą z chlehem w resztę dni, z wyjątkiem niedzieli, kiedy zastosował zupełną już głodówkę, nie opuszczając przytem łóżka, co w znacznym stopniu ułatwiało mu przeprowadzenie podobnej „kuracji“, jak nazywał w duchu swój niedzielny tryb życia.
Coprawda, gdyby nie dość znaczna dla jego kieszeni suma za zajmowany u Somowych pokój, miałby się znacznie lepiej, nie śmiał jednak pozbawić wychudłej, zapłakanej i zgnębionej pani Somowej lokatora, więc musiał oszczędzać na wszystkiem, aby wytrwać przy swojem mieszkaniu w najlepszej części Fu-Tien-Koo. Poza wszystkiem jednak miał szczęście i bez pracy nie pozostawał, chociaż pobiłby zapewne każdy rekord jej różnorodności. Pracował, jako tragarz, przy ładowaniu okrętów; przeglądał korekty w pewnem angielskiem piśmie popołudniowem, pakował ryzy papieru, wysyłanego do Kanady; kontrolował bilety w kinie „Alhambra“; sprzedawał japoński dziennik reklamowy, wydawany w języku angielskim i chińskim, i zbierał dla niego ogłoszenia, a nawet przez kilka dni był szoferem auta ciężarowego, rozwożącego trzy razy na dobę pieczywo amerykańskiej mechanicznej „Wheat products Company Ltd“. Jak dotychczas jednak nadarzała mu się wyłącznie praca dorywcza, przypadkowa. Zawdzięczał ją we wszystkich niemal wypadkach Miczurinowi, z którym zaprzyjaźnił się, poznawszy lepiej tego pijanego zawsze rodaka. „Gospoda 4-ch stron świata“ oddawna już stała się giełdą mięśni ludzkich i... ludzkiego życia. Przez jej brudne izby, boczne oficyny, po brzegi wypchane ludzkim materjałem, i przez zatłoczone dziedzińce przewijały się codziennie tysiące Chińczyków, załatwiających niezliczone, a nieraz niemożliwe, zda się, sprawy. Szukano tam wielbłądów i poganiaczy dla karawany pielgrzymów, udających się do Tybetu, aby złożyć ofiary i zanieść modły u stóp Potali, gdzie na szczycie „świętej góry“ przebywał ukryty przed całym światem żywy Budda — Dalaj-Lama, arcykapłan buddystów — lamaitów; wynajmowano tamże karawany dla przemytników, wybierających się do Indyj, Afganistanu i Persji, namawiano głodnych kulisów, aby wyruszyli na brzeg morza dla wyładowywania zatoniętych i porzuconych przez właścicieli dżonek z towarami; tworzono partje, które za nędzną zapłatą posyłano potem do gór Sichota-Aliń na poszukiwanie czarodziejskich korzeni leczniczej rośliny „dżeń-szeń“, chociaż obydwa te przedsiębiorstwa groziły pewną śmiercią — bądź to od wzburzonych fal morza, bądź też od kul rosyjskich strażników granicznych; hersztowie bandytów werbowali w „Gospodzie“ ochotników do swoich organizacyj, mających nawet własnych „świętych patronów“; kupcy zakontraktowywali marynarzy dla napół zgniłych kryp, płynących po Jang-tse-Kiangu i kanałach; agenci rozlicznych wodzów wyszukiwali tam żołnierzy do armij, biorących udział w wojnie domowej i plądrujących kraj; sędziowie szukali desperatów, którzy za kilka sztuk srebra i przyzwoity pogrzeb zgadzali się zastąpić bogatego chunchuza, skazanego na ścięcie; w pewnych godzinach odbywały się tam nawet targi niewolnikami, bo Wagin nie mógł tego nazwać inaczej, widząc, jak rodzice sprzedawali obcym ludziom swoje dzieci, a jakieś stare wiedźmy przeraźliwemi głosami zachwalały niewinność i drażniące rozpustną wyobraźnię zamożnych kupców osobliwe właściwości swych córek i wnuczek, znajdując wkońcu nabywców. Niepodobieństwem byłoby wyliczyć wszystkich możliwości tego zbiorowiska ludzkiego, gdzie ocierali się o siebie kupcy, przemytnicy, lamowie, pomysłowi żebracy o strasznym nieraz wyglądzie, znachorzy, trędowaci, prostytutki, bandyci, prawie dzicy poganiacze zwierząt pociągowych z dalekiej prowincji Kansu, pasterze z Ordosu i Sin-Kiangu, marynarze i piraci, sztukmistrze, wędrowni aktorzy, agitujący przeciwko Europejczykom i Japończykom, zrujnowani, bezrolni wieśniacy, profesjonalni, należący do kasty złodzieje, a wreszcie — jacyś obłąkańcy nito od choroby umysłowej, nito z głodu i rozpaczy.
Na dziedzińcach i w zakamarkach „Gospody“ gromadziły się wszystkie wiadomości z Szanchaju i całego kraju, — wiadomości najświeższe i najściślejsze. Wiedziano tu o każdym wypadku, który można było wykorzystać w ten lub inny sposób. Gdzieś zawalił się niedawno wzniesiony gmach, w innem miejscu postanowiono budować nową siedmiopiętrową żelbetonową siedzibę dla związku towarzystw asekuracyjnych; z Hong-Kongu płynie kilka okrętów, które rzucą kotwicę na Wusungu, aby ładować bawełnę, skóry i papier; przygotowuje się napad na składy eksportowej firmy ryżu, a jednocześnie jacyś szaleńcy mają wybić szyby i porwać, co się da ze sklepów japońskich; misjonarze amerykańscy werbują nowych prozelitów i dają za to po dwa „tael“ i komplet nowego ubrania; słynny Mo-Sing, przewódca bandytów z Chinganu, został rozbity przez wojska rządowe pod Tsycykarem i przysłał zaufanego chunchuza, szukającego zuchwałych ochotników do nowego oddziału herszta; na Wusungu, na przystani Tientsin-Pukouskiej kolei zerwała się żelazna klatka kranu i przygniotła na śmierć kilku tragarzy; na Bundzie zdarzył się inny wypadek — chiński kupiec Li-na-cho pokłócił się z dyrektorem agencji transportowej i ten nie dał mu lichtug ani holowca do przewiezienia bawełny i jedwabiu, chociaż duży, angielski parowiec od wczoraj już oczekuje ładunku na pełnem morzu; Li-na-cho złożył swoje bele na przystani i teraz wynajmuje wozy i ludzi, aby przewieźć i przenieść swój towar do portu; w okolicach Nankingu wybuchła dżuma i władze poszukują rąk roboczych do zbierania i palenia trupów; policja z jaomynia myszkuje wszędzie, szukając piratów, którzy na Wielkim Kanale ograbili koleję kryp i zabili dwóch strażników; wesoły dom „Śpiewnych kielichów miłości“ zmienia wszystkie kobiety i poszukuje nowych i młodych... — cała ta powódź wiadomości niezmiernie nieraz ważnych obijała się o uszy Wagina, gdy, nie mając pracy, odwiedzał lejtenanta. Posłyszawszy to lub owo, natychmiast robił z tego użytek, a zawsze z dobrym wynikiem, gdyż umiał rozmawiać z ludźmi krótko, poważnie i zrozumiale i przekonywać ich zawsze. Zarabiał więc na mieszkanie i na ubogie, półgłodne życie, wierząc niezłomnie, że musi zajść jakiś wypadek, który pozwoli mu twardą stopą stanąć wreszcie na gruncie tego strasznego miasta, wrzącego stale, niby lawa w kraterze wulkanu. Niespodziewanie nastały jednak czasy niezwykle ciężkie. Napad na firmy japońskie i miejscową „josziwarę“, o czem oddawna szeptano sobie po różnych kątach „Gospody“, został dokonany i udał się nadspodziewanie. Japońskie poselstwo i konsulowie z arogancką stanowczością zażądali natychmiast przeprowadzenia śledztwa i ścisłej ochrony miasta. Zwyczajem chińskim władze długo dawały mgliste przyrzeczenia i zawiłe, wymijające odpowiedzi, lecz, gdy przed Szanchajem stanęły na kotwicy japońskie konertorpedowce, a od strony Mandżurji posuwać się zaczęły zmotoryzowane oddziały wojsk, gubernator zmuszony był otoczyć handlowe i cudzoziemskie dzielnice kordonem żołnierzy i policji, aby odciąć środek miasta i cały Wusung od dzielnicy chińskiej i okolicznych miasteczek i wiosek. Od tej chwili przerwały się wszelkie źródła zarobku i na nic już nie zdały się obfite wiadomości, różnemi drogami napływające wciąż do „Gospody 4-ch stron świata“. Trwało to już cały tydzień, a końca tak opłakanej sytuacji nikt przewidzieć nie mógł. Japońscy dyplomaci, poparci przez dowódcę eskadry kontrtorpedowców i konsula Italji, gdyż podczas zamieszek kilku obywateli włoskich, spędzających miłe chwile w objęciach malutkich, szczebiotliwych „musme“, zostało poturbowanych i ograbionych przez motłoch, domagali się wykrycia i surowego ukarania sprawców napadu, mającego, według opinji rządu tokjoskiego, wyraźne cechy wystąpienia politycznego a wrogiego państwu „Wschodzącego Słońca“.
Idąc za radą angielskiego i amerykańskiego konsulów, zaniepokojonych z jednej strony stratami firm swych obywateli, pozbawionych kulisów do ładowania okrętów, z drugiej — wzrastającą agresywnością Japończyków, chińscy sędziowie oskarżyli o udział w tej „politycznej“ awanturze kilku zbrodniarzy, oddawna już skazanych i zamkniętych w więzieniu, naprędce zorganizowali proces i oddali w ręce kata biedaków, w tym wypadku Bogu ducha winnych i o całej sprawie nie mających najmniejszego pojęcia. Japończycy jednak, poinformowani przez swoich szpiegów, nie ustępowali, żądając wykrycia wszystkich nici spisku i ujęcia prawdziwych winowajców.
Szanchaj pozostawał odcięty i izolowany od peryferyj, gdzie około miljona ludzi tak czy inaczej, lepiej lub gorzej istniało wszakże, czerpiąc środki do życia z jego niepowstrzymanego, zdawało się, szalonego pędu interesów, zachcianek, nawyków, ambicyj, rozpusty, chciwości i współzawodnictwa. Po zajazdach, jadłodajniach i herbaciarniach Czapei tłoczyli się Chińczycy i ponuremi głosami podawali sobie z ust do ust smutne, niepokojące nowiny, opowiadając o zdarzających się już wypadkach śmierci głodowej i o wybuchających tam i sam epidemjach. Za miastem, na pustych placach, gdzie wkrótce już miały się zazielenić ogrody, widniały większe i mniejsze zbiorowiska ludzi i odbywały się burzliwe nieraz narady. Coraz częściej rozlegały się głośne przekleństwa, warczące, wściekłe charczenia podburzonych, ziejących nienawiścią gardzieli i miotały się w powietrzu pięści i kije, grożące niezmiennie w kierunku przysłoniętych mgłą wielkich gmachów, kopuł i wież świątyń europejskich. Opowiadano sobie, że pięciu głodnych, zrozpaczonych żebraków z przedmieścia Li-Tao usiłowało przekraść się na Nanking Road, ale nie powróciło już.
— Policja miejska i patrole Hindusów, wysłane przez Anglików, zastrzeliły kilku!... W Szanchaju rządzą już cudzoziemcy i mordują nas! — rozlegały się przeraźliwe, judzące okrzyki.
Wtórował im zwykle ponury, głośny pomruk tłumu, poczem zapadało milczenie, jeszcze bardziej ponure i wymowne.
Wagin, jak cała niezliczona ludność dzielnicy, położonej dokoła jaomynia, nie mógł ani przedostać się poza kordony policyjne, ani też znaleźć jakiegokolwiek zarobku w samem Czapei. Głód zajrzał mu w oczy. Głód, o którym nikomu nie mógł i nie chciał mówić. Miał tyle sił i odporności, że, gdy nie udawało mu się uniknąć spotkania z panią Somową, Ludmiłą lub Miczurinem, którego przestał teraz odwiedzać, — udawał dobry humor, śmiał się beztrosko i żartował. Analizując swoje samopoczucie, zdawał sobie sprawę, że tymczasem dokuczała mu tylko fizyczna strona jego sytuacji — głód, zato duchowy świat jego nie uległ żadnej zmianie. Zasypiał i budził się z uczuciem sprawiającej mu rozkosz ulgi, że nie jest zmuszony oglądać się podejrzliwie, oczekiwać napadu, kryć się lub czyhać na wroga; nie opuszczała go świadomość radości i spokoju, że nie ma tu już nieprzyjaciół, i głębokie przeświadczenie, że nic mu już nie grozi. Nic! Głód? Tak! Dokuczał mu bardzo, sprawiał cierpienie fizyczne, chwilami nawet osłabiał, ale na krótko. Raz po raz zmuszał on Wagina do teoretycznych rozmyślań nad tak przykrem położeniem i nie mającą tymczasem żadnego wyjścia sytuacją człowieka bezrobotnego. Po trzech dniach głodu — tych najtrudniejszych do zniesienia i najprzykrzejszych — oswoił się z uczuciem palącej czczości, goryczy i suchości w gardle, napadami zamierania serca i lekkim dreszczem. Pomyślał sobie, że błędne jest przekonanie, iż uczucie głodu łatwiej się znosi, gdy niema pokus. W chińskiej dzielnicy żadnych pokus nie spotykał istotnie, bo na ulicach znikł nawet nieodstępny zapach przepalonego oleju bobowego, świadczący o tem, że gdzieś jacyś szczęśliwcy mogą się nasycać swieżemi, rumianemi „ko-sa“, pieczoną wieprzowiną z czosnkiem, sałatą z fasoli, kapusty i zimnego mięsa, obficie polaną oliwą i ostrą, brunatną soją. Tak — tego już nie widziało się oddawna na całej rozciągłości Czapei! Właściciele karczm i jadłodajni, obawiając się napadów głodnych tłumów, przewalających się chodnikami i jezdnią, nie otwierali okiennic ani drzwi, wpuszczając do wnętrzy swych przedsiębiorstw tylko znanych im osobiście klientów, ograniczywszy się do najskromniejszego i, co w tych warunkach było najniezbędniejsze, — nieuchwytnego dla powonienia jadłospisu, przygotowując wyłącznie dania gotowane jak: mięso baranie, ryby, ryż, jarzyny i zaparzane na parze — „mento“, unikając wszelkich ostrych i wonnych przypraw, jak: pieprz, ocet na grzybach, pietruszka i inne korzenie, nadające kuchni chińskiej właściwy jej „bukiet“.
Na każdym kroku spotykając ponure, ciemne twarze głodnych Chińczyków, Wagin mimowoli ostrzej przeżywał swój własny, męczący stan i przyszedł wreszcie do przekonania, że czułby się lepiej, węsząc obecność jadła lub przyglądając się na wystawie zapasom żywności. Głodował już nie po raz pierwszy, ale nigdy nie zdarzało mu się dotychczas, żeby nietylko nic nie mieć, ale nawet nie móc rzucić okiem na jedzenie. Gdy bardzo głodny człowiek zatrzymuje się przed wystawą sklepową i przygląda się leżącym za ladą czy szybą zapasom, zaczyna przeżywać szereg procesów fizjologicznych i psychicznych. Pierwsze z nich porównać można do wspomnień smakowych. Jedynie absolutnie głodny człowiek posiada tę pamięć w niebywale zaostrzonej i niemal pochłaniającej go formie. Dokładnie odtwarza ona smak każdej składowej części, każdego o innem zabarwieniu kawałka oglądanego pożywienia, co wywołuje wydzielanie się soku żołądkowego w odpowiednio zwiększonej lub zmniejszonej ilości i spotęgowane działanie organów trawiennych, podrażnionych emocją wzrokową. Być może, że narazie sprawia to cierpienie, lecz po pewnym czasie — czy to wskutek wzmożonego zużycia własnego tłuszczu, a nawet tkanek, czy też znużenia żołądka i całego systemu trawiennego, poruszonego nagle i pobudzonego do działania, następuje odprężenie przykrych wrażeń głodowych. Wtedy następuje pewna ulga, a nawet jakgdyby dopływ energji. Wagin raz jeszcze sprawdził to zjawisko na sobie, gdy, powróciwszy do domu wieczorem, przypadkowo przez otwarte drzwi spostrzegł w pokoju sąsiadek — kosz z chlebem, jakiemiś jarzynami i kawałkiem surowego mięsa. Była to sobota, więc następny dzień mógł spędzić bezczynnie w łóżku i w ten sposób przedłużyć swój stan ukojenia głodu. Leżąc, słyszał urywki rozmowy, toczącej się pomiędzy panią Somową a córką. Ludmiła skarżyła się na brutalność i niezaradność policji, której dwa razy dziennie — idąc i powracając z miasta — zmuszona była pokazywać przepustkę, wydaną jej, jako urzędniczce firmy amerykańskiej; matka jej natomiast wyrażała radość, że blokada chińskiej dzielnicy spowodowała szybki spadek cen na żywność, na którą nagle zabrakło nabywców. Ta okoliczność w znacznym stopniu poprawiła skromny budżet domowy. Sergjusz mimowoli uśmiechnął się, myśląc nad tem, jak wszystko na świecie jest względne. Gdy on sam od kilku już dni czuje w żołądku i kiszkach przerażającą chwilami pustkę, przechodzącą coraz częściej w bolesne spazmy i tępy ból, ogarniający pierś i ściskający mu gardło, taka dobra i współczująca każdemu kobieta, jak pani Somowa, bezwiednie cieszy się, że źródło jego cierpień fizycznych stało się jednocześnie źródłem chwilowego choćby polepszenia jej sytuacji. Zapomniał o tem wkrótce, bo w obecnym swoim stanie nie miał sił (dziwiło go to i niepokoiło coraz bardziej) na dłuższy czas zastanawiać się nad jedną myślą, pogłębiać ją i rozwijać. Nieraz już w ciągu dwóch ostatnich dni, usiadłszy na ławce koło świątyni Wung-Tsang, gdzie zrzadka tylko rozlegały się kroki przechodniów, Wagin postanawiał sobie skupić się, rozważyć spokojnie wszystko i ułożyć jakiś plan ratunku. Dręczyła go najwięcej myśl, że los nielitościwy zmusi go opuścić pokój u pani Somowej, gdyż nie będzie już miał czem zapłacić za następny miesiąc. Należało zastanowić się jaknajpoważniej nad swojem położeniem i znaleźć wreszcie jakieś wyjście. Tymczasem za każdym razem, ledwie zaczynał grupować wszystkie okoliczności i wysnuwać z nich wnioski, do prądu jego myśli, niby niesforne, zrywające się znienacka ruczaje, wtargać poczynały jakieś chaotyczne odłamki wspomnień, mgliste i bezładne marzenia, jakieś przebłyski coraz bardziej obłędnej nadziei, odtwarzającej przed nim fantastyczne niemal obrazy, z których ani jeden wszakże nie miał nic wspólnego z podświadomie w takich chwilach odczuwaną męką głodu. Nie mógł o niczem długo myśleć, nużyło go to i powodowało nieład psychiczny.
— Źle ze mną — myślał, leżąc w łóżku, — zaczynają się już pewne zaburzenia mózgowe... Czytałem niegdyś, że długa głodówka wywołuje podobne zjawiska... przecież nie jadłem już ośmnaście dni, chociaż i przedtem odżywiałem się zbyt... higjenicznie. Trzy obiady tygodniowo, a pozatem — „sucha“ niedziela i „półsuche“ trzy dni, kiedy zabijałem uczucie głodu — szczyptą suchego ryżu, coprawda, idealnie zato przeżutego, lub kilkoma orzechami — soja... Musiałem być już znacznie wyczerpany i osłabiony, a te prawie trzy tygodnie zupełnej głodówki...
Westchnął, przypomniawszy sobie trochę krótszy okres „ascetycznego postu“ w Petersburgu. Wydało mu się, że wtedy czuł się znacznie lepiej. Zapewne dlatego, że, błąkając się po mieście, stawał od czasu do czasu przed oknami sklepów i przyglądał się artykułom żywnościowym — pieczywu, kiełbasom, rybom wędzonym i ogromnym, ciemnozielonym arbuzom o czerwonym, soczystym miąższu. Oglądał te specjały z niezwykłem zainteresowaniem, w najdrobniejszych szczegółach, jakgdyby widząc je po raz pierwszy, wyobrażał sobie ich smak, postanawiał też, że, gdy będzie miał pieniądze, kupi sobie ten właśnie gatunek kiełbasy, wybierze arbuz mniej wodnisty od wystawionego w sklepie, ale za to słodszy zapewne, a więc — pożywniejszy... W miarę tego, jak przyglądał się przysmakom, budziło się w nim i wzrastało zdumienie, że to on — Wagin wpatruje się w tak zwykłe rzeczy i nie może nabyć ich, choć przecież są niezbędne dla podtrzymania jego sił i, być może, życia. Zdumienie jego przechodziło w szyderstwo, w pogardę dla siebie — słabego i bezbronnego, w oburzenie i wreszcie we wściekłość, żądającą jakiegoś ujścia. Gdyby urodził się proletarjuszem, niezawodnie zapalałby nienawiścią do klas majętnych i do wszystkich „burżujów“ całego świata, zapragnąłby zemsty i, oszalały z głodu i żądzy krwi wrogów, ciskałby się na barykadach lub szedł z czerwonym sztandarem na czele pochodu i ryczał na całe gardło, śpiewając „Międzynarodówkę“. Świetnie! Wszystko to, razem wzięte, znakomicie uśmierzało męki głodowe. Ale nawet tak skromnej pociechy nie mógł znaleźć w odciętej od Szanchaju dzielnicy chińskiej. Tłumy jej mieszkańców przewalały się wszystkiemi ulicami, demonstrując swoje ponure, wynędzniałe twarze z pałającemi jak u wilków ognikami głodu w ślepiach, ale domy, zamknięte szczelnie i zaopatrzone w mocne okiennice, wyglądały, jak wymarłe i opuszczone na zawsze. Tak, tu nie znajdywał podniet psychicznych, wzbudzanych samym widokiem jadła!
— Zapewne na Nanking, Fuczou i Honan-Road za grubemi szybami sklepów i restauracyj pociągają ku sobie oczy przechodniów — szynki, zaszyte w płótno, blaszanki z konserwami, ogromne, świeże ryby morskie, białe i rumiane pieczywo, złocisto-różowe banany i długie, wonne melony kantońskie? — pomyślał nagle Wagin i straszliwy, skręcający wnętrzności ból zmusił go jęknąć cicho i skulić się pod kocem, podginając kolana aż pod brodę. W tej pozycji poczuł się lepiej i marzył o tem, aby mógł usnąć nareszcie, gdyż od trzech dni ostatnich oka nie zmrużył, niepokojony i podrażniany przez kalejdoskop różnych myśli, najczęściej urwanych, nielogicznych, nie mających żadnego związku z tem, co go gnębiło. Nagłe przypomniał sobie słyszane za ścianą skargi Ludmiły na policję szanchajską, kontrolującą jej przepustkę i czyniącą różne trudności. Coś, jakaś jedna myśl, może jedno tylko słowo z opowiadania dziewczyny utkwiło mu w mózgu, ale odrazu zawieruszyło się gdzieś bez śladu. Długo wytężał pamięć, szepcąc coś sobie pod nosem, usiłował słowo po słowie odtworzyć wszystko, na co żaliła się matce Ludmiła, marszczył czoło i zaciskał szczęki, ale nie był w stanie przypomnieć sobie czegoś, co raptem stało się dla niego jakgdyby celem życia. Leżał, wpatrzony gorejącemi oczyma w mrok, i próżno usiłował przerzucić most przez niepokojącą go wyrwę w pamięci. Nie spostrzegł nawet, że do pokoju zaczęła się zakradać mętna szarość przedświtu, że ktoś, szurgając nogami po żwirze, przeszedł przez podwórko. Oprzytomniał dopiero wtedy, gdy za ścianą rozległy się ciche głosy sąsiadek, a po chwili plusk wody i brzęk miednicy.
— Mamo, — posłyszał cichy szept Ludmiły, — postaraj się wypytać Wagina, co mu jest? Wracając wczoraj z biura, spotkałam go. Szedł zamyślony i nie spostrzegł mnie. Wyglądał bardzo mizernie... Gdzież to ja schowałam tę nieszczęśliwą przepustkę?
Wagin ledwie nie krzyknął z radości. Miał już to, czego z takim mozołem i męką szukał przez całą noc. Przepustka! Przepustka, aby się wyrwać wreszcie z tego śmietnika ludzkiego, z tego zbiorowiska czołgających się trupów! Musi ją mieć, aby przedostać się do Szanchaju i... Przypomniały mu się słowa Ludmiły. Wyczuł w nich niepokój i troskę o siebie, ale jednocześnie wydało mu się, że otrzymał policzek. Ktoś ośmiela się czuć litość dla niego?! Być może, uważać go za niezdolnego nawet do walki, bezsilnego i upadającego na duchu?! Zerwał się z łóżka, szybko się ubrał i prawie wybiegł z domu. Czuł się podnieconym i silnym, lecz nie zdążył jeszcze dojść do jaomynia, a już zmuszony był stanąć i odetchnąć. Serce tłukło mu się w piersi z taką siłą, że sprawiało mu to ból; cały zlany zimnym potem, chwiał się na nogach. Wypocząwszy chwilkę, powlókł się dalej i coraz to przystawał, posuwając się powoli, aż doszedł wreszcie do „Gospody“ Miczurina i odnalazł lejtenauta. Tym razem, ku wielkiemu zdumieniu Sergjusza, „cerber“ nie był pijany. W oczach jego wyczytał nawet jakgdyby trwogę czy oburzenie.
— Jak się pan miewa, lejtenancie? — spytał Wagin, wysilając się na wesoły ton.
— Ja się już nie miewam, ale męczę się, jak potępieniec! — odparł z zupełnie już ponurą miną Miczurin. — Mój chlebodawca oszalał! Powiada, że dochody jego gwałtownie spadły do zera, bo, nie wiem, czy wiadomo panu, że te przeklęte „makaki“ japońskie wymogły na dyrekcjach kolei, aby do Szanchaju nie przewożono Chińczyków. Statki z Ankinu, gdzie podobno na dobre rozigrała się dżuma i biegunka, od dwóch tygodni już nie kursują. Karawany, idące z zachodu, zwąchawszy, co się tu dzieje i co jeszcze z tego wyniknąć może, zatrzymały się w Kałganie. Z tutejszych głodomorów nikt ani zajrzy do jadłodajni mego patrona, a jego lokatorzy nic mu nie płacą i nic nie jedzą...
— Jak ja... — pomyślał, krzywiąc usta, Wagin.
— ...albo też żrą, czart ich wie, jakie świństwa! W rezultacie ten burżuj oświadczył mi, że mogę u niego pracować za barłóg, gdzie sypiam, i dwie misy kaszy z czumizy. Niech się pan zgodzi, że jest to nawet mniej niż owa biblijna polewka z soczewicy! O hanszynie ani mru-mru! Dawniej człowiek o moich zdolnościach coś tam sobie na uboczu dorabiał i mógł jakotako istnieć, ale teraz w głowę zachodzę, co tu robić?! Co tu robić?!
— Czasowe przesilenie, po którem nastąpi era szczęśliwości i powodzenia — odpowiedział drwiącym głosem Sergjusz.
— Aha — właśnie! — krzyknął lejtenant i wypluł kilka długich, zawiłych, ohydnych przekleństw. — Era szczęśliwości, a tymczasem ckno mi i pusto w dołku... Tyle już lat człek zapijał się tą śmierdzącą siwuchą, co pozwalało mu mieć dobry humor, a teraz nic, tylko — ckno i ckno!
Nowa porcja jeszcze bardziej wymyślnych powiedzonek zakończyła przemówienie lejtenanta.
— Zdaje mi się, że owe „ckno“ stało się pospolitem samopoczuciem całego Czapei, drogi panie? — zaśmiał się Wagin. — Mam jednak nadzieję, że niebawem już poprawimy tę opłakaną rzeczywiście sytuację. Obmyśliłem pewien plan...
Miczurin skrzywił się i zukosa zerknął na gościa.
— Pańskie plany mogą być bardzo wspaniałe, ale, jak spostrzegłem już, lubi pan się cofać! — mruknął. — Zresztą, może, wreszcie namyślił się pan i postanowił przecież tego (jak go tam wabią?) żydowina posłać na łono Abrahama, Izaaka i Jakóba? Ale gdzież my go teraz zdybiemy, gdy jesteśmy tu, niby w oblężonej twierdzy? A ileż to razy mówiłem niektórym z tych drabów, że w ten sposób nie można robić napadu na japońskich kupców i „dziewczynki“, bo będzie chryja!
— Masz tobie! To widzę, że mój zacny przyjaciel i w tej historji maczał palce? — zawołał zdumiony Sergjusz.
— Robi się, co można! — wzruszył ramionami Miczurin. — Słynę z mądrych, światłych rad, więc te skośnookie małpy przychodzą do mnie w najtrudniejszych chwilach życia...
Wagin nic nie odpowiedział. Siedział blady z przymkniętemi powiekami. Przeżywał prawdziwe katusze, bo straszliwy skurcz żołądka i kiszek nieomal pozbawił go przytomności. Uspokoiwszy się trochę, spytał drżącym, co chwila urywającym się głosem:
— Czy nie mógłby pan w jakikolwiek sposób uzyskać dla mnie przepustki do miasta?
Miczurin patrzał na niego uważnie, obserwując każdy szczegół na jego twarzy.
— Hm... — zamruczał wreszcie, a w oczach jego przemknął wyraźny niepokój. — Zdaje mi się, że i panu źle się powodzi, a, może... o, do stu djabłów, może, nic pan dziś jeszcze nie jadł?
Wagin przemilczał i tylko wzruszył ramionami, unikając zbyt badawczego spojrzenia lejtenanta. Miczurin zerwał się z miejsca i pobiegł gdzieś, rękami dając znaki, aby gość czekał na niego. Powrócił po chwili, niosąc coś pod połą kurty i oglądając się na wszystkie strony.
— Jestem stuprocentową świnią — najczarniejszą ze wszystkich czarnych chińskich świń! — mówił z jakiemś zakłopotaniem. — Śmiem się skarżyć na swój los! Niech-no pan wciśnie czumizy — pożywne to jadło, choć mocno chamskie... Dla dramatyczności sytuacji wyłącznie powiedziałem o dwu misach tej kaszy, bo właściwie mogę wepchnąć w siebie choćby z pięć... Z kucharzem jesteśmy w zażyłych stosunkach, gdyż pomagam mu grać szczęśliwie w karty... z niezawodnemi szansami... Wcinaj pan, a potem pogadamy... Pójdę jeszcze na zwiady, może uda mi się wycyganić kubek herbaty...
Dyskretnie wycofawszy się z zamieszkałej przez siebie klitki, pozostawił Wagina samego, by go nie krępować. Sergjusz chciwie rzucił się na kaszę, obficie okraszoną kawałkami słoniny. W mgnieniu oka zawartość misy znikła, a natychmiast potem Wagin poczuł żar w żołądku i straszliwą senność. Z wysiłkiem, z co chwila opadającą na pierś głową, wypił kubek przyniesionej przez Miczurina herbaty, zjadł kawałek suchego chleba i nagle zasnął, jak kamień, osunąwszy się na okryte matą legowisko lejtenanta.
Gdy otworzył oczy — zdumiał się i przeraził. Zmrok już zapadał. Przed okienkiem siedział Miczurin i, zagryzając wargę, naszywał nową łatę na stare, wyszargane portki. Uśmiechnął się do Wagina i zmrużył oko.
— W takich wypadkach słodko się śpi — wiem coś i ja o tem! — wybuchając śmiechem, powiedział dziwnie radosnym głosem. — Bardzo proszę wpadać do mnie na czumizę!... Nie elegancki to poczęstunek, ale zawsze można gruntownie nabić sobie brzuch... Ale teraz przystąpmy do rzeczy! Poco wam przepustka?
Wagin szczegółowo i logicznie począł rozwijać powstający w jego głowie plan. Podczas wypraw swoich po różnych biurach w poszukiwaniu pracy spostrzegł, że przeważna część klerków, subjektów i robotników-Chińczyków zamieszkiwała peryferje. Władze, przerażone natarczywością Japończyków, nie śmiały zatwierdzać przepustek, wydawanych im przez pracodawców. Z tego przywileju korzystali tylko urzędnicy-Europejczycy, zamieszkujący odcięte od miasta dzielnice. Niezawodnie odczuwano tam teraz dotkliwy brak rąk roboczych, a, być może, nawet i wykwalifikowanych pracowników umysłowych. Wagin, z całą trzeźwością oceniając stan, wytworzony przez izolowanie miasta od przedmieści, liczył na to, że prawdopodobnie mógłby znaleźć zarobek w firmach i biurach, na nieokreślony czas pozbawionych pracowników. Kto wie — może — udałoby mu się nawet otrzymać stałą posadę? Dlatego też marzył o przepustce, gdyż przekonany był, że od tego zależy jego los i cała przyszłość.
Miczurin zrozumiał plan gościa i uznał go za słuszny i trafny.
— Myślałem już o takim świstku papieru przez cały czas, gdyście spali — mruknął. — W każdym innym wypadku mielibyście jutro przepustkę, choćby z podpisem prezydenta tego bałaganu, który ma czelność nazywać się rzeczypospolitą chińską, albo z autografem samego nawet cesarza, bo znam tu takich grawerów, o jakich nie śniło się nikomu w Europie, kopistów niezrównanych, ale to — na szmelc! Tu trzeba tak zrobić, żeby nikt nie mógł nic zakwestjonować... Hm... hm... Wiecie co? Złóżmy wizytę doktorowi Plenowi! Ucieszy się nam to wędzone dziwaczydło tembardziej, że, podobno, czuje się nieświetnie. Napadają go czasem jakieś zmory, a wtedy zatruwa się tem świństwem makowem! Nadali też djabli, że ten niemądry nałóg niszczy tak zacnego chłopa!
Doktora Plena zastali w ambulatorjum. Ponieważ i na nim odbiło się zamknięcie Czapei, gdyż pacjenci z dzielnic i koncesyj europejskich nie mogli dotrzeć do niego, Chińczycy zaś, przerażeni zastojem w handlu i z godziny na godzinę oczckiwanemi rozruchami głodnych ludzi, zapomnieli o swoich chorobach, — Plen, korzystając z wolnych chwil, porządkował swój „szpital“, robił zapasy leków, ostrzył igły do szpryc i naprawiał zużyte przyrządy i instrumenty. Wyglądał bardzo nędznie — sino-blady, pomarszczony i przygarbiony jeszcze bardziej. Ucieszył się szczerze, ujrzawszy przyjaciół i jął częstować ich papierosami.
— Porzuciłem palenie tytoniu, doktorze — wymawiał się Wagin. — Przyszło mi to z łatwością, gdyż przeprowadziłem długą kurację odtłuszczającą. Surowa głodówka dobrze mi zrobiła, szczególnie na jasność i ścisłość myślenia!
Plen podniósł na mówiącego poważne, wnikliwe oczy i uśmiechnął się nieznacznie.
— Wcześniej czy później każdy z nas musi to przejść — powiedział cicho, odpowiadając raczej na własną myśl, niż na przemówienie gościa.
Miczurin, rozwalony na tapczanie, wmieszał się do rozmowy:
— Słuchaj, najdroższa fajo bambusowa, poradź i dopomóż, bo coś mi się widzi, że w naszej sprawie ty, stary dziwolągu, możesz wiele zdziałać!
— Ja? Cóż ja mogę? Salwarsanu wam zastrzyknąć, ząb wyrwać, leczyć gruźlicę i febrę, a nawet — wyrostek robaczkowy usunąć, jeżeli nie obawiacie się infekcji w mojej „sali operacyjnej“, ciężarną prostytutkę od „płodu nieszczęsnej miłości“ uwolnić — to mogę, ale pozatem? Na cóż innego mógłbym być wam potrzebny? Przeceniasz moje siły, druhu!
— Krygujesz się, jak emerytowana kokota z Suczou-Creek‘u, drągalu! — zaśmiał się Miczurin i przedstawił mu plan Wagina, zakończywszy swe opowiadanie zupełnie realnym projektem:
— Wiem, że twój obrotny Czeng-Si podtrzymuje zażyłe stosunki z policją. Przekonaj go, że powinien dla własnego interesu wyrobić panu Waginowi urzędową przepustkę z pieczęcią jaomynia, powołując się na nieodzowną potrzebę załatwienia swoich interesów w mieście. Zapewne stary lis ma tam niejedną sprawę, gdyż...
Plen klasnął w dłonie i zawołał:
— Jakbyś słyszał jego skargi dziś zrana! Ma jakieś ważne interesy do Fen-Cziena przy ulicy Czing-Juen-Li...
— Ha! stary handlarz opjum, morfiną, heroiną i innem paskudstwem, które niektórzy dżentelmeni uważają za dar nieba! — przerwał mu lejtenant.
Przepuściwszy mimo uszu docinek przyjaciela, Plen opowiadał dalej:
— Czeng-Si dostał przepustkę, ale poza mury naszej dzielnicy przedostać się nie zdołał. Oznajmiono mu, że ani jeden Chińczyk z tej strony do dzielnicy europejskiej nie może być wpuszczony. Błagał mnie tedy, żebym poszedł i spełnił jego zlecenie, ale, ty wiesz, że ja tak daleko od swego leża odejść nigdy się nie odważę... Doskonale się składa! Bardzo pomyślnie! Zaraz idę do swego Amfitrjona i będę go skłaniał, aby przepisano mu dokument na nazwisko pana Wagina.
Doktór niezwłocznie opuścił pokój.
— Niesłychana rzecz! — wołał Miczurin. — Miałem dobre przeczucie, żeśmy tu przyszli!... Co to znaczy intuicja wybitnego intelektu!
Mówiąc to, klepnął się w czoło i wybuchnął śmiechem, lecz natychmiast spoważniał i spytał:
— Jeżeli pan urządzi swoją sprawę, to czy pan powróci do Czapei?
Wagin zrozumiał myśl lejtenanta. Podszedł więc do niego i położył mu rękę na ramieniu.
— Powrócę, choćby tylko po to, aby zabrać was ze sobą... — szepnął wzruszonym głosem. — Pragnąłbym, aby miska czumizy rentowała się wam lepiej niż owa soczewica biblijnemu Ezawowi!
Uśmiechnął się serdecznie do Miczurina, który z mocą ścisnął mu dłoń i szepnął z wdzięcznością:
— Przekonacie się wtedy, że ze mnie mogą jeszcze być ludzie...
Dalszą rozmowę przerwało wejście Plena i właściciela palarni. Czeng-Si zadziwiająco szybko, jak na Chińczyka, lubiącego mitręgę, krętactwo i ciągłe zwlekanie z decyzją, omówił sprawę, wyłuszczył treść zlecenia do Fen-Cziena i ruszył do jaomynia, sowicie opłacanego za tolerowanie i obronę zgoła nielegalnego przedsiębiorstwa, którego nie były w stanie zlikwidować ani najsurowsze dekrety cesarza i wszystkich prezydentów chińskich, ani cyrkularze władz szanchajskich i wściekła kampanja prasowa, ani nawet protesty wszechpotężnych konsulów, zatrwożonych szerzeniem się zgubnego nałogu w kolonji europejskiej. Czeng-Si powrócił do palarni, przynosząc przepustkę. Szef policji oznajmiał w niej, że cudzoziemiec — Sergjusz Wagin, osobiście mu znany, ma wolny wstęp na obszar międzynarodowego terytorjum, jako stały urzędnik europejskiej narodowości, zatrudniony w „cieszącym się sprawiedliwie zasłużoną opinją i znanym hotelu“ czcigodnego obywatela i kupca Hai-Czeng-Si przy ul. Fu-Tien-Koo, N 1018, co „przewidziane jest artykułem 3 i 4 cyrkularza Nr. 17 jego ekscelencji Daotaja trzeciego dnia, drugiego miesiąca dziesiątego roku Republiki Chińskiej“.
Z takim to dokumentem w kieszeni tużurka powrócił Wagin do domu i po raz pierwszy od kilku tygodni pani Somowa posłyszała głos lokatora. Prosił o gorącą wodę, odrobinę benzyny i jakąś szmatkę.
Do północy pracował Sergjusz, piorąc kołnierzyk, czyszcząc garnitur, płaszcz i kapelusz, aby nadać swej garderobie możliwie przyzwoity i świeży wygląd. Gorzej było z obuwiem, ale na łaty i skrzywione obcasy nie było żadnej rady. Poprzestał więc na znakomitem wyglancowaniu trzewików, obiecując sobie, że jutro postara się najbardziej bijące w oczy defekty obuwia przykryć możliwie nisko opuszczonemi nogawicami spodni.
Spal tej nocy mocno. Obudził się rzeźki i jakgdyby odrodzony.
— Przez całe życie będę jadał na kolację czumizę! — przysięgał sobie żartobliwie, ubierając się dokładnie i goląc z wyjątkową starannością.
— Reprezentuję przecież tak czcigodną firmę, jak spelunka pana Hai-Czeng-Si! — myślał, uśmiechając się wesoło.
Nie miał ani chwili obawy, żeby plan jego mógł się nie udać. Czuł się tak, jakgdyby załatwił już wszystko, był spokojny i zadowolony z siebie. Pogwizdując, wyszedł na Fu-Tien-Koo i podążył ku bramie, prowadzącej na koncesję francuską. Posterunek przy wylocie ulicy Montauban obejrzał dokument i bez sprzeciwu przepuścił Europejczyka. Z rozkoszą wsłuchiwał się Wagin w odgłosy własnych kroków na cementowych płytach chodnika i z nadzieją wpatrywał się w krzyż, połyskujący na kopule kościoła św. Józefa. Z radością witał wzrokiem roziskrzonych oczu każdego przechodnia i widział w nim brata, mimowoli uśmiechając się do niego przyjaźnie. Ludzie ci nie spostrzegli go nawet, śpiesząc do swoich zajęć i z niepokojem spoglądając na wskazówki zegara, umieszczonego na dzwonnicy kościelnej. Dochodziła godzina dziewiąta.
Sergjusz postanowił wykonać przedewszystkiem zlecenie Czeng-Si i dopiero potem rozpocząć załatwienie własnej sprawy. Gdy znalazł się koło Kalee-Hotel na Kiangsi-Road, ktoś głośno wykrzyknął jego nazwisko. Obejrzał się natychmiast, czego przed ostatniem widzeniem się z Abramem Chackelesem nigdyby, zachowując niezbędną wówczas ostrożność, nie zrobił. Dopędziła go Ludmiła. Patrząc na nią, zauważył, że ma lekki, elastyczny i zarazem dystyngowany chód i w ruchu nie garbi się, niosąc głowę wysoko i jakgdyby dumnie. Miała na sobie czarny kostjum i takiż beret. Pod pachą trzymała dużą, czerwoną tekę, wypchaną wycinkami z pism.
— Spotykamy się na ulicy po raz pierwszy! powiedziała, wyciągając do niego małą, mocną dłoń, siłą swoją nie harmonizującą z miękkiemi kształtami całej figury, którą Wagin dobrze sobie zapamiętał od owego smutnego wieczora, gdy zakończył życie biedny Romek.
Witając ją serdecznie, odpowiedział:
— Teraz zapewne będziemy zawsze razem wychodzili z domu, a może nawet i powracali jednocześnie!
— To znaczy, że wszystko będzie dobrze, bo muszę się przyznać, że obie z mamą byłyśmy o pana niespokojne. Miał pan wygląd ciężko chorego... — powiedziała.
— Istotnie! — uśmiechnął się. — Zapadłem na jakąś chorobę żołądkową. Przykre spazmy, bóle i słabość ogólna... ale to minęło, zawdzięczając doktorowi Plenowi!
Kłamał jak z nut, ale, gdyby ktoś zwrócił mu na to uwagę, Wagin uświadomiłby sobie, że kłamstwo to nie było rozmyślne, lecz płynące z jakiegoś nieznanego mu źródła. Nie obawiał się bynajmniej, że Ludmiła zapyta go, gdzie znalazł pracę, zdawało mu się bowiem, że, nie zająkając się, wymieni nazwę firmy i nazwisko jej kierownika. Do pytania tego nie doszło jednak, bo Ludmiła na rogu ulicy Tientsińskiej pożegnała Sergjusza i weszła do dużego gmachu, upstrzonego licznemi szyldami. Patrząc w ślad za nią, wzdrygnął się cały, uprzytomniwszy sobie, że w takiej sytuacji, w jakiej sam znajdował się wczoraj, mogły również znaleźć się Ludmiła i jej matka — dwie bezbronne, tęskne kobiety, zawsze pracowite i milczące jak mrówki. Ta myśl wydała mu się potworną. Wzdrygnął się raz jeszcze i całą siłą woli zagłuszył nagły strach, w zimnych kleszczach trzymający jego serce.
Fen-Czien przyjął Wagina niezwłocznie i łamaną angielszczyzną długo wypytywał go o to, co się dzieje za murami chińskiego miasta, czy wielu już zarejestrowano chorych na dżumę i czy nie mnożą się napady głodnej ludności na domy kupców i większe warsztaty. Wagin uspokoił Chińczyka i wręczył mu list Czenga. Czytanie trwało bardzo długo, a jeszcze dłużej kaligrafowanie, a raczej „rysowanie“ odpowiedzi na pismo i wypełnianie czeku na filję banku Tung-Lu w Czapei. Dopiero wtedy poważny, niezmiernie ugrzeczniony Fen-Czien począł żegnać interesanta, wyrażając radość, że jego czcigodny przyjaciel zdołał sobie pozyskać tak wybitnie zdolnego i pięknie ułożonego współpracownika. Nie uszła uwagi Wagina okoliczność, że kupiec ani słowem nie zdradził się z tem, iż jest dokładnie poinformowany o rodzaju przedsiębiorstwa czcigodnego Czeng-Si.
— Nie łatwe to zadanie z takim wyrobionym, spokojnym i przebiegłym narodem dojść do przyjaznego i szczerego porozumienia! — myślał Wagin, przyglądając się uśmiechniętej, lisiej twarzy starego, opasłego Chińczyka i żegnając go.
Gdy z ulicy Czing-Juen-Li skręcał na Peking-Road i wychodził na Bund, zegar na gmachu komory celnej wybił dwanaście razy. Wagin usiadł na ławce i przez kilka minut rozważał dalszy plan działań.



ROZDZIAŁ XI.
KONCERN PRASOWY SZUN-PAO.

Sergjusz Wagin kwadrans po dwunastej wchodził już do biura pisma, w którem przed miesiącem pracował dorywczo w charakterze korektora i akwizytora. Miał tam kilku znajomych clerk‘ów. Postanowił naradzić się z nimi i wypytać o podświadomie przeczuwane możliwości znalezienia pracy. Przyjęli go uprzejmie. Pamiętał, że imponował im zawsze swoją postawą człowieka z najlepszego towarzystwa, co tym młodym Amerykanom wydawało się sztuką nie do osiągnięcia, gdyż jeden z nich był synem zbankrutowanego hodowcy świń w Illinois, drugi zaś rozpoczął samodzielną karjerę w prerjach w futrzanych portkach cow-boy‘a, a trzeci wogóle nie lubił przypominać szczegółów swego życia w Stanach. Otrzymując po 500 dolarów amerykańskich, nie wiedzieli, co z takiemi pieniędzmi robić w Szanchaju, więc ubierali się jak książę Walji, mieli własne Fordy, nudzili się na dancingach w Astorze, Carltonie i Cafe Parisien, rozreklamowanej, jako „the most beatiful cafe of the Far East“ przy ulicy Edwarda VII, dawali się wyzyskiwać nowym kobietom, lansowanym przez Miss Margaret, i grali w golfa, przechowując jednak we wszystkiem nawyki i obyczaje świniarza, pastucha i... mieszkańca więzienia Sing-Sing.
— Czy dżentelmeni nie macie ogłoszeń z rubryki „ofiarowane posady“? — spytał Sergjusz, potrząsnąwszy ręce przygodnym kolegom.
Odpowiedzieli mu chórem:
— Ależ dział ogłoszeniowy znakomicie zarabia teraz na tej właśnie rubryce! Przed chwilą dopiero przyniesiono z drukarni całe cztery kolumny ofert. W firmach, biurach i zakładach przemysłowych — pustka i panika! Niema ludzi do pracy. Damm! Wszystko staje powoli, gromadzą się stosy korespondencji, rachunków, konosamentów! Chińczyków zablokowano na peryferjach, Amerykanie i Anglicy, nastraszeni oczekiwanemi wybuchami buntu tubylców i szerzącą się w dolinie Jang-Tse dżumą, na łeb, na szyję wyjeżdżają do kraju. Klęska! panika! Mógłby pan otrzymać i u nas posadę, bo John Smith (ten kulawy, z myszką na szyi) i Edgar Falthold wyjechali onegdaj do Vancouver, nie podjąwszy nawet należnej im za dwa tygodnie pensji! Bylibyśmy prawdziwie zadowoleni, gdyby pan pracował u nas. Interes — uregulowany, solidny, prosperuje znakomicie, chociaż nasz dyrektor ciągle użala się i kwęka. Bądź co bądź taki koncern prasowy, jak „North-China Daily News“ i „Herold“, to nie pies płakał! W „Oriental Press“ — również wakują posady, bo i tam zdarzyły się wypadki ucieczek urzędników i współpracowników...
Wagin słuchał uważnie, ciesząc się wewnętrznie. Z usposobienia i wykształcenia najbardziej pociągała go praca w redakcji jakiegokolwiek poważnego pisma.
— Chciałbym przejrzeć te ogłoszenia o ofiarowanych posadach — powiedział i, otrzymawszy kilka szpalt druku petitowego, pogrążył się w odczytywaniu kolumn. Przekonał się, że największe zapotrzebowanie było na robotników — tkaczy i ślusarzy, na pomocników szoferów przy ciężarowych samochodach, a także clerk‘ów w składach i biurach i rachmistrzów bankowych, ale znalazł też kilka ogłoszeń, bardziej go nęcących. Poszukiwano korespondentów, władających angielskim, francuskim, niemieckim i włoskim językiem, buchalterów drugiej klasy, pomocników inżynierów tekstylnych, sanitarjuszów szpitalnych, agentów wielkich firm i kierowników działów upakowań i transportu. Jedno z ogłoszeń zwróciło na siebie uwagę Sergjusza, chociaż treść jego nic a nic obchodzić go nie mogła.

„Nowopowstająca firma handlowa poszukuje energicznego kierownika karawan do Mongolji Zewnętrznej i Turkiestanu Chińskiego. Propozycje tylko listownie z załączeniem opisu poprzedniej działalności. Skrytka pocztowa 313“ — brzmiał tekst ogłoszenia.

Nie zdając sobie sprawy, dlaczego to czyni, Wagin dwukrotnie przeczytał te trzy linje petitu i zapamiętał je dokładnie! Na jednej z kolumn odnalazł ogłoszenie, które, jak mu się zdawało, w zupełności odpowiadało jego żądaniom. Największy koncern prasy chińskiej, słynny „Szun-Pao“ oznajmiał, że przyjmie wykształconego wszechstronnie, władającego conajmniej dwoma językami, cudzoziemca dla redagowania działu „Przegląd prasy zagranicznej“, przyczem nie byłaby wykluczona współpraca w innych również działach. Zarząd koncernu reflektował tylko na siły pierwszorzędne, gwarantując ze swej strony wysokie wynagrodzenie.
Wagin, nie namyślając się długo, zapisał sobie adres „Szun-Pao“ i, obiecawszy Amerykanom, że postara się wpaść do nich po przerwie obiadowej, wyszedł z biura. Prezes koncernu przyjął go ze zwykłą dla Chińczyka przesadną uprzejmością i powodzią pochlebstw i rozpoczął długą pogawędkę, mającą wszystkie cechy wywiadu policyjnego. Znudziło to wkońcu Wagina, więc zapytał prezesa zimnym tonem:
— Czy panu chodzi o wykwalifikowanego kierownika działu, czy o jakiegoś świętego?
Prezes zaczął się śmiać i kłaniać. Przeraził go nieco ton kandydata, którego nie chciał stracić, bo Sergjusz zdołał go już przekonać, że dobrze zna kilka języków obcych, więc klasnął w dłonie i kazał białoubranemu bojowi podać herbatę i ciastka.
— Prezesie — mówił, nie zmieniając brzmienia głosu, Wagin, — jestem przekonany, że w Chinach nie znajdzie pan nikogo — lepiej ode mnie władającego różnemi europejskiemi językami. Mam za sobą skończone studja prawnicze i pewne doświadczenie dyplomatyczne. Pochodzę ze znanej i dobrej rodziny, mam w żyłach krew angielską, referencje o mnie mogą złożyć na ręce koncernu wdowa po słynnym uczonym, pani Somowa, senator Ableuchow, doktór medycyny von Plen, lejtenant marynarki Miczurin i mój przyjaciel, właściciel znanego hotelu, czcigodny Czeng-Si, którego plenipotentem jestem w tej chwili. Ponieważ rewolucja bolszewicka pozbawiła mnie możności pracy w ojczyźnie, wyemigrowałem do Chin i chciałbym urządzić swoje życie odpowiednio, będąc jednocześnie pożytecznym memu pracodawcy i krajowi, który mię przyjął gościnnie.
Europeizowany pan Liao-Kaj-Fan zacierał ręce, uśmiechał się wytwornie, ale z odpowiedzią zwlekał. Zresztą nie byłby Chińczykiem, gdyby nie trzymał się takiej właśnie taktyki. Sergjusz zmuszony był na poczekaniu przeczytać i streścić prezesowi mowę Lloyd-George‘a z „Manchester Guardian“, przetłumaczyć wstępny artykuł z „La Stampa“, opowiedzieć przebieg posiedzenia Kortezów w relacji madryckiego „El Sol“, przejrzeć ekonomiczną kronikę w „Frankfurter Zeitung“, zestawić ją z tem, co umieścił w nowinach dnia paryski „L‘Intransigeant“, i wreszcie zreferować artykuły redakcyjne z moskiewskich „Izwiestij“ i „Prawdy“. Egzamin ten wypadł tak błyskotliwie, że przebiegły Liao-Kaj-Fan nie potrafił nawet ukryć swego zachwytu, więc, żeby osłabić wrażenie, gdyż obawiał się wygórowanych wymagań kandydata co do honorarjum, uśmiechając się jeszcze uprzejmiej, rzucił:
— Jaka szkoda, że nie zna pan języka japońskiego!
— Muszę uprzedzić szanownego prezesa, że nie znam również języka Bambara i Inków, — najpoważniej w świecie odparł Sergjusz, — lecz w ogłoszeniu koncernu te piękne skądinąd języki nie były wymienione.
Prezes nie miał pojęcia o jakichś tam Bambara, więc, nadrabiając miną, zauważył:
— Te narody nie mają tymczasem zbyt wielkiego znaczenia w polityce światowej...
— Istotnie, pan prezes bardzo trafnie to ujął — a całą powagą odpowiedział Wagin.
Chińczyk jednak, widocznie, wyczuł ukrytą ironję w głosie klienta, gdyż spojrzał na niego pytająco a po chwili wzrok jego pobiegł ku beznadziejnie zakurzonym tomom Encyklopedji Brytyjskiej, butwiejącej na niedosiężnej półce „reprezentacyjnej“ bibljoteki. Na tem utknął pierwszy, nieskończenie długi akt zabiegów Wagina o posadę. Akt drugi miał również długi przebieg, różniąc się od poprzedniego stosowaniem charakterystycznych chwytów taktyki chińskiej. Pan Liao-Kaj-Fan, wysadzając się na komplimenty, uznanie i zachwyty, sypiąc uśmiechami i dowcipami, nie dawał się sprowadzić na drogę stanowczej odpowiedzi. Ślizgał się dokoła ważnych warunków wynagrodzenia za pracę, wywijał się jak węgorz, proponował odroczenie odpowiedzi do jutra, motywując to brakiem upoważnienia do osobistej decyzji, a gdy Wagin stanowczym głosem, spokojnie patrząc na prezesa, oznajmił, że albo wyjdzie dziś jeszcze z podpisaną umową, albo też nie będzie już nigdy oglądał tak sympatycznego oblicza największego w Chinach potentata prasowego, zaczął znowu uciekać się do wymijających, mglistych odpowiedzi, zwlekał, namyślał się, siedząc w sztywnej pozie w fotelu, aby tylko wygrać na czasie i znużyć petenta, prowadził rozmowy telefoniczne, wychodził z gabinetu pod pozorem narady z kolegami i powracał skupiony i tajemniczy, chociaż Sergjusz nie wątpił, że Chińczyk z nikim o jego sprawie nie mówił. Spokój i stanowczość Wagina działały na nerwy prezesa i wreszcie zgnębiły go. Wzdychając i pojękując, szeptem wymienił śmiesznie niską sumę honorarjum tygodniowego i zatopił niespokojnie pytające oczy w zimnej twarzy siedzącego przed nim kandydata.
— Mam wrażenie, że pan prezes jednocześnie angażuje nowego boja i pomieszał jego warunki z warunkami kierownika bardzo ważnego działu w swoich dziennikach... Żaden szanujący się inteligent o moich kwalifikacjach nie będzie poważnie się zastanawiał nad sumą, wymienioną przez pana, i nie zgodzi się na honorarjum tygodniowe, — szyderczym głosem powiedział Wagin i podniósł się z krzesła.
Chińczyk ostatecznie przeraził się i upadł na duchu. Znał się na ludziach i miał wielkie doświadczenie dziennikarskie, więc zrozumiał odrazu, jak poważną uzyskałby siłę, angażując tego Rosjanina. Chodziło mu tylko o wyznaczenie możliwie skromnego wynagrodzenia. Przecież emigranci cierpieli taką nędzę, że za grosze podejmowali się najcięższej pracy, bez protestu pozwalając się wyzyskiwać, aby tylko nie przymierać z głodu. Słyszał kiedyś, że chińskie towarzystwo akcyjne tkanin bawełnianych, na stanowisku kierownika zakładów miało słynnego inżyniera moskiewskiego, zadawalniającego się taką płacą, jaką pobierali ślusarze w kotłowni. Odpowiedź i wyrazisty ruch Wagina przekonał jednak prezesa, że ma do czynienia z człowiekiem twardym i nie przyciśniętym potrzebą. Na szczęście nie patrzał na nogi interesanta, gdy ten wchodził do jego gabinetu. Czyste ubranie i biały miękki kołnierzyk Wagina nie dawały powodu do nieomylnych wniosków o jego prawdziwym stanie finansowym.
— Zaproponuję panu sto dolarów za próbny miesiąc... — wyjąkał, bo tak wygórowana, jak mu się zdawało, suma nie chciała przejść prezesowi przez gardło. — Sto dolarów!...
— Próbę odbyliśmy już w ciągu ubiegłej godziny, inna nic nie da nowego! — jeszcze bardziej sucho i obojętnie zaprotestował Sergjusz. — Pozatem pozwolę sobie zapytać, w jakiej walucie płaci pan honorarjum swoim współpracownikom?
Liao-Kaj-Fan zatrzepotał rękami, jak przerażone pisklę nieopierzonemi skrzydełkami, i zawołał z przerażeniem w głosie:
— Wymieniłem sumę — sto dolarów... chińskich!
— Ta-ak? — przeciągnął Wagin. — Przychodzę do pan prezesa bezpośrednio z biura „North China Daily News and Herald“, gdzie za nieporównanie łatwiejszą i nieodpowiedzialną pracę ofiarowano mi tę samą sumę — sto dolarów amerykańskich. Zamierzając na stałe osiedlić się w Chinach, wolę pracować w prasie krajowej, a nie cudzoziemskiej... To znaczy, że nie mógłbym się pogodzić z mniejszem wynagrodzeniem, lecz skoro koncern „Szun-Pao“ nie jest w stanie...
— Kto powiedział, że koncern nie może zapłacić? — przerwał przerażony tem ostatecznie Liao-Kaj-Fan. — Owszem gwarantujemy panu tę sumę na przeciąg sześciu miesięcy z prawem obopólnego wymówienia miesięcznego. Po pół roku ustalimy nowe warunki współpracy... Czy mam sporządzić umowę?
Wagin udał, że namyśla się jeszcze. Po chwili wydobył notesik i począł w nim szukać czegoś, aż wreszcie oznajmił, że ostateczną odpowiedź da za godzinę, gdyż musi jeszcze wstąpić do redakcji „Daily News“.
— Poco odkładać to, co możemy zakończyć odrazu! — wykrzyknął prezes. — Pan jest tak solidny człowiek, że w pięć minut można z panem ubić każdy interes!
Wagin nie mógł powstrzymać się od uśmiechu i podniósł oczy na stojący na biurku zegar. Chińskie „pięć minut“ w gmachu „Szun-Pao“ trwały prawie dwie godziny!
— Każę wypełnić blankiet umowy — zacierając ręce, kusił prezes — i wypisać czek... na trzydzieści dolarów zaliczki.
Sergjuszowi serce zabiło tak mocno, że aż musiał oczy zmrużyć. Opanował jednak wzruszenie i odpowiedział nieswoim, dziwnie głuchym głosem:
— Proszę, skoro pan prezes tego życzy...
Teraz obawiał się, że dalsze formalności będą również powolnie załatwiane. Czuł, że musi opuścić czemprędzej gabinet prezesa. Napięte podczas długiej rozmowy nerwy, odprężone po szczęśliwem jej zakończeniu, domagały się gwałtownie wypoczynku. Było to wprost niezbędne, aby nie zdradzić przed przebiegłym Chińczykiem opanowującej go radości i wzruszenia. Starał się wziąć się w ręce, z dumą myśląc o tem, jak wszystko doskonale przeczuł, obmyślił i przeprowadził. Na chwilę zdusił w sobie rosnącą potrzebę tkliwej szczerości i wyrażenia natychmiast czeinkolwiek swego radosnego nastroju. Należało się śpieszyć z podpisaniem umowy i odbiorem wspaniałego czeku, więc myśl tę całą siłą woli usiłował narzucić niehojnemu wcale prezesowi. Czekając, aż w biurze przygotują potrzebne dokumenty, od niechcenia zapytał Liao-Kaj-Fana:
— Mam przyjaciela, który poszukuje odpowiedniej posady... Jest to były oficer marynarki, człowiek niezmiernie energiczny, doskonały organizator i mówiący po chińsku zupełnie biegle. Czy nie miałby pan prezes jakiejś dla niego posady w dziale administracyjnym lub w składach przy drukarni? Koncern miałby z niego prawdziwą pociechę!
Prezes tym razem odpowiedział bez namysłu:
— Doskonale się składa! Mamy ciągły kłopot z kolporterami. Kradzieże, awantury i wogóle — nieład! Tą hałastrą powinien rządzić jeden człowiek, ująć wszystkich w żelazne karby i mieć na nią silny wpływ... Jeżeli ów przyjaciel pana...
— Lepszego wyboru nie mógłby pan zrobić! — przerwał mu Wagin. — Lejtenant Miczurin potrafi wprowadzić taki rygor, jak na pokładzie okrętu. A co do jego wpływu osobistego — powiem tylko jedno. Jest to olbrzym, który z łatwością przerzuca dorosłego człowieka przez wysoki mur. Więc prezes pozwoli, że jutro o dziewiątej stawimy się razem?
— Owszem... owszem... jeżeli ten lejtenant nie będzie żądał wygórowanej pensji... — począł wywijać się Liao-Kaj-Fan. — Mógłbym mu płacić... piętnaście dolarów chińskich tygodniowo...
— Mam nadzieję, że ugodzą się panowie za dwadzieścia pięć — odpowiedział Wagin i zaśmiał się wesoło: — Cieszy mnie, że prezes będzie miał zupełny spokój, a mój przyjaciel — odpowiadającą jego temperamentowi i zamiłowaniom pracę!...
W półgodziny potem Wagin wychodził już z potężnego, zajmującego cały kwartał pomiędzy czterema ulicami gmachu największego w Chinach koncernu „Szun-Pao“, mając w kieszeni półroczną umowę i czek na trzydzieści dolarów amerykańskich. Bojąc się uprzytomnić sobie tak głęboką i niemal cudowną przemianę w życiu, aby nie wybuchnąć spazmatycznym śmiechem lub płaczem, gdyż czuł, że coś go ściska za gardło, a w piersi podnosi się miękka, ciepła fala, zalewająca roztętnione serce, mocno zaciskając szczęki a jednocześnie uśmiechając się oczyma, wszedł do pierwszego napotkanego w drodze banku.
Podniósłszy pieniądze, z tym samym wyrazem na twarzy i jakgdyby zastygłym prądem radosnej myśli od chwili ostatniego uścisku dłoni prezesa „Szun-Pao“, wstąpił do dużego sklepu i kupił sobie nowe buty i dwa sztywne kołnierzyki. Załatwiwszy sprawunki, szybkim krokiem powracał ku chińskiej dzielnicy. Wylegitymowawszy się przy północnej bramie, wkrótce przeciskał się już przez tłum, wypełniający ulicę Fu-Tien-Koo. Po oddaniu listu Fen-Cziena właścicielowi palarni Sergjusz powtórzył mu ze wszelkiemi szczegółami rozmowę swoją z jego przyjacielem, poczem wpadł do Plena, który, wypaliwszy przed chwilą swoją porcję opjum, czuł się podnieconym i wesołym. Razem udali się do „Gospody 4-ch stron świata“ i, odnalazłszy Miczurina, we trójkę zjedli prosty, ale wcale niezły obiad. Miczurin, posłyszawszy o wynalezionej dla siebie posadzie, raz po raz porywał się całować Sergjusza po rękach, mrucząc przez łzy:
— Dobroczyńco... szlachetny człowieku... aniele z nieba mi zesłany...
Wagin odpowiadał mu ze śmiechem:
— Przepowiedziałem wam przecież, drogi lejtenancie, że na owej misie czumizy zrobicie lepszy business, czyli jak wymawiają to słowo Chińczycy — „pidżin“, niż starozakonny Ezaw, chociaż on, kropka w kropkę jak i wy — „lisowaty był i cały, jak skóra, we włosiach“.
Plen zaśmiał się i spytał, co znaczą te ekskursje w dziedzinę Starego Testamentu.
Lejtenant zmieszał się i niechętnie odpowiedział, machnąwszy włochatą łapą:
— Prawnik-to, więc ma język luźnie podwieszony, no i brzdęka, co mu tam ślina przyniesie...
Wagin, wybuchając śmiechem i klepiąc Miczurina po potężnym grzbiecie, odparł, zwracając się do Plena:
— Trochę przeciągnęła się moja kuracja głodowa, o której wam wspomniałem wczoraj, więc wyglądałem jak nieboszczyk. Poczciwiec ten nakarmił mnie przewspaniałą kaszą z czumizy i wlał dwie miseczki mocnej herbaty. Tak pożądany „nabój“ spowodował u mnie wybuch energji i rozjaśnienie mózgu i — oto widzicie dziś przed sobą potężnego redaktora „Szun-Pao“ w naturalnych wymiarach! Żebyście tylko wiedzieli jak mi dobrze zrobiła ta misa czumizy! Okręciłem tę szelmę-prezesa dookoła palca, niby tasiemkę, i podsunąłem mu wspaniały pomysł wypisania czeku na całych trzydzieści dolarów amerykańskich, to znaczy — 76 tutejszych. Jestem więc miljonerem, a w najbliższej przyszłości zamierzam stać się miljarderem! Żeby już wyglądać na takiego, kupiłem sobie nowe trzewiki, a jutro ujrzeć mnie możecie w śnieżnobiałym, sztywnym kołnierzyku!
— Zawsze mówię, że wygląd zewnętrzny niczego nie dowodzi! Taki sobie zwykły drab, pijaczyna i — niech to pozostanie między nami — trochę nawet bandyta, w gruncie rzeczy zaś najporządniejszy z niego i najlepszy człowiek. Nie udawaj, lejtenancie, że nie rozumiesz, o kim mówię!
Śmiali się wszyscy trzej, a potem rozważali możliwości, otwierające się przed Waginem. W toku rozmowy doktór wtrącił nieoczekiwanie:
— Na gruncie chińskim, niedawno tak niewzruszonym w posadach, a teraz wstrząśniętym do głębi, zmiennym i płynnym, powinno się być przewidującym i ogromnie ostrożnym. Dochodzą mnie wieści niedobre. Już podobno połowa doliny Niebieskiej rzeki ogarnięta jest dżumą. Tymczasem nikt nie może mi wyjaśnić ilości wypadków epidemji i samego przebiegu choroby, ale wiem już o kilku żebrakach, którzy zapadli na dżumę w naszej dzielnicy. Chorują również węglarze w osadzie robotniczej, w pobliżu gazowni, położonej za plantem kolejowym. Wypadki epidemji zdarzają się też w Tungczou i Czin-kiangu, to znaczy, że zaraza sunie z biegiem rzeki. Jeżeli przybierze w Czapei znaczne rozmiary, zostaniemy jeszcze surowiej odcięci od Szanchaju i całego świata. Musicie, mili moi, mieć nad tem pilne oko, bo cóż się stanie z waszemi posadami, kiedy rada miejska i rada konsulów ogłoszą kwarantannę?! Wtedy nie pomogą już żadne przepustki. Wszyscy będziemy zmuszeni siedzieć wśród murów naszej dzielnicy i wróżyć, czy porwie nas dżuma, czy też ominie...
Sergjusz zaniepokoił się nowinami, posłyszanemi od Plena, i spytał go, czy policja została już powiadomiona o żebrakach chorych na dżumę.
— Naturalnie, że jaomyń o tem już wie — powiedział doktór. — Wie, ale dotychczas ukrywa prawdę przed władzami, aby nie mieć kramu i odpowiedzialności za walkę z epidemją.
— Jakżeż można ukryć taką straszną i niebezpieczną zarazę, jak dżuma?
Plen i Miczurin zaśmiali się jednocześnie.
— W Chinach to zwykła rzecz! — objaśnił lejtenant, wzruszając ramionami. — Już dwa razy widziałem, jak się z tem załatwia policja. Otrzymawszy wiadomość, że ktoś zmarł na dżumę, bo tak określili znachorzy, wróżbici lub wprost „starcy“, policja wyprowadza paru aresztantów z więzienia i każe im zanieść nieboszczyka, a czasem i niecałkiem jeszcze trupa — za miasto, obłożyć gaoljanem i spalić. Tu o życie ludzkie nikt się nie upomina, bo i słusznie — około półmiljarda żółtego bractwa stłoczyło się w Chinach, więc można się raczej cieszyć, gdy wojna, głód, rewolucja, powódź czy epidemja porządnie przetrzebi to mrowisko. Poznałem w zeszłym roku pewnego inteligentnego Chińczyka, który utyskiwał, że Chiny nie są nawiedzane przez trzęsienie ziemi i wylewy morza, jak Japonja, gdzie kwestję przeludnienia sama natura radykalnemi środkami reguluje znakomicie.
Doktór słuchał spokojnie i potakiwał mówiącemu ruchem głowy. Gdy Miczurin zakończył swoje opowiadanie, dodał:
— Dopiero, kiedy epidemja wybuchnie z całą siłą, kiedy ludność zacznie masowo zapadać na dżumę i wyniknie panika, wtedy władze ustanowią kwarantanny i zamkną chorych i zdrowych w ognisku zarazy. O tem trzeba pamiętać, aby zawczasu wydostać się poza mury, bo inaczej — nastąpi generalna klapa dla wszystkich waszych zamiarów i nadziei!
— Doktór nas powiadomi i wymknie się stąd razem z nami! — powiedział Wagin.
Plen wzruszył tylko ramionami i spytał szczerze zdziwionym głosem:
— Ja? A poco? Czyż dla mnie nie jest obojętne, gdzie mam skonać, na mojej pryczy, czy gdzieś za miastem?
Rozmowa się urwała na chwilę, bo w głosie doktora odezwały się nuty tragicznej rezygnacji. Wszczął ją jednak ponownie Sergjusz, mówiąc z niepokojem:
— Trzeba będzie uprzedzić moje panie, aby miały się na baczności i przygotowały do ucieczki... Nie mogę przecież porzucić ich na łaskę losu?! Gdyby, nie daj Boże, zachorowały, pan, doktorze, nie mógłby już im pomóc!
— Chińczycy nie pozwoliliby mi nawet zbliżyć się do zadżumionych, bo uważają ich za dotkniętych palcem „dżosa“ — ducha choroby! Mam nawet pewne dowody, że nie dążą oni bynajmniej do prędkiego zlikwidowania epidemji, gdyż po jej wygaśnięciu życie bądź co bądź staje się łatwiejszem — w mieście i na wsi zmniejsza się bowiem ilość współzawodników w walce o chleb, a rodzinie — ubywa kilka głodnych gardzieli.
Długo jeszcze trwała rozmowa o dziwnych, straszliwie realnych poglądach Chińczyków na życie, o sprawach bliższych, dotyczących bezpośrednio emigrantów, mieszkających w Czapei, gdzie, tuż za murem, ciągnęły się szerokie, asfaltowane ulice, bulwary, malowniczo rozplanowane ogrody eleganckiej koncesji francuskiej, teraz bardziej niedostępnej niż nawet „zakazany gród“ w Pekinie, gdzie w swej dawnej stolicy pędził monotonny żywot „honorowego więźnia narodu i republiki“ ostatni cesarz dynastji mandżurskiej.
Pożegnawszy przyjaciół, Wagin powrócił do domu i oznajmił Ludmile, że jutro pójdą razem do miasta i że doprowadzi ją do biura, znajdującego się niedaleko siedziby „Szun-Pao“. Pani Somowa, posłyszawszy szczęśliwą nowinę, winszowała Sergjuszowi nowej posady i zaprosiła go na filiżankę herbaty. Wagin z wielką ostrożnością uprzedził obie panie o niebezpieczeństwie wybuchu epidemji i o konieczności przeniesienia się w tym wypadku do miasta.
— Niech tylko panie będą przygotowane, a resztę to ja już sam załatwię i wszystko zorganizuję!
— Ma pan tyle własnych kłopotów i będzie pan na dobitkę myślał o nas! — protestowała pani Somowa. — Nigdy na to nie pozwolę!
Wagin z uśmiechem zauważył:
— Kłopotów, coprawda, miałem coniemiara, ale teraz musi wszystko pójść inaczej! Zresztą, co o tem długo rozprawiać? Nie zostawię pań przecież na pastwę jakiegoś tam „dżosa“?!
— Cóż to za potwór? — spytała Ludmiła.
— To duch dżumy, poetycka zapewne nazwa... bakcyla choroby, — zażartował Sergjusz i, spojrzawszy na dziewczynę, dodał: — Jutro to ja poniosę tę czerwoną teczkę! Sprawi mi to przyjemność, bo już zapomniałem, jak czuje się człowiek, z podobnem godłem „użyteczności publicznej“!
Ludmiła po raz pierwszy uśmiechnęła się swobodnie, bez przymusu wewnętrznego. Wagin aż zdumiał się na jej widok. Smutna jej twarz złagodniała i rozpromieniła się w jednej chwili; oczy błysnęły żywemi ognikami; cała postać, zwykle opuszczona i przygarbiona, wyprostowała się, jak łodyga lotosu, dążąca ku słońcu.
Kiedy nazajutrz wyszli razem na ulicę, przed domem Jun-cho-sana Miczurin już czekał na Wagina. Stropił się bardzo, spostrzegłszy towarzyszkę przyjaciela, z zażenowaniem i zmieszaniem długo kłaniał się jej, szurgał nogami i co chwila obciągał sobie przykrótkie rękawy pożyczonego tużurka, mrucząc nadąsanym głosem:
— Wagin jest zdrajcą, bo nie uprzedził mnie, że będę miał zaszczyt towarzyszyć damie. Gdybym był wiedział, wystroiłbym się w smoking i lakierki!
— Ależ, lejtenancie, któż-to w jasny Boży dzień wkłada smok? Shoking, my dear! — śmiał się Sergjusz, widząc zakłopotanie Miczurina.
— Wiem to bez pańskich uwag! — odciął się, udając obrażonego. — Chciałem powiedzieć garnitur sportowy!
Szybko szli ku bramie, ochranianej przez patrol. Wylegitymowali się i przeszli dalej. Wagin, patrząc na Ludmiłę, spostrzegł, że była ubrana staranniej niż zwykle, a spod berecika nie wymykały się już kosmyki zaniedbanej fryzury.
— Aha! — domyślił się. — Dlatego to tak się dziś guzdrała.
Szedł obok niej, dźwigając ciężką tekę z czerwonej tektury, i mówił żartobliwie:
— Pracujemy w pokrewnych instytucjach! — Pani firma oszukuje czytelników, zalecając marne towary, nasza z lejtenantem nabiera i ogłupia opinję publiczną bałamutnemi wiadomościami... Jesteśmy zatem kolegami!
— Nie wysokiego jednak zdania jest pan o swoim „Szun-Pao“! — zaśmiała się Ludmiła.
— Czyż nie znam prasy? To „piąte wielkie mocarstwo“ wszędzie jednakowo się przedstawia! — odpowiedział. — Cóż was tak zatkało, lejtenancie? Zachowujecie milczenie jak posąg Li-Hun-Czanga — pierwszego prezydenta dawnego Państwa Nieba, a teraz, passez moi le mot, — rzeczypospolitej o dwóch oficjalnych i kilku samozwańczych prezydentach, robiących taki galimatjas, że sam djabeł nogę sobie złamie!
Miczurin jakgdyby obudził się ze snu i rozejrzał się wokoło.
— Myślałem w tej chwili o smutnych i niepochlebnych dla człowieka rzeczach... — mruknął. — Zmuszony byłem oddawna prowadzić okropnie marne i podłe życie w mojej „Gospodzie“, a tymczasem, państwo nie uwierzycie, zdołałem już przyzwyczaić się do niego i uważać je za znośne, a nawet wcale tego... jakby to się wyrazić?... — słowem wcale niczego sobie, jeśli nie myśleć, nie marzyć i nie mieć żadnych złudnych ani szkodliwych pragnień! Aż tu nagle wszystko odżyło we mnie, wybuchnęło ze straszliwą siłą... Gdy patrzę na tych oto ludzi na ulicy — takich spokojnych, porządnie ubranych, przekonanych, że komuś są potrzebni, czuję, że teraz, gdybym znowu musiał wypleniać z siebie najprostsze popędy ludzkie, to raczej rzuciłbym się do Creek‘u lub pod którąś najcięższą auto-cysternę z wodą! A jednak miał rację nasz Dostojewski, gdy twierdził, że „człowiek — to bydlę, do wszystkiego się przyzwyczajające“! Dodam od siebie, że takie bydlę nietylko przyzwyczaja się z piorunującą szybkością, ale potrafi nawet wyczuwać pewną przyjemność w swem podłem bytowaniu i poniżeniu!
Miczurin splunął zamaszyście i nic już więcej nie mówił. Pożegnali Ludmiłę koło wejścia do jej biura i poszli dalej. Wkrótce rozpoczęli pracę w „Szun-Pao“. Wagin siedział w osobnym pokoju, śród stosów gazet zagranicznych i czerwonym ołówkiem podkreślał w nich pewne ustępy artykułów politycznych, wiadomości giełdowe i przemysłowe i odrzucał drukowane płachty na sąsiedni stół, gdzie młody Chińczyk zręcznie wycinał oznaczone miejsca i naklejał na długie pasemka papieru, stawiając na nich inicjały pisma. Przejrzawszy wszystko, Sergjusz kazał sprowadzić stenografistkę — młodą, cudownie złocistą, wysportowaną Angielkę i podyktował jej zwięzły artykuł, streszczający najbardziej aktualne zagadnienia światowe i dający przejrzyste ich oświetlenie.
Korzystając z wolnej chwili, gdy miss Eveline Craw wyszła, aby przepisać stenogram na maszynie, Wagin poszedł na poszukiwanie Miczurina. Znalazł go aż na trzecim dziedzińcu, w biurze rozdzielczem i transportowem. Olbrzym ujadał się z armją ulicznych sprzedawców dzienników, z dzierżawcami kiosków, z opieszałymi szoferami ciężarówek, rozwożących pliki dzienników na kolej, Wusung i przystanie żeglugi rzecznej, z dostawcami papieru i z tragarzami, przynoszącymi zwrotne egzemplarze. Zdaćby się mogło, że czyni to już od kilku lat, a nie od paru zaledwie godzin, spokojnie, stanowczo, systematycznie i szybko. Powiedzonka jego wzbudzały wybuchy śmiechu, a gdy jedną ręką odrzucał, niby lekką szmatę, ogromny rulon papieru, Chińczycy milkli, z podziwem i zachwytem wpatrując się w siłacza. Z równem zdumieniem i zachwytem przyglądał się robocie Miczurina stojący na uboczu prezes Liao-Kaj-Fan, nie umiejący dać sobie rady ze zgrają łobuzów, złodziejów i nicponiów, trzy razy dziennie wdzierających się na podwórze, skąd wypadali obładowani plikami pachnących farbą drukarską dzienników i z przeraźliwym, dzikim wrzaskiem mknęli ulicami Szanchaju, roznosząc sławę i utwierdzając popularność koncernu „Szun-Pao“.
Wagin spostrzegł prezesa i zbliżył się do niego, mówiąc:
— Jestem przekonany, że pan prezes ocenia należycie zdolności administracyjne mego przyjaciela?
— Istotnie, nie spodziewałem się...
— Cóż pan chce? Doświadczenie wybitnego bojowego oficera marynarki! — dorzucił Sergjusz. — Co do mnie, to melduję, że przegląd prasy przepisuje się już na maszynie i za kilka minut pójdzie do drukarni...
— Już? — zdziwił się prezes i spojrzał na zegarek. — Dopiero 11-ta, a pan już skończył.
— Mam też pewną wprawę w pracy redakcyjnej — odpowiedział Sergjusz. — Może pan potrzebuje ułożyć jakieś listy? Chętnie dopomogę, zanim nie dostarczą mi korekty i zanim nie nadejdą telegramy agencyj zagranicznych...
Liao-Kaj-Fan ucieszył się, gdyż musiał właśnie wysłać list do Francji w sprawie akredytowania nowego korespondenta „Szun-Pao“ przy Quai d‘Orsay. Posłyszawszy o tem, Wagin zaproponował, że do listu prezesa doda osobisty list do swego dobrego znajomego, dyrektora biura prasowego przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Paryżu. Tak się rozpoczął pierwszy dzień pracy przyjaciół w chińskim koncernie prasowym. Obiad jedli w małej, taniej restauracyjce w jednej z bocznych ulic i już o 2-ej byli na swoich placówkach. Po wypuszczeniu wieczornego wydania i załatwieniu wszystkich interesów, wpadli po Ludmiłę i razem z nią powracali do domu, dzieląc się swemi wrażeniami i spostrzeżeniami.
— Pozwolę się nazywać mułem lub wielbłądem, — wygrażał się Miczurin, — jeżeli nie porozpędzam na cztery wiatry połowy niepotrzebnych w przedsiębiorstwie wałkoniów! Żadnego nie widzę pożytku z tej bandy. Robią zgiełk i wszystko plączą! Korzystając z zamieszania, dwóch kulisów ściągnęło z przed nosa magazynierowi ryzę papieru kredowego, alem, na szczęście, spostrzegł, no...
Ludmiła zaśmiała się i spytała, patrząc na Miczurina z zainteresowaniem:
— Cóż pan z nimi zrobił?
Lejtenant chrząknął w kułak i mruknął:
— Wyśpiewałem im pewną litanję chińską najdosadniejszych wyzwisk, a potem zlekka pomacałem po żebrach... Bo i cóż z takimi łobuzami miałem robić? Dziękować im może, uśmiechać się i prawić głupie kazania?
Miczurin tak śmieszył Ludmiłę i Wagina, że nie spostrzegli nawet, kiedy doszli do domku Jun-cho-sana. Lejtenant poszedł już dalej sam, marząc o tem, że, może, uda mu się dostać na kredyt blaszankę hanszynu, ale wkrótce ogarnęły go wątpliwości, czy nie lepiej będzie, jeżeli wypije jedną tylko, a najwyżej — dwie miseczki okowity? Kto wie, co czekało go w nocy? Może wybuchnąć jakaś awantura i będzie zmuszony z urzędu „cerbera“ interwenjować, a przecież trzeba się wyspać, bo jutro czeka go znów praca. Postanowił nie rezygnować tymczasowo z roli nocnego obrońcy ładu i ciszy w „Gospodzie 4-ch stron świata“. Tak go już zmełły tryby rozpaczliwie nędznego życia, że nie dowierzał niczemu. Wolał więc zachować sobie jakitaki kąt i misę ciepłej strawy, co pozwalało mu śmielej patrzeć w przyszłość, mieć przynajmniej pewność, że nie spotka go śmierć głodowa. Tej nocy lejtenant Michał Miczurin był wyjątkowo trzeźwy, a gdy na tle kart wynikła jakaś kłótnia w izbie, zajmowanej przez kulisów, przymierających z głodu, „cerber“, nie puszczając w ruch potężnych pięści, przemówił im do rozumu i sumienia i uciszył namiętności zrozpaczonych ludzi. Obiecywał sobie zato upić się „w sztok“ w sobotę wieczorem, gdyż w tym dniu miał właśnie otrzymać zapłatę za pięć dni — około 17 dolarów! Czuł się Morganem, Rotschildem, czy też innym worem złota!



ROZDZIAŁ XII.
PRZEPOWIEDNIE DRA PLENA ZISZCZAJĄ SIĘ.

Zima przeminęła. Ustały wiatry, podnoszące obłoki żółtego, gryzącego oczy kurzu i zdzierające dachówki z domów i pęki trzcin z szop. Rozwiały się ciężkie, szare chmury, płaczące drobnym, zimnym deszczem. Wiosna z dniem każdym odnosiła nowe i nowe zwycięstwa. Zmusiła nabrzmiałe pęki kasztanów wypuścić na wolność uwięzione w nich białe świeczki kwiatów, platany — okryć się złotemi, lepkiemi listeczkami; kryptomerje, rosnące w parku na Bundzie, rozświetliła bladozielonemi pędami, wywabiła uśpione na dnie stawów łodygi lotosów, zapaliła płomyczki różnego kwiecia na trawnikach, krzakach i drzewach, roznamiętniła ptaki i owady i wślizgnęła się do ich krwi trucizną i szałem miłości; wreszcie uciszyła rwący prąd Whangpu i siwe, syczące fale morza, walczącego z niepogodą i z Jang-tze, wylewającą od wieków potężną strugę żółtej, słodkiej wody. Słońce przygrzewało już dobrze, a w południe prażyło nawet. Na ulicach nie można już było dostrzec przechodniów w futrach i ciepłych czapkach; z dniem każdym przybywało coraz więcej białych strojów, a nawet hełmów płóciennych.
Już drugi miesiąc pracował Wagin w redakcji chińskiego koncernu, a w tym samym gmachu na trzecim dziedzińcu rządził Miczurin, zmieniony nie do poznania. Wagin zachował swój zwykły wygląd — człowieka skupionego i zrównoważonego i nikt nie mógłby spostrzec jakiejkolwiek w nim przemiany, chociaż wewnętrznie przemiana nastąpiła. Skupienie Wagina niedawno jeszcze było spotęgowaną czujnością obronną, równowaga zaś duchowa — również obronnym środkiem przeciwko panice, pozbawiającej go możności szybkiej i skutecznej reakcji na groźne okoliczności. Teraz skupienie Wagina nabrało zupełnie innych cech. Odbywała się w nim wytężona praca mózgowa, gdyż, dzięki wiadomościom, dostarczanym redakcji, poznawał wszystkie strony życia w Chinach, z jego tysiącznemi powikłaniami i chaosem, zrodzonym z przewrotu republikańskiego, obcego, niezrozumiałego i wrogiego potężnej większości narodu, intrygami, zbrodniami europejskich rezydentów i szerzoną przez nich korupcją w sferach urzędniczych, sądowych, administracyjnych i wojskowych, i, patrząc trzeźwo na rzeczy, przychodził do przekonania, że w tym dziwnym, wstrząśniętym do głębi kraju, musi wywalczyć sobie niezależne od nikogo stanowisko. Rozumiał, że nie osiągnie tego, kierując pewnym działem w redakcji „Szun-Pao“, lub pracując w jakiejkolwiek innej firmie. Należało stworzyć coś własnego, co niepodlegałoby obcym wpływom i żadnym konjunkturom. Ta właśnie uporczywa i wytężona myśl stanowiła teraz główną treść i źródło skupienia Wagina. Zrównoważony zawsze nastrój i spokojny wygląd stanowił nadal obronny pancerz, tym razem jednak przeciwko wszystkim, którzy w ten lub inny sposób mogli pokrzyżować wyłaniające się dopiero, jeszcze mgliste zarysy jego planu i pozbawić go warsztatu pracy i zapewnionego bytu. Były to zmiany psychiczne, a raczej odcienie wewnętrzne, dla niewtajemniczonego — nieuchwytne.
Zato Michał Miczurin przechodził głęboką metamorfozę. Spotykając go codziennie i przyglądając mu się uważnie, Wagin zdumiewał się nieraz, widząc przed sobą coraz to innego człowieka. Ten rozrośnięty, silny okaz męski, jak motyl, przechodził cały cykl różnopostaciowych form. Opuściwszy się na dno nędzy, przeżył już marazm upadku, znajdując w nim możliwości istnienia, oparte zapewne wyłącznie na cechach jego charakteru i potężnem zdrowiu. W takim stanie „zimowego letargu“ przetrwałby do ostatniego dnia ohydnego, nikomu niepotrzebnego życia, lecz wdarł się do niego Wagin. Uśpiona poczwarka, co dnia zmieniając kształty, dążyła teraz do najwyższej formy swego rodzaju. Miczurin używał zarobionych pieniędzy nie na „bidony z hanszynem“, jak to sobie obiecywał pierwszego dnia w koncernie, lecz na jak najszybszy powrót do możliwie kulturalnych warunków życia. Lejtenant nietylko zmienił swoją niemożliwą, czyli — jak ją nazywał pogardliwie — „sino-russian“ garderobę, nabywszy u jemu tylko znanych przekupniów przyzwoity garnitur, bieliznę i kapelusz, ale nawet na własny koszt odnowił norę, w której mieszkał na strychu „Gospody“. Wszyscy lokatorzy tego zajazdu, służba, a niebawem i sam właściciel po kilka razy przychodzili, aby się przyjrzeć pięknym niebieskim tapetom, składanemu polowemu łóżku z poduszką i kocem, grubej macie na podłodze i sztychowi, przedstawiającemu jakiś biały okręt wojenny na przesadnie lazurowem morzu. Ten sztych w wąskiej ramce lejtenant umieścił nad łóżkiem i dowodził, że spojrzawszy na obrazek, czuje się w kabinie okrętowej, gdzie przez iluminator widzi biały krążownik, prujący fale morskie. Miczurin prawie nie pił, a w najniebezpieczniejszym dniu — w niedzielę, żeby uniknąć pokusy, szedł z wizytą do Wagina lub też do d-ra Plena, gdzie rozpoczynał kazanie na temat zgubnego wpływu opjum i pogardy, jaką wzbudza każdy nałóg.
— No-no! — śmiał się Plen. — Gdyby mi ktoś powiedział, że będę zmuszony cierpliwie wysłuchiwać takiego kaznodziei z Armji Zbawienia, tobym kazał staremu So-hai dowcipnisia wyrzucić z palarni! Co się z tobą dzieje, sympatyczny gorylu? Wygrałeś miljon tael w ma-chong‘a? Usynowił ciebie król herbaciany Sun-Y-Li? Czy może przypadkiem upadłeś na głowę?
Przemiany, zachodzące w psychice Miczurina, można było nazwać „przebudzeniem zmysłu kultury“. Ten okres transformacji trwał dość długo i pochłaniał go całego. Lejtenant szedł etapami — od europejskiego garnituru do sztychu z okrętem, od ogolenia twarzy — do czystych paznogci, od gwałtownego zmniejszenia porcji alkoholu — do potrzeby modlitwy; od zaniechania ohydnych przekleństw — do obcowania z ludźmi kulturalnymi i inteligentnymi. Przeszedłszy niezliczoną ilość etapów — mniejszych i większych, małoznaczących i radykalnych, — rozpoczął nową wędrówkę psychiczną i etyczną. Wstydzić się począł swej przeszłości, żałował gorzko, że chwalł się niegdyś przed Waginem swemi „talentami“, gdyż obawiał się, że przyjaciel nigdy nie będzie go szczerze poważał; odrzucał różne niezmiernie nieraz śliskie i ryzykowne propozycje, zaniechał udzielania „fachowych porad“ w zawiłych sprawach, częstokroć mających posmak krwi i jadowity zaduch celi więziennej; czuł wyrzuty sumienia; całem sercem pragnął dowieść przyjaciołom, że tli w nim jeszcze iskra szlachetności i — w wolnych od pracy chwilach przeżywał ciężkie zgryzoty, niejasne jeszcze i niejasnością swoją dręczące go tęsknoty i dążenia... Stał się chorobliwie wrażliwy na ton, jakim zwracano się do niego, nie lubił żartów, skierowanych ku sobie, w każdem powiedzeniu doszukiwał się aluzji do swojej osoby i cierpiał nad tem, usiłując nie okazywać tego nikomu.
Pewnego wieczora, gdy Wagin czytał w swoim pokoju, zjawił się Miczurin. Sergjusz spostrzegł niepokój w jego oczach.
— Co się stało? — spytał, wpatrując się w przyjaciela.
— Dżuma wybuchła z nagłą siłą... — szepnął tak cicho, żeby za ścianą nikt go nie mógł posłyszeć.
— Skąd macie te wiadomości? Może to tylko plotki...? — spytał znowu Wagin.
Miczurin potrząsnął głową i poszedł ku drzwiom.
— Chodźmy, przekonacie się sami — mruknął, stojąc już na progu. — Musimy się śpieszyć, bo, jak twierdzi Plen, za parę dni rada miejska niezawodnie ogłosi kwarantannę, a wtedy już nie pomogą żadne przepustki, jak wtedy, gdy nas tu zamknęli po napadzie na japońskie dziewczynki... Strach pomyśleć, coby to było!
Wagin, nic mu nie odpowiadając, narzucił płaszcz, wcisnął kapelusz na czoło i — obaj szybkim krokiem wyszli z domu. Już sam wygląd ulicy natychmiast zwrócił na siebie uwagę Sergjusza. Policjanci, krzycząc i dopomagając sobie batami i kijami, wyganiali mieszkańców na jezdnię, inni wchodzili do opróżnionych domów i przeprowadzali w nich rewizję. Nic nie znalazłszy, kredą kreślili na drzwiach jakieś hieroglify i przechodzili do następnego domu. Wagin rozumiał, że policja szuka chorych, z różnych powodów ukrywanych po domach. Najważniejszym jednak powodem była zapewne obawa, żeby nie odcięto chińskiego miasta od handlowej i portowej dzielnicy, co dla wielu mieszkańców znaczyło tyleż, co wyrok śmierci. W domach, bliższych bramy północnej, obydwu świątyń i „herbaciarni pod łozami“, chętnie uczęszczanej przez turystów cudzoziemskich, znaleziono jedno tylko chore dziecko, ale pozostawiono je na miejscu, gdyż urzędnik policyjny rozpoznał pospolitą, nikogo tu nie przerażającą chorobę — ospę. Gdy jednak oddział policji, świecąc sobie lampkami elektrycznemi i pochodniami, począł zagłębiać się do labiryntu zaułków dalszego odcinka Fu-Tien-Koo, ciągnącego się już za jaomyniem, towarzyszący mu zdaleka Wagin i Miczurin stali się świadkami ponurych i wstrząsających scen.
Policja znienacka wpadała do domów, szop, glinianych dobudówek przy murach, przemocą wyrzucała przerażonych mieszkańców i przetrząsała brudne legowiska, zaglądając pod prycze, za piece, na strychy i do każdej dziury i dołu na podwórkach. Coraz częściej znajdowano chorych, ukrytych pod wiązkami trzcin, kupami łachmanów i stosami szczap i makuchów bobowych, używanych na opał. Nikt nie oglądał ich i nie badał. Aresztanci, brzęcząc łańcuchami na nogach, wywlekali chorych na ulicę i rzucali na taczki. Szloch kobiet, przeraźliwe krzyki dzieci, jęki i przekleństwa mężczyzn towarzyszyły tym czynnościom sanitarnym. Jakaś stara, rozczochrana wiedźma, charcząc, wykrzykiwała straszne przekleństwa i co chwila doskakiwała do tego lub innego policjanta i czegoś żądała, wymachując czarnemi, chudemi ramionami. Gdy odepchnięto ją, rzuciła się do taczki, upadła całem ciałem na leżącego już w niej chłopaka i poczęła jazgotać, nogami broniąc się przed aresztantami. Starszy policjant, trzymając nad głową dymiącą pochodnię, zbliżył się do taczki. Czerwone blaski kopcącego płomienia padły na twarz i obnażone do pasa ciało chorego.
Wagin, zaciskając ręce, z przerażeniem mu się przyglądał. Na ciele chłopca widniały czarne plamy, z których tam i sam sączyła się ciemna krew; na opuchniętej szyi, tuż nad obojczykiem z lewej strony wystawał duży, ropiejący guz. Obojętna, tępa twarz chorego, rozpalona od gorączki, płonęła; czarne, obłędne źrenice wpatrywały się w jeden punkt, usta poruszały się z trudem.
Ktoś dotknął ramienia Wagina. Sergjusz aż drgnął. Wydało mu się bowiem, że chwycił go za ramię ten straszny upiór, którego, warcząc i wyjąc, broniła stara Chinka. Wagin obejrzał się. Obok niego stał doktór Plen. Miał pofałdowane czoło i mruczał przez zęby:
— Widzieliście? Najprawdziwszy obraz „czarnej śmierci“! Dżuma — to plaga a zarazem dobrodziejstwo dla Chin. W wieku XIV-ym w ciągu roku wytrzebiła ona 5 miljonów ludzi, ale i teraz rokrocznie wymiera setki tysięcy ludności, choć rzadko o tem dowiadujemy się... Ale zaczęło się! O ile mogę sądzić — epidemja zbierze obfite żniwo, chociaż lato nie jest sprzyjającą dla niej porą roku...
Wagin słuchał doktora, idąc tuż za policją i karawaną taczek, sunących z głuchym turkotem w stronę ogrodów. Wyszli wreszcie za miasto i minęli zieleniejące już grzędy. W pobliżu niewielkiej kapliczki, droga pobiegła ku morzu. Na uboczu w ciemności zamajaczyły długie, czarne szopy, gdzie suszono cegły. Dokoła widniały głębokie wyrwy i kotły, skąd brano glinę i piasek do cegielni.
Policja postanowiła możliwie jak najdłużej odroczyć interwencję władz miejskich i swoje z tego powodu kłopoty. Znalazła ustronny punkt izolacyjny, gdzie wprost na ziemi składano chorych, wszystkich do jednej kupy — i zadżumionych i cierpiących na inne, nieraz przypadkowe i lekkie choroby. Krewni, szczególnie kobiety cisnęły się do szop, gdzie łkało, jęczało i miotało się w malignie trzydzieści istot ludzkich. Matki i żony obejmowały chorych, żegnając ich czule i obiecując przyjść tu nazajutrz.
— Pić... pić! — drżała i rwała się w powietrzu żałosna, błagalna skarga biedaków, zamkniętych w ciemnej szopie.
Policja kijami rozpędzała tłum, ale dopiero wtedy, kiedy komisarz dał kilka strzałów rewolwerowych nad głowami zrozpaczonych i strwożonych ludzi, miejscowość dookoła cegielni opustoszała wreszcie.
— Musicie teraz przenieść się czemprędzej do miasta, bo jaomyniowi nie uda się zbyt długo ukrywać prawdy przed panami z rady municypalnej! — mówił Plen, gdy powracali do domu.
Wagin skinął głową i odpowiedział:
— Znaleźliśmy już dwa tanie pokoiki wpobliżu dworca kolejowego — jeden dla nas, drugi — dla pani Somowej z córką... Mogę mieć trzeci — dla pana, doktorze...
Plen spojrzał na niego łagodnie i zaśmiał się cicho:
— O mnie się nie obawiajcie!... Jestem tak dokładnie mumifikowany smołą opjumową, że tego żaden bakcyl nie wytrzyma...
Wkrótce rozstali się koło „Gospody“. Już dobrze po północy Wagina obudziło łomotanie w ścianę i przerażony głos pani Somowej:
— W mieście coś się zdarzyło! Słyszy pan? Jacyś ludzie biegną gdzieś, krzyczą i nawołują się... Może napad — bandytów, albo pożar...
— W tej chwili ubiorę się i dowiem — odpowiedział Sergjusz i wkrótce był już na ulicy, zatłoczonej Chińczykami, krzyczącymi przeraźliwie i gestykulującymi w wielkiem podnieceniu. Nad całą dzielnicą za jaomyniem rozedrgała się łuna, a z poza wygiętych dachów wyrywały się języki płomieni, kłęby dymu i snopy iskier. Nad strzechami widzialne zdaleka unosiły się wysoko w powietrzu i spadały płonące snopy trzcin i buchające ogniem odłamki stropów. Na wschodzie, już poza miastem, palił się jakiś budynek ukryty za domami i murem, opasującym miasto. Sergjusz doczekał się, aż przybyła straż ogniowa i powoli przejechała dalej, w obawie przed połamaniem kół na wyboistej w tej części ulicy. Powróciwszy, uspokoił obie panie i znów położył się. Dopiero nazajutrz dowiedział się od Miczurina, że policja, chcąc ukryć dżumę, odnalazła jednak jej ognisko i, wysiedliwszy mieszkańców, podpaliła kilkanaście domów.
— Ale widziałem, że za miastem również szalał pożar?... — zauważył Wagin.
Miczurin kiwnął ręką niedbale i zamruczał:
— O tem nie wolno mówić głośno! Policja spaliła szopę na cegielni.
— A co się stało z tymi tam biedakami? — zawołał Sergjusz, przypomniawszy sobie staruchę, broniącą chłopaka o czarnych plamach na piersiach i szyi.
Miczurin chrząknął tylko dyskretnie i uczynił ręką spiralny ruch... ku niebu.
— To zbrodnia! — syknął Sergjusz.
— Nie przeczę, lecz nie radzę komukolwiek opowiadać o tem — szepnął lejtenant. — Podobno zawsze tak się tu zaczyna, a dopiero potem interwenjuje cywilizacja europejska, drżąca o własną skórę... i własną kieszeń...
W redakcji Wagin został wezwany przez prezesa. Liao-Kaj-Fan przyjął go niezwykle uprzejmie, wysadził się na niezliczone i najwyszukańsze komplimenty i poczęstował herbatą.
— Winszuję panu, winszuję! — mówił. — Pańskie streszczenia głosów prasy światowej coraz częściej przedrukowują dzienniki cudzoziemskie, a nawet nasi konkurenci w Kantonie!
— Bardzo się cieszę! — odpowiedział Sergjusz. — Spokojny teraz jestem, że prezes nie żałuje swego wyboru.
— Ależ jak pan może podejrzewać nawet coś podobnego? — aż skoczył Liao-Kaj-Fan. — Jestem niezmiernie uszczęśliwiony, że mam zaszczyt i prawdziwą przyjemność korzystać z pomocy tak wyjątkowo uzdolnionego, uczonego i mądrego dżentelmena! Jeszcze coś panu powiem, ale to już w zupełnej dyskrecji! Mogę liczyć na to?
— Oczywiście! Najzupełniej!
— Rada koncernu postanowiła o dwadzieścia pięć procent podnieść pańskie wynagrodzenie po terminie pierwszej umowy. Cieszę się niezmiernie z tak sprawiedliwej oceny pańskich zasług przez nasz koncern!
— Zawdzięczałbym to wyłącznie panu prezesowi...
— Nietylko, chociaż istotnie przy każdej sposobności podkreślam nasze powodzenie, w znacznym stopniu zależne od pracy pana — odpowiedział Liao-Kaj-Fan. — Naprzykład pański niedzielny przegląd prasy moskiewskiej wywołał sensację, gdyż umie pan czytać pomiędzy wierszami, a przypuszczenia i przepowiednie pana zawsze się sprawdzają. Ten ostatni artykuł pana zaniepokoił nawet poselstwo bolszewickie, skąd telefonowano do mnie z Pekinu, wypytując o tak wspaniale poinformowanego współpracownika! — zarechotał prezes, mrużąc chytre oczy.
— I cóż — podał im pan moje nazwisko? — z zupełnym spokojem zapytał Wagin.
Lioa-Kaj-Fan aż odrzucił się na oparcie fotelu i zamachał rękami, śmiejąc się głośno.
— Albo się jest dziennikarzem, albo się nim nie jest! Nic nie dowiedzieli się ode mnie czerwoni dyplomaci! O nic! — zawołał z dumą żółty dżentelmen.
— Postąpił pan prezes względem mnie zupełnie „fair“, ale wiemy, że wyjaśnienie tego „sekretu poliszynela“ nie jest rzeczą trudną, a zatem nazwisko moje zapewne jest już znane w pekińskiej placówce bolszewickiej, — nie zdradzając żadnego zaniepokojenia, zauważył Sergjusz.
— Może pan obawia się jakiejś przykrości z tej strony? Sądzi pan, że pańskie nazwisko mogłoby wzbudzić wrogie wystąpienia poselstwa przeciwko koncernowi? — dopytywał się nagle zatrwożony prezes.
Wagin wzruszył ramionami i po krótkiem milczeniu odpowiedział, obojętnym wzrokiem spoglądając dokoła:
— Nie sądzę... chociaż, jak wiadomo, Moskwa ma długie ręce... Chiny doznały tego na sobie: sprzątnięto im z przed nosa Mandżurję, osłabiono wpływy w Mongolji i Turkiestanie, w r. 1900 — ograbiono stolicę... Powie pan, że to zrobione było przez rząd cesarski? Zapewniam pana jednak, że proletarjacko-komunistyczny rząd uczyniłby co do joty to samo...
Liao-Kaj-Fan zamyślił się nad odpowiedzią swego współpracownika i po chwili skinął głową.
— Ma pan słuszność! — mruknął. — To, co robią bolszewicy u nas, komunizując całe prowincje, będzie miało gorsze konsekwencje, niż wypadki z okresu zbrojnego powstania »Wielkiej Pięści«.
— Niezawodnie! — ożywił się Wagin. — Będziecie wcześniej czy później mieli okupację całych Chin przez Japonję, która wymiecie bolszewizm, ale zażąda za to od was tak wysokiego honorarjum, że zmuszeni będziecie wasz historyczny wielki mur graniczny z północy przenieść zapewne... na prawy brzeg Niebieskiej rzeki. Będziecie to zawdzięczać Moskwie, która, rywalizując z Japonją, dopomaga jej, jak najlepsza sojuszniczka... Obawiam się, że rząd chiński nie zupełnie dokładnie zdaje sobie z tego sprawę... Czytając uważnie nasze dzienniki, chwilami przychodzę do tego smutnego wniosku.
— Ach, nasz rząd! — lekceważącym głosem przeciągnął Chińczyk. — Przedstawicielstwo analfabetyzmu politycznego! Władzę muszą ująć ludzie młodzi, o europejskiem wykształceniu, wtedy...
— Przepraszam, że nie zgodzę się bez zastrzeżeń ze zdaniem pana prezesa! — przerwał mu Sergjusz. — Pan zapomina, że doświadczenie historyczne, prawne i polityczne Europy wypływa z odmiennych całkiem losów jej ludów, z innej zupełnie psychologji, kultury i cywilizacji i nie może mieć całkowitego zastosowania w waszym kraju.
— Tymczasem Japonja, która w ciągu 52 lat dogoniła, a może, i przegoniła Europę...
— Geograficzna sytuacja Japonji i poprzednie za szogunatu psychiczne nastawienie narodu sprzyjało temu i umożliwiało nagłą europeizację kraju, co zresztą w pewnych okresach sprawia i będzie nadal sprawiało Japonji poważne kłopoty i trudności — odpowiedział Sergjusz. — Należałoby raczej oddać władzę w ręce uczonych chińskich i zażądać od nich, aby w najkrótszym czasie zjednoczyli kraj i doprowadzili go do stanu, w którym możliwe byłoby zgromadzenie narodowe. Mojem zdaniem, rządzić powinni staro-Chińczycy, wykonywać zaś młodzi ludzie, choćby nawet europeizowani... europeizowani najczęściej, niestety, powierzchownie.
Liao-Kaj-Fan przysłuchiwał się uważnie i od czasu do czasu potakiwał ruchem głowy.
— Przyjaciel mego ojca — Ku-hung-ming... jest to największy z współczesnych filozofów naszych... — zaczął po chwili, ale Sergjusz przerwał mu:
— Znam jego rozprawę o „Duszy narodu chińskiego“! To pan zna tego wybitnego myśliciela?
— Dawniej bywał częstym gościem w naszym domu, ale od czasu... republiki usunął się w zacisze swego domu w Pekinie — odpowiedział prezes, z podziwem patrząc na Wagina, który, jak mu się wydało, wszystko wiedział i we wszystkiem się orjentował. — Otóż stary mędrzec powiedział mi ze smutkiem, że w Chinach jest i będzie źle, gdyż nikt nie chce zajrzeć do historji naszego narodu.
— Od tego zacząłem naszą rozmowę na ten temat! — uśmiechnął się Sergjusz. — To zrozumiałe i konieczne! Europejskie państwa również popełniają ten błąd z tą tylko różnicą, że konsekwencje tego są mniej szkodliwe, gdyż historja narodów europejskich ma przynajmniej wspólny czynnik — religję chrześcijańską i dość jednostajny ustrój państwowy i społeczny w wiekach średnich...
Wszedł boy i zameldował jakiegoś interesanta, niezawodnie Chińczyka, gdyż świadczył o tem wymownie czerwony karton jego biletu wizytowego. Wagin powrócił do swego pokoju, a, gdy wkrótce wybiła godzina szósta, wyszedł z biura i przed bramą czekał na Miczurina. Nagle z poza rogu wyszła Ludmiła i, prawie biegnąc, zbliżała się ku niemu. Poszedł naprzeciwko niej, zdaleka jeszcze pytając.
— Co się stoło? Dlaczego pani tak się śpieszy?
Dobiegła do niego wreszcie i zdyszanym głosem powiedziała:
— Na bulwarze w koncesji francuskiej znaleziono zadżumionego... Ustalono, że zabrnął z naszej dzielnicy... Podobno wieczorem zbierze się rada municypalna z udziałem wszystkich konsulów...
— Fiu-ut — źle! — gwizdnął Sergjusz. — Musimy wnet zmiatać, bo to — nie żarty, gdy nas poddadzą surowym przepisom kwarantanny! Ach, ten Miczurin! Guzdra się i nie wychodzi...
Do chodnika, na którym stali, podjechała taksówka. Wyskoczył z niej Chińczyk-reporter i, spostrzegłszy Wagina, zawołał:
— Dżuma w Czapei! Rada miejska dziś jeszcze ogłosi kwarantannę! Biegnę do redakcji, żeby zdążyli wypuścić dodatek nadzwyczajny. Mam już cały plan walki z epidemją, który będzie dziś uchwalony...
Wagin, pozostawiwszy Ludmiłę, odnalazł Miczurina. Lejtenant nie mógł wyjść, gdyż zmuszony był czekać na wypuszczenie dodatku i na rozdanie go sprzedawcom ulicznym. Objaśnił tylko przyjaciela, które z jego rzeczy ma zabrać, i — pozostał.
Około godziny dziesiątej wszyscy zebrali się w pokoiku pań już na nowem mieszkaniu. Pani Somowa była wzruszona, przekonawszy się, że Wagin i Miczurin pomyśleli o wszystkiem. Na stoliku przy oknie stał „primus“, parę rondelków aluminjowych, i niezbędne naczynia na cztery osoby.
Dziękowała im, ale Wagin machnął ręką i, wybuchając śmiechem, powiedział:
— Niech się pani nie wymiguje podziękowaniami! A gdzie kolacja? Przecież nic jeszcze nie jedliśmy! W tem zawiniątku znajdzie pani jajka, kiełbaski, sól, masło, chleb i pomidory, a w tamtem — herbatę i cukier. Nie wiem, czy to wszystko jest dobre, gdyż kupował mi to boy redakcyjny, ale od biedy zjemy chyba... à la fourchette. Jutro zato przyrządzi nam pani lukullusową ucztę!...
— Dwie uczty, — poprawił go Miczurin — bo mieszkamy niedaleko od biura, więc w przerwie zamiast do restauracji możemy wpadać do domu. Pannę Ludmiłę też przyprowadzimy. Stawiamy veto na tę bułeczkę z szynką od rana do wieczora! Teraz będzie pani dostawać prawdziwy „lunch“, bo mamusia zgodziła się wszystkich nas stołować. Proponuję nazwać ten pokój „Grand Restaurant des Amis“.
— Jak się to awansuje na przyjaciela — zaśmiał się Sergjusz.
— No — przecież pan lejtenant jest chyba pańskim i naszym przyjacielem! — powiedziała pani Somowa.
— A widzicie?! — ucieszył się Miczurin, rozpakowując prowianty i ukradkiem śledząc każdy ruch Ludmiły, która wieszała na ścianie portret zmarłego brata, jakieś rodzinne fotografje w ramkach i sztych chiński.
Wagin rozpalał „primus“, pani Somowa obcierała ręcznikiem nową patelnię. Gdzieś zupełnie blisko, gwiżdżąc przeraźliwie, turkotał pociąg. Ulicą biegł mały Chińczyk, drąc się na całe gardło:
— Dodatek nadzwyczajny!... Dżuma w Szanchaju! Wszystkie bramy w Czapei zamknięte! Doda... nadzwy-y-y-y...!



ROZDZIAŁ XIII.
DUSZE CZŁOWIECZE...

Już dwa tygodnie minęło od dnia, w którym ogłoszono chińską dzielnicę pod surową kwarantanną. Wagin z zaciekawieniem przyglądał się przyjaciołom. Znał ich dość dawno, lecz dopiero teraz mógł im się przyjrzeć zbliska. Zauważył głębokie, szybko zachodzące w nich zmiany. Przedewszystkiem zdumiewała go pani Somowa. Posiwiała do reszty i, niedawno jeszcze beznadziejnie zgnębiona, po śmierci synka spędzająca większą część dnia na jego grobie, powracała przed obiadem dopiero, zapłakana, ogarnięta szałem rozpaczy i wyczerpana zupełnie. Z wysiłkiem, automatycznie zabierała się do sporządzania obiadu dla córki, sama nic nie jadła, nieludzkiem napięciem woli podtrzymując rozmowę, którą Ludmiła chciała ją wyrwać ze stanu odrętwienia i wzmagającej się z dniem każdym melancholji. Gdy córka kładła się i zasypiała, pani Somowa, bez szmeru ześlizgiwała się z łóżka i, klęcząc na podłodze, godzinami modliła się i prowadziła z kimś nieskończone rozmowy głosem serca i łkaniem duszy. Usprawiedliwiała się przed nieboszczykiem mężem, objaśniając, dlaczego nie potrafiła zachować przy życiu synka. Gdyby ktokolwiek mógł podsłuchać tę niemą rozmowę, przeraziłby się napewno, zajrzawszy w otchłań rozpaczy matki. Nie poruszając prawie ustami, krzyczała bezdźwięcznie w bezkres zaświatów, że jest nędzarką, jakimś cudem tak długo trzymającą się na powierzchni życia, i to, wyłącznie zawdzięczając mizernemu zarobkowi córki i przypadkowemu lokatorowi; że nie posiada już nic do sprzedania, że za lekarstwa zapłacił poczciwy Chińczyk Jun-cho-san, za co ona przez dwa miesiące szyła dla sześciu jego córek modne suknie europejskie, aż nabawiła się wkońcu choroby oczu, że, gdyby nie towarzystwo dobroczynne i nie pożyczka, udzielona jej przez lokatora (Wagin w tym celu sprzedał dobrą skórzaną walizkę i paczkę nabojów do Browninga), nie mogłaby nawet pochować Romana.
— Cóż miałam więcej zrobić — taka biedna, opuszczona, obca wszystkim w tem strasznem mieście? — wzdychała żałośnie, a te westchnienia matki słyszał nieraz na starem mieszkaniu Wagin, nie śpiąc, wpatrzony w ślepy mrok nocy, głodny i jakąś nieznaną siłą podtrzymywany w nadziei. — Cóż mogłam zrobić? Nikt goręcej ode mnie nie modlił się do Zbawiciela i Jego Matki, znającej gorycz bólu i wszystką tęsknotę ludzką, ale sądzone, widać, było, aby błagania moje nie doszły do Ich stóp świętych. W jakimś strasznym porywie wołałam do mocy innych, nieznanych mi, a wyczuwanych wszędzie i zawsze, bo wbijały we mnie źrenice swoje, a ja — grzeszna i obłąkana z bólu — nie wiedziałam, czy dobre są ich spojrzenia, czy złe, nie zastanawiałam się nawet, czy nie popełniam jakiegoś grzechu, gorszego od wszystkich grzechów śmiertelnych, czy dusza moja nie zwraca się w tych chwilach rozpaczy do... mocy, przeklętej przez Twórcę, do... szatana?!... Cóż mogłam zrobić więcej? Zrozum, powiedz coś, daj znak widomy, że przebaczasz!
Czekała, ale cisza panowała w domu. Za piecem poczynał grać i nagle urywał świerszcz. Na podwórzu miauczała ruda kotka Jun-cho-sana. Pod podłogą gziły się, chrobotały i zgrzytały zębami szczury. Wtedy stroskana kobieta niżej opuszczała siwą głowę i gorącym szeptem, cichszym od szmeru miękkich skrzydeł ćmy, wołała:
— Romeczku... synku... jedyny mój, najmilszy chłopusiu!... Słyszysz mnie?... Jesteś już w niebie... u Boga, wśród aniołów promiennych... Tam widzą oni całą prawdę... i nic się tam nie ukryje... Powiedz, czyż mogłam uratować ciebie?... Zrobiłam dla ciebie mało, ale naprawdę wszystko, wszystko, co było w mojej mocy! Przysięgam, że myślałyśmy tylko o tobie!...
Nagły niepokój ogarniał zrozpaczoną matkę. Wtedy wyciągała dłonie przed siebie i znowu błagała:
— A może źle zrobiłam, że pozwoliłam doktorowi Plenowi... leczyć ciebie, syneczku? Powiedz?! Daj znak!
W takiej chwili niezmiennie na tle ciemnej ściany majaczyć poczynała wysoka, przygarbiona postać Plena. Świeciła się jego chuda, blada twarz i łagodne promienie sączyły się z głęboko zapadłych oczu.
Takie męczeńskie dni i noce spędzała pani Somowa w swoim pokoiku w domku Jun-cho-sana. Z chwilą, gdy przeniosła się do nowego mieszkania, życie jej i nastrój gwałtownej uległy zmianie. Jak dawniej odwiedzała codziennie grób synka, lecz nie pozostawała już tam do wieczora. Owszem — śpieszyła się nawet, porządkując na mogiłce kwiaty i usuwając suche liście i pędy, modliła się gorąco, ale krótko, i, pocałowawszy ziemię, prawie biegiem powracała do domu, aby przyrządzić obiad na czas. Krzątała się przez dzień cały i nie miała prawie czasu pozostać wyłącznie ze swemi smutnemi myślami i dręczącemi ją wyrzutami sumienia. Gdy zaś wszyscy powracali do domu, głodni i żartobliwi, wnosząc ze sobą życie i ruch, mimowoli prostowała się, a zgasłe jej czy nabierały blasku. Radowało ją to, że Ludmiła stała się żywsza, a nawet uśmiechała się nieraz, słuchając zabawnych opowiadań Miczurina o tem, jak to on dowodzi bandą obdartusów — tych sankiulotow szanchajskich, „dziedzicznych i honorowych“ kulisów, jak ich nazywał lejtenant. Cieszyła się serdecznie, gdy jedli z apetytem, była dumna i wkońcu stało się to punktem jej honoru, aby wszyscy troje zachwycali się wytwornem „menu“ i wspaniałą kuchnią „Grand Restaurant des Amis“. Wieczorem, a nawet w nocy tragiczne rozmyślania jej przerywało układanie planu na jutro i troska o to, że czegoś jeszcze dziś nie zrobiła.
Wagin wyczuwał, co się dzieje z panią Somową, i starał się jak najwięcej absorbować jej myśl i pamięć, przekonawszy ją zupełnie, że bez jej umiejętnego gospodarowania nie daliby sobie rady. To przeświadczenie zmusiło ją podwoić wysiłki, co zaprzątało jej mózg aż do chwili, gdy sen zmorzył zmęczoną głowę. Wagin wiedział z własnego doświadczenia, jak potężnem lekarstwem na cierpienia duszy jest praca i świadomość swej niewątpliwej, sprawdzanej na każdym kroku pożyteczności. Pani Somowa z dniem każdym powracała do życia i pewnego razu nawet pochwyciła siebie na tem, że ze strachem myśli o powrocie do domku Jun-cho-sana. Przejęta swoją rolą i podświadomie uradowana odżywającą w niej chęcią do życia, co było podobne do cichej, łagodnej radości rekonwalescenta po ciężkiej chorobie, nie spostrzegła pani Somowa zmian w wewnętrznym świecie Ludmiły. Cieszyło ją wprawdzie, że córka zaczęła bardziej zwracać uwagę na swój wygląd i że czasami śmiała się wesoło. Objaśniała to jednak szczęśliwą okolicznością podwyżki pensji Ludmiły, wpływem naturalnego komizmu Miczurina i ciętym dowcipem Sergjusza. Jednak najważniejsza okoliczność uszła jej uwadze. Pani Somowa nie spostrzegła, że, przychodząc do domu, Ludmiła przy wejściu przyjaciół, bacznie z jakimś nieznanem przedtem na jej twarzy ciepłym wyrazem ogarniała spojrzeniem Wagina, a gdy wszyscy śmiali się, słuchając gawędy lejtenanta, ona ni to z uporem, ni to z trwogą wciąż szukała czegoś na spokojnej twarzy Sergjusza, nieznacznie śledząc jej grę i zmieniający się wyraz jego oczu.
Nietylko jednak pani Somowa, ale i sam Wagin nie zauważył tej zmiany. Zato spojrzenia Ludmiły i to jej jakgdyby niecierpliwe lub trwożne oczekiwanie pochwycił roześmiany zawsze i niby beztroski Miczurin. Pochwycił i — zasmucił się. Odczuwając tępą, niejasną gorycz, na krótki zresztą czas stawał się milczący i dziwnie zamyślony. Pewnego wieczora, leżąc już, zwrócił twarz ku czytającemu w łóżku Waginowi i rzucił:
— Czasem zdaje mi się, że zrobiłem fatalne głupstwo, poczęstowawszy was czumizą, gdyście umierali z głodu...
Sergjusz spojrzał na niego badawczo i zapytał spokojnie:
— Z jakiegoż to powodu napadły was te spóźnione żale?
Miczurin długo milczał, czując na sobie przenikliwy i szyderczy wzrok przyjaciela. Wreszcie zapalił papierosa i odpowiedział żartobliwie, chociaż w głosie jego Sergjusz nie posłyszał wesołych nut:
— Bo tego dnia marna była kasza, trochę przypalona! Powinienem był raczej ukraść kucharzowi kawałek słoniny...
— Jeżeli tak, to przyznaję wam rację! — mruknął Sergjusz i zasłonił się gazetą.
Miczurin sapał, głośno wypuszczając dym i kręcąc się na łóżku, skrzypiącem pod ciężarem jego potężnego ciała, wreszcie powiedział, dobitnie skandując słowa:
— Człowiek — to jest, zaiste, najwstrętniejsze zwierzę!
Wagin starannie złożył dziennik, zdmuchnął świecę, stojącą na krzesełku przy łóżku i, patrząc w ciemności na przyjaciela, odpowiedział:
— Niech zwierzę śpi spokojnie, bo w tym pokoju nie ma wroga!
— W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — robiąc trzykrotny znak krzyża, szepnął lejtenant przerażonym głosem: — Wy wszystko rozumiecie bez słów!
— Jak to bez słów? — zaśmiał się Sergjusz. — Od kwadransa bodaj gadacie i przeszkadzacie mi w przygotowaniu materjału na jutro!...
Więcej już o tem nie mówili, a Wagin, leżąc w ciemnym pokoju i patrząc na smugę światła na suficie, myślał o tem, że zmiany, które oddawna rzuciły mu się w oczy w nastroju i postępowaniu Miczurina, zaszły już dalej niż nawet mógł przypuszczać, a skierowały się na drogę przez nikogo nieprzewidzianą. Dopiero w tej chwili sam Miczurin otworzył mu oczy na to, co zaszło w duszy dawnego rezydenta chińskiej gospody i na to, że w tych przemianach i on sam mimowoli odgrywa jakąś czynną rolę, narzuconą mu przez Miczurina.
Lejtenant za wszelką cenę i jak najprędzej chciał wyrwać się i odejść jak najdalej od nędzy, upadku i gnuśnej bierności swej żałosnej egzystencji w „Gospodzie 4-ch stron świata“, odnaleźć w sobie wszystko, co utracił, zda się, na zawsze, krocząc męczeńską, tragiczną lub ohydną drogą zwierzęcej walki o byt, powrócić do powstającego nagle z rumowisk dawnego trybu życia, chociaż przeklął je już stokrotnie i pogardzał niem, jako utraconem beznadziejnie i niepotrzebnem pijanemu „cerberowi“ wstrętnego zajazdu chińskiego. Zmiany, zachodzące w Miczurinie, jako konsekwencja pragnienia gruntownego zerwania na zawsze z dawnem życiem, miały narazie charakter ewolucji raczej zewnętrznej. Rzuciło się to w oczy Waginowi, który z zadowoleniem śledził przebieg „zmartwychwstania“ tego, jakgdyby bezpowrotnie zgubionego człowieka. Pochłonięty był jednak własnemi sprawami i niemal podświadomie opracowywanym planem dalszej przyszłości, planem coraz bardziej rozszerzającym zasięg w miarę tego, jak Wagin zmuszony był zagłębiać się w treść, szczegóły, a nawet tajniki życia narodu i kraju, gdzie ślepy przypadek lub niewiadome przeznaczenie kazały mu żyć i działać. To też Wagin przeoczył ten moment, gdy w duszy lejtenanta żądza przemiany odrzuciła łatwe etapy ewolucji zewnętrznej i przybrała burzliwy rozpęd rewolucyjny.
Miczurin od pewnego czasu zaczął analizować różne odcienia stosunku do siebie swego otoczenia. Było ich niewiele, a wszystkie, jak był przeświadczony, w mniejszym lub większym stopniu zbliżone do siebie, chociaż miały własne, nieuchwytne rysy. Nietylko bowiem Wagin, ale i obie panie, pewnego razu spotkawszy go z Sergjuszem w Czapei, pamiętały jego dawny wygląd olbrzymiego draba w chińskich portkach, wyświechtanej kurmie, w dziurawych pantoflach na brudnych, bosych nogach, brodatego, o powichrzonych włosach i wybałuszonych, czerwonych od alkoholu oczach. Nie mogły też, napewno, zapomnieć jego błazeńskich ruchów pijackich i obleśnych uśmiechów, które z bylejakiego powodu mogły się zmienić w najohydniejsze i najzgnilsze przekleństwa, jakiemi rozbrzmiewała w dzień i w nocy kloaka ludzka, nosząca szumną nazwę „Gospody 4-ch stron świata“, a nawet w rękoczyn, wchodzący zresztą w zakres jego obowiązków „firmowego“ obrońcy ciszy i porządku. Wyzuty już doszczętnie z jakichkolwiek złud i nadziei, zerwał z „przesądami“ moralnemi i społecznemi. Trzy czwarte tego życia pędził jako otumanione lub nieprzytomne zwierzę, resztę — jako zwierzę drapieżne. Miał nadzieję, że o tem ani pani Somowa, ani Ludmiła nie wiedziały i nie podejrzewały nawet, ale za to wiedział dokładnie Sergjusz. Uświadamiając to sobie, Miczurin zaciskał potężne szczęki i syczał z bólu. Ze wściekłością robił sobie najcięższe wyrzuty, że temu nieznajomemu wówczas człowiekowi wyznał całą prawdę i pokazał mu nagość swej duszy, zdolnej do najbardziej nikczemnych czynów.
— Chciałem przekupić go rabią szczerością, aby wyciągnąć od niego kilka groszy na swe ohydne życie! — ciskał sobie straszne oskarżenie. — Tchórzliwe, spodlone, przez siebie samego oplute bydlę!
Przychodził do wniosku, że Wagin nie może go szanować, a jego przyjaźń to tylko wdzięczność za pomoc, gdy słaniający się z głodu i niemal nieprzytomny przywlókł się do „Gospody“, aby zdobyć przepustkę do miasta. Świadomość tego dręczyła lejtenanta długo, aż pewnego razu, idąc z Waginem, zagadnął go:
— Wyobrażam sobie, jak wy pogardzacie mną, bezczelnym drabem, chwalącym się swemi kryminalnemi uzdolnieniami? Pamiętam, jakem to na wstępie naszej znajomości wyłożył wam bezwstydnie, z dumą „bosiaka“, saukiulota, ciemnego kulisa swoją nędzną autobiografję!
Przypomniał sobie, że Wagin nie zwrócił, zdaje się, uwagi na jego nerwowy ton, bo odpowiedział spokojnie i prosto:
— Naturalnie — pamiętam! Zapamiętałem to sobie dobrze, bo przecież przyszedłem wkrótce do was z zamiarem sprzątnięcia Abrama Chackelesa.
— No — i co? Uważacie, że wszystko to było w porządku? Było, minęło i nie powróci? Drobiazg? epizod życiowy? ironja losu? Co?
Sergjusz nawet nie podniósł na niego oczu i tym samym spokojnym głosem zauważył:
— Tyle się robiło w ostatnich czasach rzeczy wstrętnych, przeciwnych własnej naturze, że nie warto nawet analizować tego! Robiło się, by niewiadomo poco zachować to życie... Instynkt ten silniejszy jest od etyki...
— Uważacie zatem, że i ja mogłem, idąc za nakazem instynktu zachowawczego, stosować spokojnie swoje „talenty“, któremi ongiś chełpiłem się przed wami?
Wagin wtedy dopiero spojrzał na niego uważnie. Upór, z jakim Miczurin powracał do tego samego tematu, uderzył go i zastanowił. Jakaś nagła ostra myśl przemknęła w jego źrenicach, lecz, nic nie powiedziawszy, obojętnie wzruszył ramionami. Takie zakończenie ważnej dla niego rozmowy, nie uspokoiło bynajmniej Miczurina, więc po pewnych czasie zapytał znowu:
— Rozumiem z waszych słów, że ów chciwy instynkt życia usprawiedliwia mnie w mojem sumieniu, bo wiem wszystko, co i dlaczego to było...
Wagin kiwnął głową.
— Tak... być może... — ciągnął Miczurin. — Jednak, jaką mógłbym dać odpowiedź komuś bardzo szlachetnemu i moralnemu, gdyby ten ktoś zapytał mnie: „Jak mogłeś, lejtenancie Michale Miczurinie, pędzić takie życie?“
Wagin nagle zrozumiał wszystko. Zaśmiał się wesoło i spytał:
— Czy ten wasz „ktoś“ ma być rodzaju męskiego?
— Przypuśćmy, że — tak...
— Wtedy weźcie notatnik i ściśle do litery na wszelki wypadek zapiszcie odpowiedź! Ma ona brzmieć tak: „Zanurz się, moralny i szlachetny mięczaku, w to życie, które przeszedłem, a które było gorsze od piekła, drżyj co chwila o swoją skórę, bądź tropionem zwierzęciem, zaciskaj gardło, aby nie bluźniło, wsłuchuj się w rozpacz serca, w miotanie się duszy i w bolesny skurcz skręcanych głodem wnętrzności, a wtedy miej czelność pytać, mięczaku!“
Wagin wypowiedział to wszystko powoli, ale płynnie i spokojnie, jakgdyby formułę takiej odpowiedzi obmyślił oddawna, wynosił ją w sobie i miał w pogotowiu na każde zawołanie.
Szli długo, milcząc, aż Miczurin zadał nowe pytanie, tym razem jakimś zdławionym szeptem:
— A gdyby spytała mię o to kobieta... kochana kobieta?...
— Och, czcigodny lejtenancie! — zawołał jakgdyby zdumiony. — Pan pyta mnie o to? Czyż nie pamiętacie doskonałego rosyjskiego powiedzenia: „Pokochaj mnie, gdy jestem czarny, bo białego — pokocha mnie każda!“
Zaczął śmiać się na nowo i powtarzać przez śmiech:
— Pokochaj mnie — czarnego! Pokochaj mnie — czarnego!
Miczurin czuł się zmieszanym tym wybuchem wesołości przyjaciela i nie spostrzegł, że w przymrużonych oczach jego odbił się głęboki smutek. Wagin nie wszczynał więcej tej rozmowy, a i Miczurin nie powracał już do tak niespodziewanego tematu, który mimowoli zdradził go. Od tego czasu Sergjusz uważnie śledził przyjaciela i wkrótce już nie miał żadnej wątpliwości, że w sercu Miczurina zagnieździła się miłość. Rozumiał też, że była to miłość w tym wypadku najdziwniejsza na świecie, bo nieśmiała, pełna niemego uwielbienia, beznadziejna, daleka od wybuchu namiętności, młodzieńczowstydliwa. Zdając sobie z tego sprawę i zestawiając tych dwoje ludzi — zamkniętą w sobie, tajemniczą, mistycznie nastrojoną, zdolną do ascetyzmu i męczeństwa Ludmiłę i — Michała Miczurina, który niedawno jeszcze zły był na niego, że nie pozwolił mu odegrać „świetnie zareżyserowanej comedia dell arte z lekkiem a skutecznem puszczeniem krwi“, Miczurin — pijany, amoralny abnegat, Miczurin — cynik i drab, zdolny do każdej zbrodni, — Wagin nie był w stanie wyjść ze zdumienia. A tymczasem ta właśnie — tak niestosowna i przeciwna naturze Miczurina miłość porwała lejtenanta ni to jakaś rozpętana maszyna, która swemi trybami poszarpała w nim dawną jego istotę i odrzuciła, jak odrzucała wióry i niepotrzebne skrawki metalu lub drzewa, po tysiąc razy zmełła, sprasowała i uformowała coś zupełnie odmiennego, niepodobnego do cerbera „Gospody“, najemnego mordercy, fałszerza, szulera i włamywacza. W imię tej to miłości w zewnętrznie odrodzonym człowieku zaszły jeszcze głębsze zmiany wewnętrzne. Miczurin przestał pić, stał się małomówny z obawy, by nie urazić czemkolwiek Ludmiły, gryzł się wyrzutami sumienia, palił się ze wstydu za niedawne swe życie, usiłował czytać, aby wypełnić wyrwę kilku lat upadku i dojść do poziomu Ludmiły i Wagina, w sumienności i rzetelności dochodził do chorobliwej wprost manji... a jednocześnie stawał się coraz wrażliwszy na stosunek przyjaciół do siebie, podejrzliwie analizując każde ich słowo i spojrzenie.
Drażniło go i niepokoiło, a czasem doprowadzało do takiej rozpaczy, że chciał wyć i gdzieś biec bez celu i na zatracenie, kiedy wyczuwał, jak mu się wydawało, lekceważenie i milczącą wyrozumiałość dla jego mimowolnych błędów w wypowiadaniu się lub postępowaniu.
— Zapewne myślą sobie w tej chwili: czegóż można się spodziewać po pijanym dozorcy „Gospody“ i organizatorze napadu kasiarzy na firmę Lao-Kuna? — myślał chwilami lejtenant, a wtedy serce jego napełniało się goryczą.
Przechodziła ona jednak w żrącą truciznę, gdy, opowiadając coś z zapałem i mówiąc rzeczy niezmiernie ważne, bo przeznaczone wyłącznie dla Ludmiły, spostrzegał nagle obojętność na jej twarzy, a nawet jakgdyby zniechęcenie w oczach, że odrywa ją od jej własnych myśli, niedostępnych dla niego, i wyprowadza ją ze zwykłego skupionego nastroju, którego bał się, jak boi się idący do szturmu żołnierz kulomiotów — niewidzialnych z poza okopu reduty. Spostrzegawczość i podejrzliwość zakochanego człowieka jemu pierwszemu odkryła nowe i tragiczne horyzonty. On właśnie dojrzał dziwnie badawcze, czegoś szukające spojrzenia Ludmiły, skierowane na Sergjusza, i ten wyraz ostrego i niecierpliwego oczekiwania na jej smagłej twarzy.
Ludmiła była dobra i uprzejma dla niego, jak również i pani Somowa, która szczególnie przywiązała się do tej prostej, zrozumiałej w każdym odruchu duszy, ale Miczurin — zatruty już podejrzliwością i wyrzutami sumienia — objaśniał ten stosunek do siebie inaczej, niż było to w istocie.
— Usiłują wyrazić mi swoją sympatję, aby ośmielić i podciągnąć do swego poziomu mnie — uleczonego pijanicę, brutala i bandytę!...
W takim to będąc nastroju, rzucił Waginowi owe zagadkowe słowa o żalu, iż nakarmił go — wyczerpanego głodem. Być może, wtedy sam jeszcze nie uświadamiał sobie, że przemówiła w nim zazdrość, jadowita, nieokiełzana niczem zazdrość męska. Zrozumiał to jednak Wagin i ze zdwojoną czujnością rozejrzał się po ludziach, z którymi związał go los. Porobił wonczas wiele ważnych i niespodziewanych spostrzeżeń.
Zaczął od siebie i musiał ustalić fakt, że przyzwyczaił się już a nawet przywiązał do pani Somowej, Ludmiły i Miczurina. Czuł się z nimi dobrze i spokojnie. Nigdy go nie nudzili i nie drażnili. Jak wszyscy nadmiernie przewrażliwieni ludzie wiedzieli dokładnie, kiedy i o czem należy mówić, a nigdy nie stawali się gadatliwi i niedyskretni. Nieraz, gdy pili herbatę wieczorną w pokoju Wagina i Miczurina, całe towarzystwo milczało. Nie było to jednak milczenie krępujące i ciężkie, przeciwnie posiadało pewną wymowę, jakgdyby porozumienie się dusz, emanacja niewypowiedzianych myśli, czego dowodziły spojrzenia, wyraz twarzy i podświadome zadowolenie.
— Doprawdy — myślał Sergjusz, — polubiłem te ciche kobiety, pełne wewnętrznej, chociaż mało dostępnej treści. Pragnąłbym im nieba przychylić! Zapewne dobrzeby to było, gdyby Miczurin poślubił Ludmiłę...
W wyobraźni przedstawiał sobie to projektowane stadło. Narazie parsknął śmiechem, a potem ku wielkiemu swemu zdumieniu przeraził się.
— Ludmiła i ten wstydliwy teraz, ciągle niespokojny dryblas?! To — wprost niemożliwe! — rozmyślał. — Farsa najprawdziwsza! Chociaż — kto wie? Czego nie dopnie zakochany mężczyzna i czego dla takiego uczucia nie poświęci kobieta?! A i pani Somowa nie miałaby, zdaje się, nic przeciwko temu... Cóż — partja dobra! Miczurin stał się teraz śmieszny z tym swoim „pędem do cywilizacji“ i przypomina mi tego paryskiego studenta-sudańczyka, który dwa razy na dzień zmieniał garnitur i obuwie, codziennie inaczej się poruszał i starał się innym mówić głosem. Ale to minie! Gdy się oswoi, etanie się naturalniejszy i wyzbędzie się śmieszności. Cóż pozatem można mu zarzucić? Szlachcic, oficer, inteligent i serdeczny, miły chłop! Trafił, jak się zdaje, na właściwą drogę. Posadę ma akurat dla siebie! Może komenderować i być ciągle w ruchu! Zadowoleni są z niego żółci panowie z „Szun-Pao“, po miesiącu już podwyższyli mu pensję, więc będzie u nich siedział tyle, ile zechce... Ludmiła... Ach, Ludmiła! Tu tkwi zagadka... być może, dramatyczna nawet zagadka! Co ona myśli o nim? I czy wogóle myśli?
Wagin skrzywił nagle usta, przypomniawszy wybuch zazdrości Miczurina.
— Zazdrość o mnie? — pytał siebie. — Skąd mu to przyszło? Ludmiła i... ja? Coś fantastycznie niemożliwego... Ona wciąż jeszcze obawia się mnie, a może nawet ma do mnie odrazę... wyczuwam to nieraz zupełnie wyraźnie... Nigdy nie pozostajemy ze sobą sam na sam... Instynktownie, zdaje się unikamy tego oboje... Ludmiła... zresztą nie pociąga mnie wcale, jako kobieta...
Wywołał ją sobie w pamięci i natychmiast ujrzał półciemną cerkiew, z migocącemi tam i sam płomykami lampek olejnych i cienkich świeczek woskowych; ze ścian wyłoniły się blade, mgliste freski. Wysokie, sztywne postacie świętych... Setki męczenników, ojców kościoła prawosławnego, pustelników, ekstatycznych mnichów... Chude, ascetyczne, jakgdyby niczem nieprzejednane twarze i głębokie, tajemnicze, mistyczne oczy — pełne milczącego, surowego wyrzutu i pełnego trwogi pytania. Oczy Ludmiły... Z poza małych drzwiczek w murze, niby z ciemnej czeluści jaskini, czarne wynurzają się postacie i suną niby nieskończony korowód mrówek. Wagin widzi ukryte pod kłobukami z krzyżem i trupiemi głowami na nich obce temu światu oblicza ihumcnów — nielitościwych dla siebie braci, postami i trudami umęczonych czerńców; kroczą wszyscy, stukając kosturami i dzwoniąc łańcuchami, przeorysze o ponurych, nieprzytomnych oczach i skulone, niby czarne, spracowane mrówki-robotnice, sylwetki mniszek o twarzach i oczach Ludmiły. Biją dzwony ponuro i monotonnie, jarzą się czerwone, kopcące języki świec, dobiega woń kadzideł, co smugami snuje się w mroku, szepcą coś zaciśnięte usta, szurgają ciężkie trzewiki i... suną wciąż nowe i nowe szeregi czarnych, nieradosnych cieni.
Wzdrygnął się Wagin i ręką przetarł oczy.
— Ludmiła — sączy się dalej myśl — to wyrzut zbiorowego sumienia, to ucieleśnienie cierpienia, pokory i modlitwy za grzechy świata... Nie mogę nawet wyobrazić sobie, jakim dysonansem rozbrzmiewałoby przy niej słowo — „kocham“.
Uśmiechnął się mimowoli i szepnął:
— Nie wiem, czy przejdzie ono przez gardło Miczurinowi... chyba, że się upije tęgo, i jako tako wykrztusi wyznanie miłosne... W każdym razie nie ma on powodu do zazdrości! Ta dziewczyna — to symbol męki... czystej duszy, patrzącej na zgniliznę świata... W jej obecności zmysły śpią, jak ziarna pod lodową skorupą...
Tak rozumował Wagin, idąc pewnej niedzieli po zalanym słońcem i pachnącym kwiatami Bundzie i przyglądając się zgrabnym zarysom białego jachtu amerykańskiego, podnoszącego żagle.
Jakaś młoda osoba o puszystych złocistych włosach, wymykających się z pod białego berecika, przechodząc koło Sergjusza, przenikliwie zajrzała mu w oczy. Wagin ogarnął ją szybko a szczegółowo, jak to bywa zawsze, gdy działają podrażnione nagle zmysły.
— Niezawodnie — Angielka! — zawyrokował. — Powraca z kortu. Piękne ma włosy i oczy niebieskie i śmiałe. Taka to wie, czego chce, i potrafi postawić na swojem...
Jej krótka biała sukienka odsłaniała foremne, silne nogi, a szkarłatny, obcisły sweter uwydatniał małe, okrągłe piersi, zarysowane zuchwale pod cienkim jedwabiem. Wagin ślizgnął się po tej ponętnej postaci ciepłem spojrzeniem, a gdy poczuł lekki, słodki dreszczyk pożądania, świeże usta Angielki drgnęły w ledwie widocznym uśmiechu. Przeszła obok sprężystym krokiem, ale, minąwszy Wagina, zwolniła go nieco. Sergjusz nie obejrzał się jednak. W tej samej chwili spostrzegł Ludmiłę. Domyślił się, że powracała z cerkwi.
Podszedł do niej i powiedział z uśmiechem:
— A słowo stało się ciałem! Przed chwilą myślałem o pani...
— Pan myślał o mnie? — zapytała, a w jej glosie zadrgały nuty niepokoju, zdumienia i jakgdyby podrażnienia.
— Panią to dziwi? — wzruszył ramionami Sergjusz. — Często myślę o pani...
— To — dziwne, to — zupełnie dziwne! — zawołała wyraźnie niecierpliwym głosem, zdradzającym zdenerwowanie. — Gdy słucham i patrzę na pana, wydaje mi się zawsze, że pan jest wciąż nieobecny, strasznie daleki i niezmiernie mi obcy... nam, chciałam powiedzieć, i wszystkiemu, co pana otacza!
Wagin spojrzał na nią badawczo. Twarz jej okryła się ciemnym rumieńcem, głębokie oczy błysnęły ponurym i namiętnym ogniem.
— Gdybym nawet pragnął, nie ośmieliłbym się narzucać pani. Pamiętam przecież strach pani przy naszem pierwszem spotkaniu. Wyobrażam sobie, jak wiele panią kosztowała przypadkowa rozmowa ze mną i samo nasze przebywanie pod jednym dachem. Jestem przekonany, że obawiała się pani nawet dotknąć przedmiotu, który był w moim ręku. Rozumiem to, bo miałem podobne przeżycia i wrażenia... we Francji.
— Skąd pan o tem wie! — prawie krzyknęła, z przerażeniem patrząc na niego. — Czyżby pan słyszał?
Wagin zaśmiał się cicho i odpowiedział:
— Nic nie słyszałem, a mimo to — zgadłem! Powracając jednak do pani zarzutu, muszę przyznać, że pani ma słuszność. My — którzy przeszliśmy tyle nieprawdopodobnych, niesamowitych rzeczy, — jesteśmy całemi światami, zamkniętemi na siedem zamków i zapieczętowanemi siedmiu pieczęciami, — światami zazdrośnie strzeżonemi od wtargnięcia obcych przybyszów. Zresztą, co mam się długo nad tem rozwodzić?! Pani sama jest klasycznym przykładem takiego osobliwego i niedostępnego świata! Wie pani? Gdy patrzę na panią, widzę za każdym razem nieznany mi klasztor, stojący na niedostępnej górze, która panuje nad rozległą równiną. Za grubemi, zawsze zamkniętemi furtami klasztoru snują się, niby mrówki milczące, tajemnicze myśli i przeżycia, zupełnie jak mniszki w czarnych chustach, spuszczonych na oczy. Równina — wesoła, zielona, rozsłoneczniona, pełna gwarnych wsi, roztańczonych tłumów, spogląda z ciekawością na ciemne, posępne mury klasztorne, ale nikt stamtąd nie wychodzi, milczenie tam panuje wszechwładnie i tajemnica. Jaka? Smętna, tragiczna, groźna, rozpaczliwa lub zamykająca w sobie całą przepastną głębię życia? To chyba zależy od klasztoru, panno Ludmiło?
Szli obok siebie.
— Gdyby ktoś bardzo zapragnął, mógłby przecież przeniknąć do klasztoru i przekonać się o tem, co się w nim ukrywa — z ciężkiem westchnieniem powiedziała nagle Ludmiła. — Wszyscy wolą patrzeć z podziwem i ciekawością, a nikt nie uczyni najmniejszego choćby wysiłku, żeby się dowiedzieć, jakich ludzi i jakie myśli zamknęły w sobie te mury.
— Poco się wdzierać tam, gdzie intruz nie jest pożądany? — wtrącił Sergjusz.
— Nie wiem... Być może, wraz z takim intruzem wdarłby się jakiś promyk słońca do ponurego życia czarnych mrówek, które nie mają już sił otworzyć siedmiu zamków i złamać siedmiu pieczęci.
Wagin zdumionym wzrokiem przyglądał się mówiącej dziewczynie i po raz pierwszy zaświtała mu myśl, że wcale nie zna Ludmiły. Jakiś niepokój poruszył się na dnie jego duszy i nadał drażniącej ostrości nagłemu zaciekawieniu.
Ostatnie słowa dziewczyny dawały doskonałą sposobność do dalszej rozmowy, lecz coś podszeptywało mu, aby nie czynił tego. Poszedł więc za tym wewnętrznym głosem i o nic więcej nie pytał. Milczeli oboje, a w milczeniu tem wyczuwało się wzajemne oczekiwanie. Wreszcie Wagin, ręką wskazując już sunący po rzece jacht, wesołym głosem powiedział:
— Szczęśliwi są ci tam Amerykanie! Za godzinę wypłyną na Ocean i oderwą się od ziemi. Otoczą ich inne żywioły i dumne zmaganie z wichrem i falami.
Ludmiła nic nie odpowiedziała, zamyślonym wzrokiem odprowadzając biały kadłub statku i jego wydęte już wiatrem żagle.
— Skąd pani idzie i dokąd? — spytał Sergjusz.
— Mama, lejtenant i ja byliśmy w cerkwi i u Romka na mogiłce. Lejtenant namówił mamusię odwiedzić panią Ostapową, bo przysłała nam po śmierci braciszka serdeczne kondolencje i kwiaty na grób... Cieszę się, że mamusia trochę się rozerwie!
— Nie poznaję Miczurina! — klasnąwszy w dłonie, zawołał nagłe Wagin, jakgdyby nie posłyszawszy nic innego poza nazwiskiem przyjaciela. — Pozwolił pani wracać samej?! To wprost nie do uwierzenia!
— Nie jesteśmy przecież w dżungli, a lejtenant nie jest moim „valet de garde“ — zaśmiała się prawie wesoło.
— „Valet de garde“! — wtórował jej śmiechem Wagin. — On jest paziem, rozkochanym w pani paziem, o ile za wielkim może na to stanowisko, o tyle też oddanym.
Ludmiła odwróciła wzrok i bezbarwnym głosem zauważyła:
— Powiedział to pan jakby z szyderstwem... Czyż pan nie lubi tego rzeczywiście dobrego człowieka?
— Ze też to pani do głowy przyjść mogło?! — oburzył się — Lubię go serdecznie, a kiedyś to nawet planowałem sobie małżeństwo jego z panią, panno Ludmiło... Aż tak, jak pani widzi, lubię naszego Michała!
Przeraził się sam swoich słów i spodziewał się, że zareaguje na nie natychmiast. Jakież jednak było jego zdziwienie, gdy podniosła ku niemu rozradowaną nagle twarz i ożywionym głosem spytała:
— To — ciekawe! Jakżeż ten plan wypadł panu?
Podniósł ramiona i pokiwał głową.
— Czy mam być szczery? — szepnął.
— Najzupełniej!
— Jakoś stadło to nie układało mi się! Niestety!
— A dlaczego?
— Wydało mi się nie zupełnie dopasowanem... — wymijająco odpowiedział Sergjusz, raptem poważniejąc. — Biedaczyna Miczurin!
Ludmiła śmiała się cichutko, jakgdyby z wdzięcznością patrząc na Wagina.
— Chociaż jabym panu swoich sercowych spraw nie powierzała, ale w każdym razie... dziękuję, bardzo dziękuję!
— Za co? — zdumiał się ostatecznie i przystanął, rozłożywszy ręce.
Nie chciała mu dać żadnych wyjaśnień. Śmiała się tylko dziwnie łagodnym i dźwięcznym śmiechem. Takiego — nigdy jeszcze u niej nie słyszał. Wagin przyglądał jej się z coraz większem zaciekawieniem. Ona zaś, nie dając mu czasu do nowych pytań, mówiła:
— Szłam do domu, aby się trochę ogarnąć, bo na cmentarzu kurz i piach, a potem miałam zamiar pójść do Ostapowych. Pan, zdaje się, nigdy nie uczęszcza do „Wołgi“ na Bubbling Well? Nie! No, to pan źle robi, że unika ludzi, gdyż to daje powód do plotek i najgłupszych domysłów. Proszę pana bardzo — pójdźmy razem do generałowej!
— Oj, panno Ludmiło!... — ociągał się Sergjusz. — Five o‘clock, taka piła drewniana... z temi rozmówkami o biedach... z temi idjotycznemi nadziejami... cytatami z Apokalipsy... Znam to już napamięć, wszędzie jedno i to samo...
— Jeżeli pan, choć trochę nas lubi, spełni pan moją prośbę — cichym głosem nalegała dziewczyna.
— Ależ, panno Ludmiło, ja panią nietylko trochę, ale nawet bardzo lubię, jednak ta „Wołga“... — toż to tortura, a pani nie może być sadystką... — bronił się ze śmiechem Wagin, idąc za Ludmiłą w kierunku domu.
Szła pewnym krokiem, milcząc i już nie patrząc na niego.
— Taka cicha zawsze, zamyślona, łagodna istota, a jakaż nielitościwa i uparta! — zrzędził. — Nic to pani nie wzrusza, że zaprowadzi mnie tam, jak jagnię ofiarne na zabicie... Nigdybym tego po pani się nie spodziewał! I pocóż poniosło mnie tu na ten głupi, chamsko-arogancki Bund?
— Żałuje pan tego? — spytała prawie groźnie i obejrzała się.
Zajrzał jej w oczy przyjaźnie, jak naciąganemu dziecku, i odparł wesoło:
— A wie pani, że nie żałuję! Pani jest dziś kapitalna i zmienna, jak te aleksandryty w jubilerskim sklepie Yanga na Nanking Road — z boków rubinowe, od góry — szmaragdowe... Była pani dla mnie zagadką, a teraz urosła do potęgi Sfinksa!
Nie oglądając się na niego, przyśpieszyła kroku i powiedziała:
— Bo to tak, jak w pańskiej malowniczej improwizacji. Na zagadkowe mury klasztorne patrzy pan z równiny... zdaleka... zdaleka...
Podchodzili właśnie do domu. Ludmiła szybko wbiegła po schodach na piętro. Sergjusz czekał na nią przed domem. Chodząc tam i z powrotem, przyglądał się dzieciom europejskim, bawiącym się pod dozorem statecznych i troskliwych japońskich „ama“ nie wątpił, że przed chwilą stało się coś niezmiernie doniosłego. Długo nie mógł ująć tego w ramy określonego wrażenia. Wkońcu jednak zrozumiał, że ma na myśli Ludmiłę. Ta dziwna dziewczyna z fresków cerkiewnych i z poza zawartych furt klasztornych poczuła do niego zaufanie a dawny strach przed nim opuścił ją na zawsze.
Ogarnęła go jakaś rzewna, dawno nieodczuwana radość, zdawało się przypadkowa — taka, co to zajarzy się nagle na widok promyka słońca, pieszczącego okiść czerwonych kwiatów. Klasnął w dłonie i zawołał:
— Panno Ludmiło! Dość tego strojenia się! Podbiła pani serce tego wilka morskiego, a teraz zamierza uczynić to samo z sercem szczura lądowego?
— Już schodzę! — odpowiedział mu ciepły, dźwięczny głos, jakim Ludmiła nigdy nie odzywała się do nikogo.
Od pobliskiego plantu dobiegł urwany ryk manewrowego parowozu, brzęk spięć i łomot buforów przesuwanych wagonów. Szczebiotały rozbawione dzieci, koziołkując na gazonie. Chińczyk, popychając połyskujący mosiądzem i szkłem wózek, ozdobiony pstremi pióropuszami i małemi flagami, chrapliwie wykrzykiwał, znęcając się nad angielszczyzną i francuszczyzną:
— Soty-whoto!... Banbo!... Czokoli!
Miało to oznaczać: — „Soda-water, bonbons i chocolat“.
Nie wiedząc dlaczego, Wagin uśmiechnął się do niego życzliwie, na co Chińczyk, szczerząc żółte zęby, odpowiedział mu wesołym rechotem.



ROZDZIAŁ XIV.
W SALONIE PANI GENERAŁOWEJ.

W salonach generałowej tłumnie było tej niedzieli. Wypadły właśnie imieniny adwokata Lubicza, który zadomowił się już w pensjonacie na dobre. Stali bywalcy i lokatorzy pensjonatu „Wołga“ od pewnego czasu oczekiwali z dnia na dzień wiadomości, że wahająca się wciąż pani Ostapowa odda wreszcie swoją ciepłą wdowią rękę mecenasowi. Tego dnia miał być lepszy — „imieninowy“ obiad z bezpłatną kawą w godzinach „five o‘clocku“. Już ta „materjalna“ przyczyna miała w sobie prawdziwą atrakcję, lecz były też inne powody, dlaczego w jadalni, saloniku i na werandzie tłoczyli się emigranci. Generałowa powiadomiła zawczasu najbliższe swoje przyjaciółki, że tej niedzieli oczekuje nowych gości, podobno bardzo interesujących i, jak chodzą pogłoski, dość zamożnych. Gdyby nawet Szun-Pao otrzymało dobrze płatne ogłoszenie na reklamowanie tej wiadomości, efekt nie byłby bardziej skuteczny. Przyjaciółki bowiem lotem ptaka rozniosły nowinę po całym Szanchaju, więc ze wszystkich dzielnic pociągnęli emigranci na Bubbling Well i składali serdeczne życzenia jeszcze bardziej tego dnia eleganckiemu adwokatowi i z ciekawością wyglądali zapowiedzianych gości.
Już przed piątą prawie wszyscy się stawili. Wierni klienci „Wołgi“ z zainteresowaniem przypatrywali się potężnej figurze Miczurina i spokojnej, wyniosłej sylwetce Wagina, o którym nieraz już słyszeli rzeczy niezwykłe i budzące zrozumiałą ciekawość. Każdy chciał przyjrzeć się zbliska człowiekowi, który mógł odegrać w dziejach ostatnich lat, być może, niezmiernie ważną rolę. Sergjusz wyczuwał te idące ku niemu prądy przeróżnych uczuć i myśli, więc coraz bardziej skupiał się w sobie i nadawał twarzy swojej wyraz skrzepłej obojętności. Pani Somowa i Ludmiła, które od śmierci Romana nie były na żadnem zebraniu niedzielnem u generałowej, spostrzegły, że skład gości jej uległ znacznym zmianom. Pewna część bywalców odpadła. Jedni zostali wyrzuceni poza ramki towarzyskie, jak naprzykład kapitanowa Rogowa z córką, gdyż tym paniom odmówiono nagle zapomogi z funduszów wojskowych, zmuszone więc były chwycić się pracy fizycznej, jako zwykłe praczki w Burlington-Hotelu. Taki „upadek na dno“ wytrącił je narazie z równowagi. Wstydziły się innych rodaczek i zerwały z niemi stosunki towarzyskie. Nie zaglądał też do „Wołgi“ krótkotrwały adorator panny Marty — ów przyjezdny docent — Bystriałow, namiętny apologeta caryzmu i imperjalizmu rosyjskiego, obrońca „dziedzicznych i historycznych praw Rosji do całej Azji“. Młodzieniec ów pewnego dnia znikł bez śladu. Panna Marta zmobilizowała swój wywiad prywatny, lecz niczego ścisłego dowiedzieć się nie potrafiła. Ustaliła tylko, że Bystriałow przeniósł się do Pekinu, gdzie go spotkał przypadkowo ojciec Sofronjusz, proboszcz prawosławnej cerkwi w Szanchaju, gdy odwiedzał biskupa, kierującego misją w stolicy Chin. Dopiero rotmistrz Klimow, chichocząc zjadliwie, oznajmił przed miesiącem, że w subsydjowanej przez poselstwo bolszewickie kantońskiej gazecie „Chun-Zen“ pojawił się przekład feljetonu miłego docenta, dowodzącego gorąco, że komunizm stanowi odwieczną formę ustrojową w Rosji, i zalecającego tę ideologję i system innym państwom, graniczącym ze Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich od wschodu. Wiadomość ta zgnębiła wówczas wszystkich, ale Klimow tylko machnął ręką i syknął pogardliwie:
— Gad zrzucił skórę! Tem lepiej! Napatrzymy się jeszcze na inne podobne gady i płazy, bo, cóż chcecie, jest to w naszym stylu „wielkich pokutników“.
Z szeregu stałych bywalców w salonie generałowej wkrótce po gwałtownej metamorfozie docenta wycofał się też rotmistrz Klimow i wycofał na zawsze, bowiem rak zżarł mu wreszcie wątrobę, a wewnętrzny krwotok dokonał reszty. Pochowano go na cmentarzu, niedaleko od czyściutkiej, osypanej kwiatami mogiłki „męczennicy, służki Bożej — Wiery“. w salonie pani Ostapowej nie widziano też oddawna byłego przemysłowca z Uralu — Awałowa i jego nieodstępnego towarzysza i „alter ego“, marszałka szlachty, księcia Teodora Kruguszewa, o którym zjadliwy Klimow nieraz mawiał, że rosyjska szlachta orenburska postąpiła zgodnie z historją, obierając na swego wodza... Tatarzyna. Kruguszew imponował Awałowowi gwiazdą św. Stanisława i koroną książęcą, Awałow zaś był potrzebny, jak powietrze, Kruguszewowi, bo przemysłowiec miał jakieś akcje i umiał je realizować. Teraz jednak nie mówiono o obu przyjaciołach, gdyż okazało się, że akcje Awałowa były oddawna wycofane z obiegu, więc bankierzy chińscy, potraciwszy na nich sporo pieniędzy, wpakowali obydwu do więzienia, gdzie przedtem starodawnym zwyczajem poddano ich chłoście. Ponieważ wszystkie pisma chińskie i niektóre angielskie skwapliwie całą tę sprawę wywlokły przed forum publiczne, wybuchnął skandal, niezmiernie szkodliwy dla rosyjskiej emigracji, pozbawionej jakiejkolwiek obrony prawnej.
Pani Somowa nie spostrzegła też kilku panienek, znanych jej z nazwisk i spotykanych w „Wołdze“. Zapytała o nie mecenasa, a ten, wciskając w oko monokl, odpowiedział patetycznym szeptem:
— Przekleństwo naszej doli wygnańców, droga pani! Istne przekleństwo... Te panienki zboczyły z uczciwej drogi, zbłądziły i zginęły bezpowrotnie w otchłani rozpusty tego Babilonu!
Pochylając się niżej i zasłaniając sobie usta dłonią, dodał:
— Mamy wiadomości, że bywają po nocach... w tych strasznych domach... na wybrzeżu Suczou-Creek...
Pani Somowa zacisnęła blade wargi. Słyszała ona o nie jednej już tragedji zabłąkanych tu bezbronnych kobiet. Przerażało ją to zawsze, jednak nie samo „zboczenie z uczciwej drogi“, gdyż wiedziała, że ta sławetna „uczciwa droga“ w warunkach szanchajskich prawie zawsze była głodem, chorobą, ostateczną nędzą, z której nikt nie usiłował wyciągnąć kobiety, czepiającej się wreszcie ostatniego środka w zmaganiu się ze śmiercią. Przerażały ją te straszne, nielitościwe wypadki, budzące w niej myśl o córce. Strach ten mijał jednak szybko i zastępował go smutek, pani Somowa bowiem wiedziała, że Ludmiła, nawet wobec groźby śmierci, nie szukałaby nigdy ratunku w zamkniętych na dzień pałacykach na Creek‘u, raczej... ach! Matka przyciskała ręce do bijącego trwożnie serca i starała się nie myśleć już o tem.
Na szczęście przecisnął się ku niej senator Ableuchow i, usiadłszy obok, zaczął wypytywać ją, jak dała sobie radę z kwarantanną w tubylczem mieście. Dowiedziawszy się o pomocy, udzielonej jej przez Wagina, ucieszył się szczerze.
— Mówiłem pani przecież, że Wagin jest bardzo porządnym młodzieńcem... — powiedział i jął opowiadać o swojej sklerozie i o wspólnych znajomych, od których otrzymał wiadomości z Londynu i Rzymu. Radosnym szeptem w wielkiej tajemnicy powiadomił starą przyjaciółkę, że zapewne wkrótce już wyjedzie do Nowego Yorku.
— Mój syn obiecuje, że jak tylko zaoszczędzi potrzebną sumę, przyśle mi bilet okrętowy i pieniądze na drogę! Pracuje on w biurze rosyjskiego adwokata Brazola. Pamięta pani Brazola? Słynny, fenomenalnie zdolny sędzia, który przeprowadził śledztwo w zawiłej sprawie sensacyjnego morderstwa w Lestokowym zaułku w Petersburgu.
— Pamiętam! — potwierdziła pani Somowa. — O ile się nie mylę, szło tam o otrzymanie sumy asekuracyjnej! Właśnie, właśnie! Jakżeż się cieszę za pana, drogi senatorze!
Rozglądając się po sali, szukała wzrokiem Ludmiły. Nie spostrzegła jej jednak, natomiast zwróciła uwagę na kilka nieznajomych osób i zapytała o nie Ableuchowa.
Staruszek uśmiechnął się i potrząsając siwą czupryną, powiedział z jakąś dumą:
— Oto przykład tężyzny rosyjskiej! Ci panowie, co to trzymają się razem i jakgdyby nieufnie przyglądają się towarzystwu, jeszcze rok temu byli nędzarzami, przymierali z głodu i nikt nie wie, w jaki sposób przetrwali. Robili co się da, aby z głodu nie umrzeć, ale jednocześnie mądrze i trafnie badali sytuację. Ten czarny, brodaty o głodzie i chłodzie pracował jako majtek na parowej lichtudze chińskiej, a teraz zajmuje stanowisko kapitana na statku „Ming-Szui Company“, wożąc pasażerów i towary z Szanchaju do Hangczou, Fuczou i Kantonu. Jest to Paweł Bojcow, z wykształcenia leśnik, tymczasem obecnie uzyskał prawa szypra i uważany jest za najlepszego kapitana. Kompanje transportowe ubiegają się o niego, ale on siedzi na swojej „Czangszy“, bo tam zapewne ma jakieś widoki. Obok niego stoi i pali cygaro — Konstanty Własienko — taki wesoły blondynek z zawadjackiemi wąsikami. Dwa lata temu przychodził do mnie po parę groszy w czasie strajku kulisów, a teraz — ho-ho! — naczelny krojczy w sklepie Lih-Funga. Tamten znów do Anglika podobny — skończony inżynier, syn profesora Wasiljewa — Szymon był robotnikiem przy taborze asenizacyjnym, cha-cha! Skarżył się kiedyś mecenasowi Lubiczowi, że jego nowa profesja pozbawiła go powonienia! Czy pani może sobie wyobrazić, co to za wstrętna musiała być praca?!
— Cóż teraz robi ten pan? — spytała pani Somowa.
— Teraz jest kierownikiem budowy rządowej elektrowni w Nankinie! — z jakąś dumą zawołał Ableuchow. — Przez parę lat nikt tych ludzi nie widział. Wstydzili się zapewne pokazywać w towarzystwie, a teraz, gdy się wybili, przyszli sami i prowadzą rozmowy o konieczności założenia towarzystwa samopomocy z spółdzielnią i biurem pośrednictwa pracy. Tymczasem jednak są to sporadyczne wypadki, niestety... Inni albo jęczą i narzekają, albo też robią różne „kanty“, są i tacy, którzy wpadają w niezdrowy mistycyzm...
— Przepraszam! — zaprotestowała energicznie pani Somowa. — Do towarzystwa tych wyjątkowych ludzi musi pan zaliczyć również pana Sergjusza Wagina, który też wybija się szybko, miłego lejtenanta Miczurina, no — i moją Ludmiłę, bo ona też własną pracą doszła do lepszych warunków materjalnych u swoich Amerykanów i otrzymała wreszcie stałą posadę.
— No-o, Ludmiła to wyjątkowa panienka! — powiedział staruszek, zsuwając okulary na czoło. — Cieszyłbym się niezmiernie, gdybym nie mógł zliczyć wszystkich Rosjan, którzy tu na najcięższej zapewne emigracji zdobyli twardy grunt pod nogami! Daj Boże! Daj Boże!
Tymczasem Wagin, po przedstawieniu go przez Ludmiłę pani Ostapowej, był zaszczycony dłuższą z nią rozmową. Generałowa przyglądała mu się z dość natrętnem zaciekawieniem, a przed jej badawczem spojrzeniem nic, zdawało się, ukryć się nie mogło. Obejrzała wyniosłą, szczupłą, lecz silną postać nowego gościa, nieco szyderczą, ale rozumną i przystojną twarz, jasne, śmiałe oczy, niedostępne jednak do „czytania z nich, jak w otwartej księdze“, małe, prężne dłonie i stopy Wagina, jego skromny, ale dobrze dopasowany szary garnitur, stonowaną z nim barwę krawatu i żółte trzewiki amerykańskie.
Powiedzenia Wagina wydały jej się szczere, proste i elegancko ułożone.
— Jeszcze bardziej... prawdziwiej dystyngowany niż Grégoire!
Pani generałowa w myśli oddawna już nazywała Lubicza po imieniu, czasami w chwili zrywającej się w niej tęsknoty — nawet spieszczając jego dość nieelastyczne, kanciaste imię, ale że i wtedy nie bardzo pasowało do jej nastroju, wolała wymawiać je z francuska. — Grégoire. Ta myśl, nagle błyskająca w kapitalnie praktycznej głowie generałowej, zmusiła ją do natychmiastowego czynu.
— Marto! Dziecko moje! — zwróciła się jakgdyby wzruszonym głosem do córki, przyglądającej się Waginowi z poza dużej, chińskiej wazy. — Chcę ci przedstawić pana Wagina! Niezmiernie wytworny „causcur“!
— Mama pani pochlebia mi!... — uśmiechnął się Sergjusz, ściskając rączkę panienki.
Marta zaśmiała się zalotnie, w wypróbowany już kilkakrotnie sposób, który niedawno prawie że usidlił chwiejnego docenta Bystriałowa, zanim nie skusiły go bolszewickie czerwońce.
— Czegośmy tylko nie robiły, żeby pana tu ściągnąć i oswoić — szepnęła, podchodząc bliżej i dotykając ramienia Sergjusza dość wybujałym biustem.
Patrzyła Waginowi w oczy znacząco i demonstrowała przed nim wspaniały sznur oślepiających bielą zębów i ponętny dołeczek na prawym policzku, szepcąc coraz ciszej i jakgdyby z wyrzutem:
— Pan jest niedobry i zarozumiały! Nie śpieszył się pan w nasze niskie progi... Tyle razy prosiłam Ludmiły, aby pokazała nam pana na five‘ie. Ale nic z tego nie wyszło... Potem wydelegowałam „profesora“ Bystriałowa, aby dostarczył mi pana żywego lub umarłego.
Ujęła go pod ramię i poprowadziła ku werandzie, gdzie gromadziła się młodzież. Wagin czuł na swojem ramieniu jej gorącą dłoń, czarny loczek — rozigrany na lekkim przeciągu, muskał go po szyi.
— Ale, ale!... — przypomniał coś sobie Sergjusz, nie odpowiadając na zaczepne wyrzuty panienki. — Wymieniła pani nazwisko Bystriałowa... Czy to ten, passez moi le mot, bęcwał, co na zamówienia poselstwa bolszewickiego rozpisuje się po chińskich gazetach, ogłupiając tych starych dzieciaków, tych politycznych noworodków?
Panna Marta poczuła się dotkniętą lekceważącą odezwą Wagina o tym... tym zdrajcy. Kobieta bowiem zdolna bywa do obrony nawet zdrajcy i innego zbrodniarza, jeżeli udało mu się w odpowiednim momencie zerwać choć jeden tylko całus, nawet pokryjomu, niby przypadkiem, nieobowiązująco. Ale panna Marta miała w sobie dużo drapieżności i odczuł to zaraz na sobie Sergjusz, nieopatrznie budząc w niej potrzebę odwetu.
Wchodzili właśnie na werandę. Marta puściła ramię gościa i, robiąc dworski ukłon, zaprezentowała Sergjusza, patrząc na niego z pod czarnych rzęs.
— Ladies! Gentlemen! Mam zaszczyt przedstawić wam słynnego „carobójcę“ — pana Sergjusza Wagina!
Na sali w tej samej chwili ustała głośna rozmowa, gdyż wchodzili nowi goście, więc głos panienki rozległ się donośnie. Zapadło milczenie i wszystkie oczy skierowały się na Wagina. Sergjusz najmniejszym ruchem nie zdradził zmieszania. Rozejrzał się spokojnie i wnet spostrzegł wlepione w siebie przerażone oczy Ludmiły. Zaśmiał się głośno i, chyląc się w niskim ukłonie, tym samym tonem odpowiedział:
— Ladies, gentlemen! Jestem Sergjusz Wagin, lecz bynajmniej, nie „carobójca“, tylko redaktor działu prasy zagranicznej w koncernie „Szun-Pao“.
Tam i sam rozległy się szepty:
— A przecież nieboszczyk rotmistrz twierdził...
Sergjusz, wciąż śmiejąc się wesoło, dodał:
— W sowieckiej Rosji chcieli mnie uwiecznić pomnikiem za domniemany zamach na cesarzową — i zrobiłbym może błyskotliwą karjerę, ale przybył do Moskwy prawdziwy organizator niedoszłej zbrodni i... musiałem wiać z Rosji! Obawiając się czegoś podobnego na brzegach Whangpu, wolę odrazu sprostować kursujące o mnie fałszywe pogłoski.
Zwracając się do Marty, spytał ją przekornie:
— Nieprawdaż, że straciłem odrazu cały urok tajemniczości w oczach pani i to tak dalece, że ominie mnie napewno filiżanka kawy z... keksem?
Marta, zmieszana i zbita z tropu, podbiegła do boya i sama podała gościowi kawę i tackę z pieczywem. Wagin zbliżył się do Ludmiły i stanął za jej krzesłem.
— Nienawidzę Marty! — szepnęła do niego.
— Pani i nienawiść? — spytał z lekkiem szyderstwem. — To dwa bieguny, niepogodzone nigdy antytezy!
Obejrzała się na niego, podniósłszy głowę i zlekka rumieniąc się, powiedziała cicho:
— Ach, prawda! Czarna mrówka... Jak mogła Marta pozwolić sobie na taki... nietakt?!
Chciała jeszcze coś dodać, lecz szedł już ku niej Miczurin, stanowczo za duży i za szeroki na wąską oszkloną werandkę, pełną kwiatów, bambusowych, lekkich mebelków i tanich bibelotów, imitujących arcydzieła starożytnej ceramiki i bronzownictwa chińskiego.
— Dobrze, że was widzę wreszcie! — zawołał, zwracając się do Wagina. — Muszę was poznajomić z bardzo ciekawym człowiekiem. Za czasów kadeckich znałem go trochę, gdyż kończył już wówczas korpus Paziów...
Z saloniku szedł ku nim niewysoki, prawie kwadratowy człowiek w nowym granatowym garniturze i z wstążeczką rosyjskiego krzyża walecznych w klapie tużurka. Skośne, wąskie oczy uśmiechały się życzliwie i chytrze zarazem. Okrągła, ogolona głowa, cienkie, czarne wąsy okalające górną wargę i żółtawa, straszliwie zeszpecona ospą twarz nie pozostawiały wątpliwości, że należały do Mongoła czystej krwi. Nieznajomy ukłonił się Ludmile i wyciągnął rękę do Wagina.
— Pozwoli pan, że się sam przedstawię! Jestem Sulejman Wali-chan Bukrejew, były dowódca pierwszego turkmeńskiego pułku jazdy...
Wagin uścisnął podaną mu dłoń i odpowiedział radosnym niemal głosem, gdyż sprawił mu przyjemność widok człowieka, który długo mieszkał w jego rodzinnem mieście.
— Doskonale przypominam sobie twarz pana pułkownika z czasów petersburskich! — zawołał serdecznie.
Wali-chan uśmiechnął się i zażartował:
— Trudno istotnie zapomnieć tak wybitnie... dziobatego oblicza!
— Poza tym, że tak powiem, „bezpłatnym dodatkiem“ posiada ono inne jeszcze cechy wybitności, które pozostają w pamięci! — odpowiedział Sergjusz z uprzejmym uśmiechem.
— Oddawna pragnąłem pana poznać — mówił Wali-chan. — Doktór Plen obiecał urządzić nasze spotkanie, lecz musiałem wyjechać, a potem przyszła ta nieszczęsna epidemja...
— Czy wiecie — wmieszał się do rozmowy Miczurin, — że pułkownik przyjechał do Szanchaju niezwykłą drogą — bo przez Turkiestan Chiński i Cobi...
— Jeżeli interesuje to państwa, opowiem pokrótce swoją Odyseję, chociaż, przyznaję, że jest ona blada wobec męczeńskiej włóczęgi, jaką zmuszona była odbyć zapewne większa część tu zebranych — mówił spokojnym głosem pułkownik, posuwając krzesełko do kanapki, gdzie siedziała Ludmiła.
W jadalni w tym samym czasie solenizant i pani Ostapowa podejmowali nigdy przedtem nie widzianych tu gości. Właśnie przyjechała z wiązanką czerwonych róż niejaka pani Katarzyna Simicz i przywiozła z sobą dwuch jegomościów o orlich nosach, ognistych, drapieżnych oczach i smagłych twarzach. Wygląd ich i nazwiska — Leopadze i Karszwili — świadczyły o gruzińskiem pochodzeniu tych smukłych, zdumiewająco cienkich w pasie, co chwila wybuchających głośnym, prawdziwie „końskim“ śmieciłem synów Kaukazu.
Pani Katarzyna, którą generałowa z miejsca poczęła nazywać „złocistą Katiuszą“, ponieważ zapłonęła odrazu niepojętą do niej sympatją, — malutka, bez zarzutu zbudowana kobietka, o bujnej koronie naturalnie złocistych włosów, wielkich, niebieskich oczach niewinnego dziecka i prześlicznej buzi — świeżej i różowej, okazała się światową, wesołą i dowcipną towarzyszką. Szczebiotała bez przerwy, przekomarzała się ze swymi, jak nazywała Gruzinów, „satelitami“, dowcipkowała i w międzyczasie wtrącała autobiograficzne szczególiki i żartobliwe informacje o sobie, Leopadzem i Karszwilim.
— W Chinach jesteśmy już od dwuch miesięcy, — gaworzyła milutko „złocista Katiusza“, — ale „satelici“, którym mój mąż — naczelny inżynier kolei syberyjskiej — oddał mię pod opiekę, zawieźli mnie do Tientsinu i ukrywali przed ludźmi. Obaj są odważnymi rotmistrzami z dzikiej dywizji wielkiego księcia Michała, ale głowy mają... (tu uczyniła rączką nieokreślony ruch w powietrzu)... do konnej jazdy. Byli przekonani, słowo daję, — że Tientsin jest stolicą Afryki i że mieszkają w niej... czerwonoskórzy Indjanie! Cha-cha-cha!
Leopadze, rycząc na całe gardło, usiłował coś powiedzieć, ale Katiusza zamachała na niego rączkami i tupnęła nóżką.
— Gogio, ani słówka, bo będzie skandal! — zawołała. — Czy pan znowu zapomniał o rozkazie: „jeżeli pan chcesz mówić ze mną, to przedewszystkiem — milczeć!“ Wreszcie postanowiliśmy zrobić wypad do Szanchaju... Juro Karszwili długo nie chciał się zgodzić, bo mu się podobało w Tientsinie... Mamy tam dansing. Nazywa się „Passava“... Nad ranem zapuszczają tam fjoletowe, grube draperje i wtedy w gęstym półzmroku tańczy sześć par... mulatek — (imaginez vous, madame, toutes nues!) — i chłopaków w białych frakach. C’est frissonnant, je vous assure... Tęsknię bardzo za swoim grubasem Maciejkiem... Nazywam zawsze męża — Maciejek-Dyrektor!... Właśnie w „Passavie“ Juro Karszwili założył swój obóz! Ani słowa, wschodni człowiecze! Dlatego nie chciał jechać do Szanchaju, ale ja i Gogio zmusiliśmy go wreszcie...
Pani Ostapowa przysłuchiwała się szczebiotowi Katiuszy z wylewnym uśmiechem, ale jednocześnie wpatrywała się w piękne brylantowe pierścienie na drobnych paluszkach nowej znajomej, dużą brylantową ze szmaragdami broszkę ażurowej roboty (zapewne — od Faberge? — kombinowała), butony w różowych uszkach, obfitość bransolet, co nie podobało się generałowej, bo spostrzegła wśród nich tanie i tandetne, choć dwie, czy trzy — drogie (czy aby to tylko prawdziwe kamienie? — mignęła jej podejrzliwa myśl), solidnej roboty dobrego jubilera. Zato toalecie pani Simiczowej — prostej i eleganckiej — nic zarzucić nie mogła. Kuta na cztery nogi właścicielka „Wołgi“ spostrzegła porozumiewawcze, bystre, jak błysk noża, spojrzenia roześmianych Gogia i Jura i drapieżne ogniki w ich rozmarzonych, ciemnych, jak agaty, oczach. Słowa Katiuszy pani Ostapowa przesiewała przez sito doświadczenia i krytycyzmu. Nie bardzo się przejęła tem, że „grubas Maciejek“ był dyrektorem kolei syberyjskiej. Marja Piotrowna tyle już spotykała na wygnaniu dyrektorów kolei syberyjskich, że można nimi było zamiast progów wymościć cały plant od Władywostoku do Uralu. Przyzwyczajona była oddawna, że byle inżynierek na emigracji mógł być jedynie „dyrektorem“ kolei, podporucznik z zapadłego garnizonu — conajmniej kapitanem gwardji, a siwobrody, hemoroidalny urzędniczyna powiatowy — wyłącznie gubernatorem. To też patrząc wprawnem okiem na Gruzinów, przekonana była, że chociaż istotnie były to chłopy „dzikie“, lecz nic wspólnego ze słynną „dziką dywizją“ nie miały. I tak to słuchając, przesiewając i rozumując szybko, trzeźwo i cynicznie, zatrzymała się wreszcie na dwu zajmujących ją pytaniach: skąd ta mała „złocista Katiusza“ ma takie brylanty i w jaki sposób mogła je zachować?
W pewnym momencie rzuciła niespodziewane pytanie:
— W jakim punkcie przekroczyli państwo granicę naszej nieszczęśliwej ojczyzny?
Widocznie pani Simicz nieraz już słyszała to zrozumiałe, a jednak podstępne pytanie, gdyż z całą swobodą znowu szczebiotać poczęła.
— Jak ty to śpiewasz, Juro? „Droga orla od wierchu do wierchu, długa i wysoka, aż zbiegnie w słoneczną nizinę Charloka“. Taka to była i nasza ucieczka, kochana pani generałowo! Przeszliśmy Tiań-Szań, przez Dżungarję, Mongolję i Czachar dojechaliśmy częściowo końmi, częściowo wielbłądami do Tafungfu. Pierwsza stacja kolejowa i — wreszcie „Europa” — Tientsin! Z takiemi „dżigitami“, jak moje satelity, można konno przez Ocean przejechać! Powiadam pani — żadnego wypadku... i, jak kochana generałowa zauważyła zapewne, ocaliłam wszystkie klejnoty — jedyne pamiątki (Wcale porządne pamiątki! — zgodziła się w duchu pani Ostapowa), jedyne po moim najdroższym Maciejku! Wszystko to zawdzięczam opiekunom i obrońcom mojej cnoty, mienia i życia, tym oto — Leopadze i Karszwili! Gdyby nie oni, gdyby nie oni... coby się ze mną stało?
Wydeklamowała to z patosem, a Gruzini w tak, zda się, niestosownym momencie ryknęli głośnym śmiechem.
— Hm... — miarkowała generałowa. — Coś w tem jest, ale co? Szczwane to, widać, lisy, no, ale i nie takich tu widziano... Obaczymy! Najważniejsze z tego wszystkiego, że mają pieniądze...
I zaczęła gorąco namawiać »Katiuszę«, żeby zamieszkała w „Wołdze“, gdzie będzie miała kulturalne, swojskie otoczenie i prawdziwie matczyną opiekę.
— Przecież, jeżeli chcecie państwo rozejrzeć się po Szanchaju, — kusiła, — to któż go wam lepiej sprezentuje niż mój wypróbowany przyjaciel — mecenas Lubicz i moja córka — Marta?! Panowie Leopadze i Karszwili znajdą też u nas przemiłe towarzystwo i spokój do pracy!
Gogio i Juro przy tych słowach zarżeli jak argamaki, a Katiusza zawołała, z trudem powstrzymując śmiech:
— A to dopiero droga pani utrafiła: Moje „dżigity“, i — spokój? Oni przez cztery miesiące podróży tak się zatruli spokojem, że teraz chcą szaleć!
— I to da się zrobić! — szła na wszystko właścicielka pensjonatu, zapomniawszy z kretesem pompatyczną formułę najwyższego tonu... „gdy byliśmy z mężem na przyjęciu dworakiem i t. d.“, — aby tylko nie stracić majętnych gości. — I to się urządzi! Mamy tu doświadczonych „guidów“ dziennych... i nocnych... Gdzie państwo stanęliście?
Pytanie to wywołało lekkie zamieszanie. Katiusza pochyliła złocistą główkę, usiłując otworzyć zacinającą się torebkę, Leopadze, udając, że nie słyszał pytania, nakładał sobie na talerzyk kawałek tortu i tylko Juro Karszwili, odchrząknąwszy, zaśmiał się chrapliwie i odpowiedział:
— Przyjechaliśmy dopiero wczoraj... i zatrzymaliśmy się czasowo u mego przyjaciela i ziomka... Księcia Bancza Eristowa... mieszka on... koło takiego dużego hotelu, jakżeż go tam?
— Palace? — poddała pani Ostapowa.
— Nie! — mruknął Gruzin.
— Astor? Kalee?...
— Nie! Jakie tam Kalee! Zupełnie inaczej...
— Burlington?
— Nie!... — opryskliwie już odpowiedział Juro, a w głosie jego zabrzmiał wyraźnie słowami nieujęty okrzyk: „Czego się mnie czepia ta baba, jak giez łba końskiego?“
— Jakiż to mógłby być jeszcze hotel... przyzwoity? — głowiła się pani Ostapowa. — Może, „Hotel des Colonies“?
— Tak! Ten! — odsapnął z ulgą Karszwili i z jakąś tęsknotą spojrzał na Gogio, który bez namysłu przełknął nagle ogromny kawałek tortu i wybałuszył oczy.
— Przyjechaliśmy taksówką, która czeka na nas... — wtrąciła pani Simicz. — Jutro, jeżeli pani pozwoli, wpadniemy obejrzeć pokoje.
— Ależ jak najchętniej! — ucieszyła się generałowa i skinęła na boya. — Poproś do mnie panienki!
Po przyjściu Marty nawiązała się nowa rozmowa. Ze zdwojoną werwą szczebiotała rozróżowiona Katiusza, co chwila pokładali się od śmiechu dżigity, rechocąc z bylejakicgo powodu i zmiatając torty, keksy i biszkopty. Do rozbawionego towarzystwa dołączali się coraz to inni goście, szczególnie ci, co pozostawali z Ostapowymi w najbliższych stosunkach. Przysiadł się też mecenas Lubicz, który jednak, po złożeniu mu powinszowań przez złotowłosą panią i Gruzinów, odszedł do gości w salonie. Gdy całe towarzystwo bawiło się w najlepsze, podniecane coraz bardziej „szampańską“ werwą i dowcipkami czarującej „pani dyrektorowej“, a generałowa w tajemnicy przed innymi gośćmi poczęstowała panów nalewką własnej roboty, na progu jadalnej sali stanęli Wagin z Wali-chanem. Rozmawiali z ożywieniem, nie zwracając uwagi na hałaśliwe towarzystwo, otaczające panią Simicz.
Nagle stał się wypadek, o którym długo potem opowiadano sobie na zebraniach w „Wołdze“. Gogio Leopadze, odrzuciwszy się na oparcie krzesła w wybuchu śmiechu, spostrzegł nagle okrągłą czaszkę i kwadratową figurę pułkownika i skamieniał. Ryczący śmiech jego urwał się w jednej chwili, twarz skurczyła mu się dziwnie i zmrużyły się oczy. Kopnął pod stołem Jura i oczami wskazał mu przed siebie. Karszwili obejrzał się błyskawicznie, zdradzając tym ruchem zawodową sprawność. W jednej chwili zorjentował się w sytuacji i zerwał się z krzesła.
— Dyrektorowo, chodźmy! — warknął przez zęby, marszcząc znacząco szerokie brwi.
Nie pytając o nic i nie wyrażając najmniejszego zdziwienia, pani Simicz podniosła się natychmiast z miękkiej kanapki i, chociaż uśmiechała się jeszcze, jednak cieniutka, prawie nieuchwytna zmarszczka przecięła ukośnie jej wypukłe, niewinnie pogodne czoło. Cała ta trójka zręcznym manewrem ustawiła się plecami do salonu i w pośpiechu zaczęła żegnać panią domu i jej gości, obiecując jutro wpaść do pensjonatu.
— Mój Boże! — utyskiwała generałowa. — Zrywacie się państwo tak nagle i pozbawiacie nas swego miłego towarzystwa...
— Nie mamy czasu! — dość ordynarnie odburknął Leopadze. — Późno już... Dyrektorowo, Juro — marsz!
Pani Ostapowa, chociaż zdumiona, a nawet zlekka przerażona, spostrzegła jednak, że obaj Gruzini, jak a komendę, włożyli ręce do kieszeni tużurków, a „złocista Katiusza“ trzymała przed sobą otwartą torebkę. W chwili, gdy byli już w sieni, Wali-chan obejrzał się i zdążył spostrzec wychodzących. Waginowi, stojącemu obok niego, zdawało się, że nowy znajomy oszalał. Pułkownik jednym skokiem był już przy drzwiach, ale powracający z sieni całym tłumem panowie z generałową i mecenasem na czele, zatarasowali mu drogę. W tej samej chwili z ulicy dobiegł turkot motoru odjeżdżającej pełnym gazem taksówki.
— To dziwne, to dziwne!... — mówił Wali-chan, uspokoiwszy się nieco. — Simicz ze swymi wspólnikami w domu pani generałowej? Jak dawno bywają oni u pani?
Zmieszana pani Ostapowa, zapominając tym razem o dystynkcji najwyższego poziomu, tupnęła nogą i wykrzyknęła zgrzytliwym głosem (ktoś z gości twierdził nawet, że „chamskim tonem przekupki“):
— Zwarjowaliście czy co? Do djabła, objaśnijcie wreszcie, co to wszystko znaczy?
Wali-chan zapalił papierosa i powtórzył pytanie.
— Jak dawno bywa pani Simicz z tymi Kaukazczykami w domu pani?
Odparła z niepokojem w głosie:
— Ależ widziałam ich dziś po raz pierwszy w życiu! Mówili nam, że przyjechali wczoraj, i, dowiedziawszy się od wspólnych znajomych o dzisiejszym five o‘clock‘u, chcieli mi złożyć wizytę...
— Hm... hm... Coby to mogło znaczyć! — mruczał pułkownik, mrużąc czarne, przenikliwe oczy. — Czy przypadkowo śród gości pani niema kogoś bardzo majętnego?
— Skądżeż znów — wzruszyła lekceważąco ramionami. — Sam pan chyba rozumie, że emigrancka publika to — bieda z nędzą...
— Tak... tak... — myślał na głos Wali-chan. — W takim razie mogę wypowiedzieć tylko jedno przypuszczenie i, zapewne, nie mylę się... Musieli prawdopodobnie przeczekać tu coś dla siebie niebezpiecznego... mówiąc krótko — zamierzali ukryć się w domu pani generałowej!
Zaśmiał się suchym, syczącym śmiechem i wrzucił papieros do popielniczki.
— Ależ na miłość boską, niech nam pułkownik powie wreszcie, co to za ludzie? — zawołała zaciekawiona Marta.
Wali-Chan spojrzał na nią badawczo i odpowiedział jednem słowem:
— Bandyci!
Wszyscy zaniemówili i pytająco wpatrywali się w dziobatą, zawziętą twarz Mongoła.
Wreszcie pułkownik zaczął opowiadać dość zwykłą w owych krwawych i chaotycznych czasach historję.
— Znam ostatni tylko okres karjery tej trójki — zaśmiał się chrapliwie. — Grasowało ich więcej, ale moi Mongołowie wywieszali resztę... Było to tak! Pani Katarzyna Simicz (nie jestem istotnie pewny, czy jest to jej prawdziwe nazwisko!) przybyła w towarzystwie kilku jeźdźców do obozu oficerów w Czuguczaku, a ponieważ wybuchły tam wkrótce różne epidemje, pełniła znakomicie czynności sanitarjuszki. Po pewnym czasie wyjechała bez pożegnania, cha-cha-cha, — zabierając ze sobą klejnoty żonom oficerskim. Z nią razem znikać poczęli jeden za drugim jej tajemniczy towarzysze... W parę miesięcy dopiero dowiedziano się, że Simicz ze swoją bandą grasuje pomiędzy Ubsa-nor i Kosogołem, mordując i rabując dążących tą drogą uciekinierów. Baron Ungern kazał ją schwytać i przekazać sądowi doraźnemu. Wtedy byłem jeszcze ze swoimi ludźmi u barona. Polecił mi zlikwidować tę szajkę bandycką... Udało mi się schwytać ośmiu jej członków. Znaleźliśmy przy nich zaszyte w kulbakach złoto i drogie kamienie na znaczną sumę. Jednak „Katiusza“ z dwoma jej towarzyszami umknęła nam... Rozstawione aż do granic Gobi pikiety nikogo nie zatrzymały... Mam wrażenie, że „złocista czarodziejka“, jak ją nazywano w Czuguczaku, gdzie przepadano za nią, ukryła się ze swymi drabami na terenie Syberji, gdzie my iść nie mogliśmy bez obawy natknięcia się na większe oddziały bolszewickie... Teraz, jak widzę, dotarli już tu... no, i, zapewne, nie siedzą z założonemi rękami!
Zaśmiał się jeszcze chrapliwiej i zapalił świeżego papierosa. Nagle podniósł głowę i, posłuchawszy chwilkę, mruknął:
— Wydało mi się, że posłyszałem echa strzałów rewolwerowych... Czyżby przepowiednia moja już się miała ziścić?
Nikt jednak nic nie słyszał, chociaż pułkownik miał słuszność. Przekonał się o tem nazajutrz Wagin, dowiedziawszy się od reporterów, że detektywi, wysłani z Charbinu i Tientsinu, wytropili bandę, złożoną z kobiety i dwóch Gruzinów, oddawna poszukiwanych przez policję. Ciążyła na nich zbrodnia ograbienia jubilerskiego sklepu pewnego Żyda angielskiego i zamordowanie kilku bogatych bywalców nocnego lokalu „Passava“, gdzie czarująca Rosjanka miała szalone powodzenie, jako fordanserka. Bandyci odstrzeliwali się policji, uciekając taksówką, lecz wkońcu zostali ujęci przez agentów-motocyklistów, ale dopiero potem, gdy jeden z Gruzinów został zabity, a główny herszt — kobieta, podająca się za arystokratkę i odmawiająca wymienienia swego głośnego „historycznego“ nazwiska, otrzymała ciężki postrzał w plecy. Niezwykle barwne i porywające szczegóły pościgu, strzelaniny i pochwycenia bandytów przeczytała też nazajutrz wieczorem pani Ostapowa w rosyjskiem pisemku, bezczelnie okradającem dzienniki angielskie, chociaż każdy jego artykuł miał pochodzić od „własnego korespondenta“. Dowiedziawszy się o epilogu karjery groźnej trójki, generałowa westchnęła ciężko i jeszcze raz zadała sobie pytanie:
— Dlaczego Katiusza nosiła obok drogich bransolet te tanie i brzydkie? To zupełnie nie pasowało do niej?
Potem zaczęła rozmyślać nad tem, czy Katiusza rzeczywiście była żoną inżyniera i czy ów grubasek „Maciejka-dyrektor“ istniał kiedykolwiek na ziemi? Wszystkie myśli i domysły swoje zakończyła drugiem i ostatniem z powodu Katiuszy, Leopadze i Karszwili westchnieniem, gdyż zrozumiała, że tak miłych, towarzyskich i bogatych klientów (oby tylko nie byli bandytami!) fortuna nigdy już jej nie ześle. Życie — niezmiernie trudne — wymagało od pani generałowej ciągłych wysiłków i kombinacyj, więc po tygodniu zapomniała już o złotowłosej pani i jej wesołych, beztroskich obrońcach i opiekunach, co to śpiewali o „wysokim i dalekim orlim locie“. Nie bardzo nawet przejęła się tem, gdy Marta opowiedziała jej, że w Szanchajskiem „Nowoje Wremia“ umieszczona została wiadomość o zgonie rannej bandytki w szpitalu więziennym.
Ale wszystkie sentymentalne wrażenia i filozoficzne myśli przyszły jej w kilka dni później, teraz zato, gdy słuchała Wali-Chana i obserwowała na twarzach gości wzruszenia różnego gatunku, pani Ostapowa zaniepokoiła się poważnie. W jej praktycznej głowie śmigały różne myśli:
— Tamten paskudny wypadek z fałszerzem banknotów, potem samobójstwo głodnej nauczycielki, którą wyrzuciłam (przecież miałam prawo!), bo mi za dwa miesiące nie zapłaciła za pokój, a teraz znów — ta zbójecka trójca w moim pensjonacie! Nie daj Boże, dowie się o tem policja i zechce mnie do sprawy wmieszać... Cała nadzieja, że Grégoire... ale co robić? Nowi goście pomyślą, że u mnie w domu bywają bandyci!...
Generałowa uciekła się do wynalezionej przez siebie i wypróbowanej taktyki. Spoważniała nagle, stała się niebywale dostojną i niedostępną i wycedziła przez zęby:
— Pewnego razu w Gatczynie, podczas „gardenparty“ u cesarzowej-wdowy, kamer-junkrowi, księciu Białozierskiemu przepadła złota cygarnica z brylantowym monogramem...
Czasy jednak i nastroje emigrantów, widać, gruntownie się zmieniły, czego jednak generałowa nie spostrzegła i nie zdyskontowała w sposób należyty. Nikomu już nie imponowała najświetniejsza bodaj przeszłość historyczna, gdyż stała się dla wszystkich przedpotopową bajką, ginącą w zamierzchłych epokach — bezpowrotnie minionych, trochę rzewnych, trochę cudacznych. Ci, którzy żyli jedynie wspomnieniami — odeszli już w zaświaty, tych zaś, co przetrwali okres fantastycznych nadziei, życie tak przetarło, przekuło i przenicowało, że, gdyby mieli czas i ochotę do porównań, nie poznaliby samych siebie. W szybkim, niezwykle szybkim tempie różnorodna walka o byt — to niewybredna, pierwotna, to znów zdradzająca niepospolite zdolności umysłowe, zdążyła już otrzeźwić wszystkich, zracjonalizować i wyrobić w nich własną dumę, swoistą etykę, nową etykietę, formalizm wygnańczy i ciągłą zmienną ideologję, niczem z jakąkolwiek tradycją nie związaną. To też goście generałowej nie słuchali nawet opowieści o jakimś tam kamer-junkrze z zapewne oddawna spalonego lub zamienionego na koszary pałacu gatczyńskiego; podzieliwszy się na grupy, rozstrząsali cały wypadek, dzielili się spostrzeżeniami i wrażeniami.
— Ach, ci kaukascy ludzie! — zawołał nagle jakiś młodzieniec, potrząsając zgrubiałemi rękami robotnika. — My — Rosjanie zgnietliśmy ich podczas powstania Szamila i nauczyliśmy siedzieć cicho po ich tam aułach górskich, ale teraz — nie czując już nad sobą pięści — wszędzie powracają do dawnego, wojowniczo-bandyckiego procederu.
Wali-chan ponad głowami otaczających go gości spojrzał na mówiącego i odezwał się suchym głosem:
— Słusznie! Tak zawsze bywa, kiedy się podbija naród i nic poza niewolą i przemocą nie daje mu się...
Nikt na to nie odpowiedział pułkownikowi. Teoretyczne kwestje nikogo już teraz nie obchodziły. Przed półrokicm jeszcze — ileż to rozlegało się w tym lokalu gorących słów, ile ścierało się przeciwnych zdań, jakie wypowiadano paradoksy i rzucano przepowiednie, a teraz? Teraz mówiono o giełdzie pracy, o zarobkach, o projektach związków zawodowych, o wewnętrznej polityce Chin, wpływającej tak lub inaczej na losy emigracji i na rynek wolnych rąk roboczych. Mówiono poważnie i niezmiernie praktycznie ujmowano każdy temat. To ludzie, wyzuci z wszelkich iluzyj i łzawego sentymentalizmu, rozważali najzawilsze zagadnienia, stanowiące o ich losie.
Wagin, przysłuchując się rozmowom rodaków, czuł głębokie zadowolenie i myśli swoje wypowiedział Ludmile i nie odstępującemu jej na krok Miczurinowi:
— Na dobre wyjdzie nam emigracja, a nawet z czasem i bolszewizm! Wyzbędziemy się nareszcie naszej mglistej psychiki, porzucimy szumną frazeologję, którą tak imponowaliśmy Zachodowi, ciągle szukającemu na wschodzie wartości prawdziwych i niezmiennych, drwić będziemy z naszego rosyjsko-słowiańskiego mesjanizmu „narodu, noszącego Boga w sercu“ i odmieciemy od siebie paraliżującą nas „kosmiczną tęsknotę“... Takie dzikusy, jak my, tyle włożyły na swoje barki obowiązków przed ludzkością całą, wszechświatem i Bogiem! Szaleństwo! Obłęd lub podstęp!
— Ale jakież to było piękne! — westchnęła Ludmiła. — Czuło się, że życie posiada treść, że opromieniają je potężne i wzniosłe ideały!
— Piękne to było, gdy pradziad pani miał dziesięć tysięcy niewolników-chłopów, mógł ich siec batogami dla rozrywki, karząc, jak mówiono wówczas — „po ojcowsku“, mógł, nie obawiając się sądu, zabić swego poddanego, sprzedać wieśniaka jednemu sąsiadowi, a jego żonę — drugiemu, no i w międzyczasie pomiędzy chłostą a handlem niewolnikami, pomyśleć chwilkę nad tem, co się stanie, gdy wszystkie „słowiańskie potoki“ wpadną do morza rosyjskiego i pomarzyć o tem, jak to pięknie nieść żagiew prawdziwej wolności (proszę wsłuchać się w ironję tego słowa!) zgniłemu w więzach cywilizacji Zachodowi! Ale przyszli ci niewolnicy, te chamy zbuntowane i, jak groszową świeczkę cerkiewną, zdmuchnęli „potężne i wzniosłe ideały“ pięknoduchów — szaleńców i ślepców!
— Czyżby przodkowie pana byli inni, niż cała szlachta rosyjska? — spytała Ludmiła, wpatrując się w ściemniałe nagle oczy Sergjusza.
— Tacy sami — naturalnie! — odparł. — Chłosta, pogarda dla bydlęcia ludzkiego, uznanie nad nimi prawa życia i śmierci, prawa „danego od Boga“, ale ja, któremu wypadło żyć w okresie wielkiej wojny i jeszcze większej rewolucji, już jestem inny!...
Spojrzenia ich skrzyżowały się i jakgdyby stopiły w jedną świetlistą smugę, co była, ni to droga, którą pomknęły nie ujęte w formę słów myśli, ni to nieprzerwany potok iskier elektrycznych, bijących z serca do serca, z mózgu do mózgu. Porozumieli się, zda się, bez słów, do dna prawdy i szczerości, aż oboje ogarnęło jakieś zmieszanie, jakiś lęk niepojęty. Jednocześnie spojrzeli na Miczurina. Lejtenant siedział ponury i zgnębiony. Poczuwszy na sobie ich spojrzenia, otrząsnął się ze swego nastroju i spytał Wagina:
— Cóż myślicie o naszych emigrantach? Nie dokończyliście zdania...
Sergjusz założył nogę na nogę i odpowiedział:
— Przepowiadam, że za dwa — trzy lata wszystko to mocną stopą stanie na gruncie szanchajskim! Tu nie wolno marzyć, tu działać trzeba i to — szybko, całą parą!
Miczurin westchnął i nagle zawstydził się tego odruchu.
— A to dopiero heca! — zawołał Wagin. — Wzdychający lejtenant, który ma takie potężne bary? Tegom to jeszcze nigdy nie spotykał!
Miczurin kiwał głową i milczał. Zapewne obmyślał odpowiedź. Wreszcie z dziwnie łagodnym i rozbrajającym uśmiechem powiedział:
— Wagin wie, panno Ludmiło, że ja temi oto łapskami nieraz działałem szybko i mocno... Upewniam was, mili moi przyjaciele, że przez kilka lat o niczem zgoła nie marzyłem... chyba o dobrym koniaku, popijając cuchnącą chińską okowitę, ale czasy zmieniają się a i ludzie wraz z nimi... bo oto lejtenant Miczurin... czuje gdzieś tu, głęboko (przy tych słowach z całej siły uderzył się w pierś)... czuje smutek... i żal do czegoś, czy do kogoś... że nie wolno mu już marzyć...
Znowu mimowoli oczy Wagina spotkały się ze źrenicami Ludmiły. Jakieś błyski, niby niewidzialne drobne istotki z malutkiemi pochodniami rozbiegły się po wszystkich zakątkach duszy, mózgu i serca, szukając czegoś pilnie i frasobliwie, i znalazły coś, widać, bo stłoczyły się w jeden świecący punkcik, a z niego wyjrzało kłopotliwe, ciążące im zrozumienie.
— O czemże pan marzy, lejtenancie? Może o Marcie, bo widziałam, że flirtowaliście ze sobą pod palmą, którą ona nazywa „Love‘s tree“? — spytała Ludmiła, nieszczerym śmiechem pokrywając swe zakłopotanie.
— Pani wie, że mówi to w tej chwili dla żartu, lub... Ale nie! Marzenie, panno Ludmiło, jest rzeczą tajemną, ukrytym skarbem. Jakżeż można wydobywać z siebie marzenia i raptem — na pierwsze zawołanie cisnąć je na ziemię, może nawet na poniewierkę i pośmiewisko... Moje marzenie jest tymczasem tylko dla mnie... i niech tam — w sercu tli się sobie cichutko, aż się rozpali... Zresztą, może tylko tlić się będzie...
— ...i zgaśnie! — dokończył ze śmiechem Wagin, ale umilkł odrazu, bo Miczurin dorzucił jakimś dziwnym głosem:
— Wraz z życiem...
Sergjusz poczuł na sobie wzrok Ludmiły, lecz nie podniósł na nią oczu. Ustalił już dziś jedną niepokojącą go, a zarazem dziwnie podniecającą okoliczność. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że od dzisiejszej rozmowy na Bundzie stosunek Ludmiły do niego zmienił się w sposób stanowczy i gwałtowny. Wykrył też, że ich organizacja nerwowa pozwalała im porozumiewać się bez słów i wyczuwać wspólne nastroje. Nawet, gdy stał zdala od niej, rozmawiając z Wali-chanem i szyprem Bojcowem, odczuwał na sobie jej spojrzenie i podświadomie, chociaż jednocześnie sprawiało mu to przyjemność, usiłował przyłączyć jej myśl do toku własnych w tej chwili rozważań i wrażeń. Zdawało mu się, że mógł to osiągnąć. Gdyby byli po ostatnich słowach Miczurina, zrozumiałych dla nich obojga, spojrzeli na siebie, wyjaśniliby może odrazu kilka powstających przed nimi zagadnień; takie wyjaśnienie jednak wymagałoby szczerości bezwzględnej, ale (pytał siebie Wagin) czy ta szczerość nie byłaby bolesna i, być może, dla wszystkich trojga niewymownie ciężka? Czy nie powikłałaby ona stosunków wzajemnych i nie wniosła rozterki duchowej, tak bardzo szkodliwej w ich życiu codziennem, żądającem ciągłego wysiłku, niewidzialnych ofiar i spokoju? Nie patrząc więc na Ludmiłę, wspomniał, że musi umówić się o spotkanie z Wali-chanem, i — odszedł. Ludmiła spostrzegła jednak, że miał chód nieco ociężały i powolny. Przycisnęła na chwilę rękę do piersi i zwróciła spokojną już twarz do Miczurina, mówiąc:
— Pan nie skończył swego opowiadania o życiu doktora Plena! Co się z nim stało potem, gdy zbiegł wkońcu ze zbuntowanego krążownika?
Miczurin, przysunąwszy krzesło bliżej, głuchym głosem rozpoczął przerwane przez kogoś opowiadanie, lecz podeszła do niego pani Somowa i szepnęła:
— Musimy już iść, bo inaczej nie zdążę przyrządzić kolacji!
Przypomniawszy sobie wypadek z niezwykłymi gośćmi, zauważyła półgłosem:
— Kogo tylko nie wyrzucają fale na szanchajski brzeg! Strach pomyśleć z kim się można tu spotkać? Przywykliśmy już do fałszerzy, szulerów, szantażystów, ale żebyśmy mieli obcować ze zbójcami — to już wprost okropne!
Wzdrygnęła się, a tym samym ruchem odpowiedział jej natychmiast Miczurin i — chmura opadła mu na oczy i czoło.
— No — tak! Życie — to nie romans, jak się mówi w powieściach... — zauważył, patrząc w okno.
Nie odpowiedziały mu na to, więc chmurny i milczący pożegnał panią Ostapową, Martę i nowych znajomych.
Nie znalazłszy nigdzie Wagina, wyszli od Ostapowych. Ludmiła i lejtenant milczeli. Pani Somowa, wciąż jeszcze przejęta zajściem w pensjonacie, opowiadała z ożywieniem, że jedna ze znajomych pań spostrzegła w otwartej torebce bandytki rewolwer.
— A taka napozór filigranowa, elegancka, światowa osóbka!... — mówiła. — Coprawda chwilami miała dziwnie ciężkie, nieruchome spojrzenie, ale tylko chwilami... Wspaniała mogłaby być z niej aktorka!
Pani Somowa nie mogła się uspokoić i raz po raz powracała do wypadku w „Wołdze“, nie zwracając uwagi na zamyśloną córkę i zgnębionego Miczurina.



ROZDZIAŁ XV.
PRZEDSIĘBIORSTWO TI-FONG-TAJA.

Przy końcu Nanking-Road, na skrzyżowaniu ulicy Tybetańskiej, wznoszą się naprzeciwko siebie dwa ogromne, krzykliwe kolorowe gmachy, oblepione setkami afiszów, udekorowane reklamowemi obrazami, flagami i latarniami. Są to słynne miejsca rozrywkowe — „Nowy Świat“ i „Wielki Świat“, połączone ze sobą tunelem pod jezdnią ulicy. Teatrzyki, dancingi, sale do jazdy na wrotkach, kina, menażerje, areny cyrkowe, restauracje, kawiarnie i setki innych widowisk znajduje tam publiczność, szukająca zabawy w dzień, a jeszcze bardziej w nocy, gdy gmachy te płoną olbrzymiemi szyldami świetlnemi, reflektorami i girlandami latarń papierowych. Dzielnica ta, niezwykle hałaśliwa i ruchliwa, szczególnie bliżej rogu Szeczuan Road, jest jednocześnie siedliskiem najbardziej energicznych i rozreklamowanych „kompradorów“ chińskich — tych magów, co, mając do swojej dyspozycji dwie sale i kilka telefonów, podejmują się wykonania zawrotnych operacyj handlowych i transportowych w każdem, wskazanem im miejscu na kuli ziemskiej. Turysta, idąc od ulicy Szeczuańskiej do Thibet Road, natychmiast zwróci uwagę na domy oryginalnej „kompradorskiej architektury, nie pozbawionej swoistego piękna mieszaniny klasycznych chińskich, niezwykle wymyślnych, bogato rzeźbionych dachów i fasad, przeładowanych obfitością złoceń, emalji i barwnej majoliki z zastosowaniem nieznanych do niedawna współczesnych materjalów budowlanych, jak szkło, żelazobeton i bloki cementowe, importowane z wymarzonych USA, na których nowe Chiny usiłują wzorować się we wszystkiem. W jednym z takich gmachów po krachu jakiejś niemiecko-chińskiej firmy, na pierwszem, całkowicie niemal oszklonem piętrze, zagnieździło się nowe biuro. Na czarnych, marmurowych tablicach, umieszczonych po obu stronach idealnie wypolerowanych drzwi mahoniowych, widniały napuszczone złotem napisy:

N. J. Ti-Fong-Taj
Compradore.

Właściwy człowiek osiadł na właściwcm miejscu — na Nanking Road w pobliżu skrzyżowania z Szeczuańską ulicą i „Nowego Świata“, gdzie w małej, zacisznej, a bodaj najdroższej w Szanchaju restauracyjce „Kwou-Czau“ w godzinach południowych gromadziła się „najwyższa rada“ giełdy kompradorskiej miljonerzy, multimiljonerzy i zuchwalcy, zaczynający karjerę, wymagającą niepospolitych zdolności i wiedzy, ci, co to nagle, niby błyszczące meteory, przenosili się nad zbiegowiskiem i zgiełkiem szanchajskim i znikali bez śladu, lub zostawali i budowali wkrótce nowy gmach w tradycyjnym od r. 1905-go stylu „China-America junction“.
Jednak, gdy na Nanking Road po raz pierwszy spostrzeżono szyldy Ti-Fong-Taja, w „Kwou-Czau“ wiadomość o tem wywołała zdumienie i zrozumiały niepokój. Nazwisko nowego kompradora znane było dobrze i szeroko w kołach handlowych. Pamiętano tu dokładnie, ile świetnych interesów zrobiono przy pomocy człowieka o tem głośnem na Dalekim Wschodzie nazwisku. Od r. 1917-go nie figurowało ono jednak na fakturach i konosamentach chińskich firm transportowych. W pewnym okresie zdawało się, że właściciel tego nazwiska nigdy już nie wypłynie na powierzchnię życia i finansowych operacyj międzynarodowego portu. Nikt nie wiedział, co się z nim stało, chociaż też nikt nie słyszał o bankructwie czy likwidacji jego firmy lub o śmierci Ti-Fong-Taja. Wprost zniknął bez echa i bez śladu, jak to często się zdarza w okresach wielkich przewrotów, a czyż można było sobie wyobrazić większy niż ten, kiedy to poruszono potworną masę prawie półmiljarda ludzi od Pacyfiku do wielkiego muru i od Heilunkiangu aż po granice Indo-chin i Tybetu?
Gdy w ten mniej więcej sposób myślano i mówiono o Ti-Fong-Taju, — nowy na gruncie szanchajskim komprador wchodził właśnie do swego biura. Wiekowy to już był człowiek, o niepomiernie dużej, niby opuchniętej, siwej głowie i szerokiej twarzy o rzadkim zaroście. Czarne oczy spokojnie i dobrotliwie patrzyły na nisko kłaniających mu się boyów i klerków, ni to z przestrachem, ni to z szacunkiem spoglądających na jego długi, staromodny surdut europejski, szare spodnie i na miękki, welwetowy kapelusz z szerokiem rondem. Każdemu z nich mignęła myśl, że ich patron zmuszony będzie wkrótce nosić się po chińsku, gdyż kompradorowie i ich personel biurowy, według nikomu nieznanej tradycji, skrupulatnie przestrzegali tej mody. Szefowie nosili jedwabne ciemnogranatowe spodnie, związane przy kostkach, z czarnego pluszu krótką z obustronnem rozcięciem spódnicę i „kurmę“ z długiemi, zawijanemi rękawami z ciemno-szafirowej, grubej tkaniny jedwabnej, wyrabianej przez najlepszych tkaczy w Czangszy.
Ti-Fong-Taj, skinąwszy personelowi ręką i uśmiechając się, przeszedł do swego pokoju, gdzie stał garnitur miękkich mebli klubowych i długi stół z hebanowego drzewa, misternie rzeźbionego. Usiadłszy w fotelu i zapaliwszy papierosa, wziął do rąk słuchawkę telefonu i wywołał jakiś numer. Gdy odpowiedziano mu, rzucił jedno tylko słowo:
— Jestem — i położył słuchawkę na widełki.
Mrużąc oczy i delektując się dymem, wpadł w zadumę. Być może przypominał sobie, jaką to drogą zawiłą i daleką doszedł do tego gmachu na Nanking-Road, gdzie dudniły i dzwoniły tramwaje elektryczne i rozlegały się co chwila jakgdyby złośliwe i niecierpliwe klaksony aut.
Po chwili zadzwonił i powiedział coś do boya. Do gabinetu wszedł niebawem stary, przygarbiony Chińczyk w ogromnych okularach na małym, spłaszczonym nosie. Zacierał ręce i wesołemi, drwiącemi oczkami mrugał do Ti-Fong-Taja.
— Siadaj, mój stary Nun-Kou. Jak się podoba memu głównemu kasjerowi i buchalterowi nowa siedziba firmy? — spytał szef, wydymając wargi. — Może chcesz papierosa?
Nun-Kou, rechocąc skrzypliwie, zapalił i, puszczając dym nosem, mówił szybkim głosem, niby suchy groch sypał do pustej skrzynki.
— Aj-aj-aj! Bardzo piękny lokal! Nie można go wszakże porównać do naszego kantoru w Błahowieszczeńsku, no — ale tam to był nasz dom — obszerny, piękny dom, czcigodny Ti! Żałujesz go czy nie? Śnił mi się wczoraj przez całą noc! Che-che-che! Wydawało mi się, że złodzieje zakradają się do suteryn, gdzie mieliśmy kasy pancerne, pamiętasz — te wielkie, co nam z Nowego Yorku przysłano?
Ti-Fong-Taj zaśmiał się i zawołał:
— A czy przypominasz sobie, jak one, gdy je wieziono na statku pod Amurem, przełamały pokład i omal nie wpadły do sali pasażerskiej?
Zaczęli obaj śmiać się głośno. Nun-Kou zapytał po chwili, przecierając załzawione od śmiechu oczy:
— Dobrych pięćdziesiąt lat minęło, jakeśmy z tobą, Ti, z Szanchaju wyruszyli w świat...
— Jako chłopcy do posług w kubryku marynarskim... Płynęliśmy wtedy coś ze dwa bodaj tygodnie do Mikołajewska... Okropny w tej pływance mordował nas tajfun!
— A czyż potem było lepiej?! — wzruszył ramionami staruszek. — Całe tamte lato burzliwe było! Ścigały nas sztormy wszędzie i koło Sachalinu i na Ochockiem morzu, a koło Komodorów, pamiętasz? — dwa razy omal, że nie wpadliśmy na skały... Ale zato mieliśmy czas nauczyć się wszystkiego i przyjrzeć się temu, co się nam potem bardzo przydało!
Komprador westchnął, jakgdyby z ulgą.
— Masz rację, Nun, w rok potem rozpoczęliśmy mały handelek i skromne wyprawy po skórki fok, soboli i białych lisów, no — i co? Jakoś to nam poszło? Cha-cha-cha!
— Chi-chi-chi! — wtórował mu kasjer. — Jakoś szło! W pięć lat potem mieliśmy we wszystkich miastach na Amurze swoje sklepy, a po dziesięciu — ani jednego!... Chi-chi-chi!
— Ani jednego! Cha-cha-cha! Ani jednego, ale zato nic bez nas się nie robiło w całej wschodniej Syberji... Ti-Fong-Taj i S-ka — ho! Potęga!
— Spółka — to ja! Chi-chi-chi! — rechotał Nun-Kou, wydobywając z kieszeni srebrną tabakierkę i hałaśliwie wciągając nosem sporą szczyptę tabaki.
— Ty, ty, stary lisie! — kiwnął głową szef. — Kto dostarczał wojsku mąkę, mięso, kartofle, sukno, buty? — Ti-Fong-Taj i S-ka! Kto sprowadzał pługi amerykańskie, wszelkie narzędzia rolnicze, ślusarskie, tkackie, maszyny dla kopalni złota, broń myśliwską i proch? Ti-Fong-Taj i S-ka! Kto miał wszystkie statki na Amurze?
— Ti-Fong-Taj i S-ka — wtórował stary Nun.
— Kto skupował i posyłał do Irbitu, Moskwy, Lipska i Londynu najlepsze futra?
— My! Ty i ja!
— Kto dostarczał dobrych, uczciwych i tanich robotników na budowę szos, mostów, kolei, gmachów rządowych, więzieni i cerkwi?
— Ti-Fong-Taj i Nun-Kou, stary druhu...
— Kto płacił setki tysięcy łapownikom rosyjskim?
— Ti-Fong... — zaczął kasjer, lecz szef przerwał mu, zanosząc się od śmiechu:
— A nie, bracie, to było już wyłącznie twoim obowiązkiem! Ja robiłem co innego — byłem przyjacielem generalnych gubernatorów i biskupów, ba — nawet prawosławnym się stałem chrześcijaninem i order wysoki na szyi nosiłem, cha-cha-cha!
— Kto był miljonerem, największym nad Amurem? — z kolei zapytał Nun.
— Ti-Fong-Taj i S-ka! — zawołał wesołym głosem nowy komprador. — Ta też spółka była jedyną, która wymknęła się bolszewickim zbójom i oto rozpoczyna teraz nową pracę przy Nanking-Road, stary Nun, na własnej ziemi i w rodzinnem, dawno opuszczonem przez nas mieście. To też czegoś warte!
— Warte jest tyle, ile pogodna, szczęśliwa starość, mój dobry Ti! — odpowiedział wzruszonym głosem Nun-Kou. — Zrobimy tu nowe miljony, lecz nie one już będą stanowiły o naszem szczęściu, stary druhu i towarzyszu wierny, nie one!
— Mówisz mądrze, Nun, nie one, bo, jak już uradziliśmy...
Rozległo się ciche pukanie do drzwi i do pokoju bez szmeru wślizgnął się boy.
— Gość, na którego czeka czcigodny szef, jest już w biurze! — zameldował z ukłonem.
— Proś — powiedział Ti-Fong-Taj i, zwracając się do starego kasjera, mruknął:
— Zostaw mnie samego...
Do kompradora wszedł pułkownik Wali-chan i serdecznie potrząsnął mu rękę. Usiedli i przez kilka chwil milczeli, jakgdyby ożywiając w myśli wszystko, co poprzedzało to spotkanie. W spojrzeniach, które rzucali na siebie wyczuwała się szczera sympatja i zupełne zaufanie. Zapewne, sprawy najważniejsze, które obchodziły obu, oddawna już zostały omówione, przemyślane wszechstronnie i ustalone.
Pierwszy odezwał się Ti-Fong-Taj.
— Moi agenci porobili już oferty. Jak należało się spodziewać, pierwsi odezwali się Niemcy, węszący w Pekinie, w kołach, bliskich do rządu...
— Rząd był zmuszony przenieść swoją siedzibę dalej od przepełnionej szpiegami stolicy i w każdym razie być zdala od uwięzionego cesarza... jest to konieczne, gdyż partja radykalna i całe południe podejrzewa prezydenta i ministrów o zamiar powrotu do monarchji — przerwał mu Wali-chan.
Chińczyk kiwnął głową i ciągnął dalej:
— Nie wątpiłem, że tak będzie i dlatego posłałem tam jednego z agentów, aby rozejrzał się w sytuacji... Muszę jednak mieć tam Europejczyka, — i to nie byle jakiego! Musi to być wykształcony, wytworny, energiczny i obrotny człowiek, znać języki i umieć wpływać na ludzi...
— Chce pan powiedzieć: na Chińczyków? To nie to samo, co na zwykłych ludzi!
— Dlaczego? Pułkownik przecież bez trudu doszedł do porozumienia ze mną, a wszakże jestem Chińczykiem — zauważył komprador.
— E-e, co pan mówi! — machnął ręką Wali-chan. — Tyle lat mieszkał pan w Rosji i prowadził interesy z Europejczykami, zdążył więc pan nagiąć już swoją naturę do otoczenia. Zresztą nie wiem jeszcze, jakim się pan stanie na swoim gruncie!
Zaśmiał się i dodał:
— Opowiadano mi, że wpływ ziemi ojczystej bywa przemożny! Naprzykład murzyni, kształcący się zagranicą, ogromnie dbają tam o swoją powierzchowność i ubranie. Są to podobno najbardziej eleganccy młodzieńcy, ale cóż, kiedy ci lekarze, prawnicy i agronomi, powracając do swoich Sudanów, Gwinei i Liberji, natychmiast stają się rdzennymi murzynami, to znaczy — zaczynają chodzić nago, zarzucają brzytwę i mydło i wolą dziki „tam-tam“ od argentyńskiego „tanga“ i amerykańskiego „fox-trotta“!
Ti-Fong-Taj parsknął śmiechem i odpowiedział wesołym głosem:
— Ja nie będę paradował w stroju Adama! Najwyżej powrócę do szerokich pantalonów i kurmy, aby się zbytnio nie odróżniać od tła i środowiska. Ale, przechodząc do sprawy, muszę stwierdzić, że Chińczyk poddaje się dość łatwo wpływowi innego człowieka, lecz przy dwu warunkach. Ten człowiek musi mówić i postępować prawdziwie, szczerze i z wytworną stanowczością.
Wali-chan wstał, aby wziąć papierosa, i, zapalając go, mówił:
— Jestem prawie przekonany, że takiego właśnie człowieka znalazłem dla pana! Mówił mi o nim dużo dobrego mój przyjaciel, doktór von Plen. Udało mi się odnaleźć go i dość długo z nim rozmawiać. Pokrótce rozwinąłem przed nim nasz plan. Wydało mi się, że wzbudził w nim żywe zainteresowanie. W każdym razie spostrzegłem, że przewiduje wzmożenie zaborczości Japonji i dokonania przez nią próby oderwania i zagarnięcia północnej części Chin. Muszę dodać, że mój nowy znajomy prawdopodobnie jest dobrze poinformowany, gdyż pracuje w koncernie prasy chińskiej...
— Jak się nazywa? — spytał Ti-Fong-Tai.
— Sergjusz Wagin, syn senatora, prawnik, dyplomata, człowiek z najwyższego w Petersburgu towarzystwa, świetnie ułożony i władający coś sześciu, zdaje się, językami — odpowiedział pułkownik.
— To odpowiada warunkom koniecznym w naszem przedsiębiorstwie, ale czy posiada dość energji i sprytu pański kandydat?
— Sądzę, że tak, drogi panie! — zawołał pułkownik. — Poinformuję pana poufnie, że ten młodzieniec zorganizował niegdyś zamach na cesarzową za jej tajne konszachty z Niemcami i omało nie zabił Rasputina... Wyślizgnął się wszystkim — policji, agentom politycznym, ambasadzie i — przepadł jak kamień w morzu! Brał udział w bitwach we Francji, a potem wrócił do Rosji i tam się bił, aż po upadku północnej grupy przedarł się przez całą Syberję, ścigany za to, że sprzątnął jakiegoś wybitnego komisarza... Wreszcie tu, gdzie tak trudno o pracę, zdobył sobie dobre stanowisko... o ile to istotnie możliwe jest dla emigranta w Szanchaju.
— Jednak zdumiewająco szybko odnalazł pan potrzebnego nam człowieka! — zdziwił się Chińczyk i zatarł ręce.
— Przypadek, zwykły przypadek! — zaśmiał się Wali-Chan. — Dowiedziałem się niedawno o doktorze Plenie, od niego zaś — o Waginie. Nie mówiłem z nim jeszcze o możliwości zaangażowania go przez kompradorskie biuro Ti-Fong-Taj i Spółka, gdyż przedtem chciałem go przedstawić panu. Ma pan wprawne, doświadczone oko i zadecyduje sam...
Chińczyk potakiwał ruchem głowy, myśląc o czemś innem, wreszcie spytał szeptem:
— Nie widział się pan z księciem Tunem i najmłodszym bratem generała Li?
— W tych dniach będę miał z nimi naradę. Wpierw muszę porozumieć się z wpływowymi muzułmanami z Suszonfu, Kweitehu i Kaifengu, aby mieć już pewne atuty w ręku. Mam nadzieję, że mój projekt powinien się udać. Jedyną przeszkodą dotychczas dla podniesienia ruchu mongolskiego i muzułmańskiego na terytorjum Chin był baron Ungern von Sternberg. Ale baron popełnił szalone błędy!
— Cóż takiego? — zainteresował się Ti-Fong-Taj, podsuwając pułkownikowi kasetę z papierosami. — Dawno nie miałem o nim żadnych wiadomości. Nie znajduję nikogo, kto chciałby pojechać do Urgi i zbadać sytuację. Na moje ogłoszenie w pismach nie miałem ani jednej oferty.
— Zapewne! — uśmiechnął się drapieżnie Wali-chan. — Baron w jakimś szale okrucieństwa kazał wymordować wszystkich Chińczyków i tem popsuł sobie opinję w kraju, narobił sobie nieprzejednanych wrogów, nawet śród książęcych rodów mongolskich i zaniedbał najważniejszej sprawy — walki z bolszewikami i nawiązania stosunków z muzułmanami w Turkiestanie, Kirgizami i Tatarami... Jako buddysta, miał nawet podobno zamiar zaniechać przymierza z wyznawcami Islamu i sprzeciwia się, aby miał to uczynić arcykapłan — Żywy Budda... Jeżeli baron nie opamięta się — zginie! Wojsko jego topnieje, tymczasem z nielicznej, zaledwie dwa miljony liczącej ludności mongolskiej, której prawie dwie trzecie mężczyzn należy do kasty lamów, nie zdoła on zwerbować liczniejszego oddziału... Pierwsza zatem porażka i — koniec!
Zapadło milczenie. Wyczuwało się naprężenie, które wytwarza się zwykle przed jakąś stanowczą chwilą. I chwila ta istotnie nastąpiła, kiedy Ti-Fong-Taj niemal surowym i zarazem niespokojnym głosem zadał pytanie:
— Czy pan, pułkowniku, trwa w przekonaniu, że zdoła zjednoczyć wszystkich Mongołów do walki o Chiny?
Pułkownik wyprostował się i odpowiedział suchym, żołnierskim głosem:
— Jestem przekonany! Moje nazwisko — prawego spadkobiercy wielkich chanów wszystkich Kirgizów, sułtanów Turkmeńskich i potomka Timura jest rękojmią tego. Zanim przyjechałem tu — zwołałem wodzów szczepów — do Chotanu, Jarkendu, Kuldży i Kohdo, omówiłem wszystko, dałem rady i rozkazy i wiem, że organizacja już się rozpoczęła. Gdyby wybuchła wojna z Rosją Czerwoną lub z Japonją, posiłki zostaną natychmiast wysłane. Potrzebna jest broń i amunicja! Broń i amunicja! Tutaj — u was tylko należy przygotować teren, przekonać, że jesteście Mongołami i że wszyscy inni Mongołowie nie są waszymi wrogami. Pragną oni widzieć Chiny wielkiem, jak dawniej mocarstwem. Obok niego może istnieć spokojnie sprzymierzone z niem, czerpiące siły duchowe z źródła chińskiej cywilizacji, ogromne państwo zjednoczonych Mongołów, aż nastanie dzień, gdy cała Azja stanie się jedną potęgą...
— A Japonja? — zmrużył nagle oczy stary Chińczyk.
— Japonja tego nie dokona, bo straciła w roku 1895-ym nasze zaufanie. Ona może tylko przyłączyć się do nas i tak postąpić będzie zmuszona, jeżeli nie zechce zginąć osamotniona i otoczona wrogami!
Rozmowę przerwał przeciągły sygnał telefonu.
— Kto mówi? — zapytał komprador po chińsku, ale po chwili nacisnął guzik dzwonka i rzekł do wchodzącego klerka: — Proszę porozumieć się!
Młody Chińczyk słuchał uważnie, mocno przyciskając słuchawkę do ucha, wreszcie zwrócił się do szefa, patrząc na niego dziwnym wzrokiem:
— Japoński konsul Kataoki prosi o przyjęcie go natychmiast.
Ti-Fong-Taj i pułkownik zamienili między sobą bystre spojrzenia.
— Proszę powiedzieć, że czekam w biurze na przybycie pana konsula — mruknął komprador.
— To ciekawe, z czem też przyjdzie ten pan? — spytał Wali-chan, gdy za klerkiem zamknęły się drzwi.
Chińczyk wzruszył ramionami.
— Pożegnam już pana! — powiedział po chwili pułkownik, spojrzawszy na zegarek. — Będę czekał na wiadomość, kiedy zechce pan poznać Wagina.
— Poinformuję pana o tem niebawem, gdyż jutro muszę na parę dni wyjechać.
Pozostawszy sam, Ti-Fong-Taj kazał służącemu zawołać jednego z klerków.
— Czy dobrze pan zna język japoński? — spytał go.
— Ukończyłem handlową szkołę japońską w Dajrenie, — odpowiedział młody Chińczyk w okularach.
— Za chwilę ma odwiedzić mnie konsul japoński. Wejdzie pan razem z nim, gdyż będę potrzebował pana, jako tłumacza, ścisłego, sumiennego i dyskretnego tłumacza, panie So-Nong! Rozumie pan? Jest to niezmiernie poufna sprawa...
Chińczyk, uśmiechając się służalczo, suchym i zawziętym głosem, nielicującym zupełnie z pełnym pokory i uniżoności wyrazem jego twarzy, odparł:
— Szef mnie nie zna! Zawsze robię wszystko ściśle i sumiennie. Rozumiem, że skoro będzie rozmowa z Japończykiem i do tego — takim przebiegłym dyplomatą, jak konsul Kataoki, — ścisłość i sumienność powinny być potrojone... a także i... dyskrecja...
Ti-Fong-Taj przyjrzał się młodzieńcowi uważnie i uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Widzę, że zrozumieliśmy się, panie So-Nong, — mruknął i oczami wskazał na papierosy.
Klerk wziął jednego i schował go do kieszeni lekkiej niebieskiej kurmy.
— Proszę palić! — powiedział Ti-Fong-Taj.
— Palę tylko po śniadaniu i obiedzie.
— To widzę, że nie wszystkiego się pan nauczył od ludzi o współczesnej cywilizacji.
— Wziąłem od nich to, co wydawało mi się wartościowem, od reszty — wolę się powstrzymać — odpowiedział So-Nong, a głos jego brzmiał tak, jakgdyby recytował nauczoną formułę.
— Podoba mi się pan! — odezwał się komprador. — Więc proszę przyjść do mnie razem z panem Kataoki...
Klerk, ukłoniwszy się nisko, natychmiast opuścił gabinet szefa. Ti-Fong-Taj przeszedł się kilka razy po pokoju. Zbliżywszy się do okna, stanął przed niem i przyglądał się tłumowi, sunącemu przeciwległym chodnikiem. Nieprzerwany potok ludzi płynął po Nanking-Road. Chińczycy przeważnie w strojach europejskich stanowili większą jego część, chociaż przesuwały się też i postacie w starodawnych strojach, Europejczycy, drobni, krępi Japończycy, uśmiechnięte, barwne jak motyle Japonki, Chinki w jedwabnych wąskich szarawarach i ciemnokolorowych żakietach szły powolnie i spoglądały wokoło pogardliwym, wszystko rozumiejącym wzrokiem — przenikliwym i ciężkim w swej nieruchomości. Były to przeważnie aktorki, tancerki lub poprostu kurtyzany z pobliskich „New i Great World“. Inne, młodsze, w strojach współczesnych, szły szybko, krokiem sportowym, poruszały się żwawo i patrzyły inaczej. Niosły teczki z książkami lub papierami. Studentki zapewne lub urzędniczki. Jezdnią mknęły auta i przepełnione publicznością tramwaje; szli pochyleni do ziemi kulisi, dźwigając na plecach ciężkie kosze i bele z towarami. Ti-Fong-Taj myślał o tem, że wygląd tłumu zmienił się nie do poznania przez czas długiej jego nieobecności w rodzinnem mieście. Zresztą wszystko się tu zmieniło od bruków aż do szczytów dachów. Domy, latarnie, sklepy i wogóle wszystko stało się inne. Dawniej na rogu Nanking i Szeczuan Road stał chiński policjant w czerwonej kurmie z czarnemi hieroglifami na piersi i plecach. Trzymając bambusowy kij pod pachą wplatał sobie do warkocza nowy sznur jedwabny — dar sąsiedniego sklepikarza — uśmiechając się rzewnie, myślał komprador. — A teraz? Na okrągłem podwyższeniu na środku jezdni tkwi... płomiennooki, brodaty Hindus w białym zawoju na głowie, emerytowany kapral indyjsko-brytyjskich wojsk, uzbrojony w rewolwer i mocny kij. Dopiero tam — przy samym chodniku stoi umundurowany na modłę amerykańską policjant chiński, odsunięty na drugi plan, — śmieszny i bezradny wobec majestatycznej postaci 2metrowego olbrzyma z nad Gangesu, pewnego siebie i dumnego dumą... Wielkiej Brytanji, która dostarcza mu dobrego kortu koloru khaki na ubranie ze złotemi guzikami i całe trzy metry cienkiego kaszmiru na turban. Myśli Ti-Fong-Taja prysnęły nagle, gdyż posłyszał stuk do drzwi. Po chwili do gabinetu wchodził mały, chudy Japończyk o uśmiechniętej, niezwykle uprzejmej twarzy, a za nim sztywny, milczący So-Nong z blokiem papieru i ołówkiem w ręku. Komprador, ogarnąwszy spojrzeniem szczupłą i nikłą postać konsula, zmarszczył czoło. Nie wątpił, że znał tego człowieka, lecz nie mógł sobie przypomnieć — gdzie i kiedy? Kataoki zapewne zrozumiał jego myśl, bo uśmiechnął się już nieco inaczej — wesoło, prawie figlarnie i naraz — przemówił po rosyjsku, trochę sepleniąc z japońska i co chwila głośno wciągając powietrze na znak wysokiego szacunku dla osoby gospodarza.
— Tłumacz, jak pan może się przekonać, nie jest nam potrzebny a i stenogram — również! — powiedział ze śmiechem. — Przybywam przecież do starego znajomego!
Ti-Fong-Taj skinął ręką w stronę klerka, który zniknął za drzwiami.
— Do starego znajomego? — powtórzył Chińczyk, wskazując gościowi fotel.
— Ależ tak, czcigodny panie! — zaśmiał się Kataoki. — Ileż to razy miałem zaszczyt golić i strzyc pana w moich zakładach fryzjerskich w Błahowieszczeńsku, Chabarowsku, Władywostoku i Mikołajewsku!
— Istotnie! Przypominam sobie teraz! Było to tuż-tuż przed wojną japońsko-rosyjską?
— Tak! Czego się nie robi dla dobra ojczyzny, czcigodny panie Ti-Fong-Taj?
— Zapewne! Właśnie przed półgodziną opowiadano mi o pewnym emigrancie — człowieku z ustosunkowanej rodziny w Petersburgu. Ten młodzieniec dla dobra ojczyzny zamierzał zamordować cesarzową, szkodzącą Rosji w ostatniej wojnie...
— Któż to taki? To niezmiernie ciekawe! — zainteresował się nagle konsul.
— Nie wymieniono mi jego nazwiska — uchylił się od odpowiedzi komprador.
— Moja robota dla ojczyzny była w znacznie skromniejszej skali, ale również ryzykowna — dorzucił Japończyk.
— Niezawodnie! Karjera szpiega urozmaicona jest groźnemi przygodami...
— Właśnie! — zgodził się Kataoki. — Zaszczytna to jednak karjera, zupełnie taka, jak żołnierska, tem bardziej, że jestem oficerem sztabu generalnego.
— Przypominam sobie teraz, że poszukiwano pana wkrótce po napadzie torpedowców japońskich na flotę rosyjską, spokojnie stojącą na kotwicy w Porcie Arthura.
— Och, wtedy byłem już w kraju! — machnął ręką konsul i zachichotał zgrzytliwie.
Po pewnem milczeniu ciągnął dalej:
— Dowiedziawszy się o założeniu przez pana przedsiębiorstwa kompradorskiego, bardzo się ucieszyłem, panie Ti-Fong-Taj! Mam do pana całkowite zaufanie, więc pragnąłbym nawiązać kontakt...
— Kontakt? Bardzo mnie to cieszy i pochlebia, panie konsulu, ale chciałbym wiedzieć jakiego rodzaju ma być ten kontakt?
Japończyk obejrzał się dokoła i przysunął fotel bliżej do gospodarza.
— Dostawa karabinów i kulomiotów... — szepnął.
— Dla kogo?
Konsul uczynił ruch, jakgdyby chciał ogarnąć cały świat, po chwili jednak uśmiechnął się chytrze i znowu szepnął:
— Tymczasem dla dwuch tylko klientów — Chin i Mongolji!
— Dla Chin? — spytał Ti-Fong-Taj. — Ale dla kogoż właściwie w Chinach?
— Wszystkim partjom bez różnicy, wszystkim generałom, za wyjątkiem oczywiście tych, którzy hołdują komunizmowi...
— Czy nie przypuszcza pan, że broń ta zostanie użyta przeciwko Japonji? — spokojnym głosem zadał pytanie Chińczyk.
— Obliczyliśmy tę możliwość, ale... będzie ona miała znaczenie drobnego epizodu... Naszym celem byłoby uzbrojenie narodu chińskiego, aby mógł on wreszcie przeciwstawić się bezczelnej zaborczości Europejczyków i Amerykanów... Zresztą jesteśmy przekonani, że w ostatecznym wyniku cały zapas broni zgromadzi się w ręku jednej partji...
— Którą ma pan na myśli?
— Tego nie mógłbym jeszcze przewidzieć, lecz wiem, że z tą partją, jakkolwiekby się nazywała, dojdziemy do porozumienia...
Ti-Fong-Taj milczał, myśląc nad planami konsula, obliczając możliwy zysk dla firmy, ale szczególnie zastanawiając się nad niezrozumiałą i niepokojącą go szczerością Kataoki, tak obcą psychice ludów Dalekiego Wschodu. Wreszcie powiedział, uśmiechając się z wytworną uprzejmością:
— Pan konsul zaszczyca mnie swem zaufaniem! Doprawdy, jestem w kłopocie, gdyż nie wiem, czem na to zasłużyłem i jak mam dziękować?
Kataoki zaśmiał się z cyniczną szczerością i odparł natychmiast:
— Pan w tej chwili jest przekonany, że prowadzę z panem jakąś grę... Czyż nie mam racji?
Chińczyk milczał, nie zmieniając uprzejmego wyrazu twarzy.
— Zgadłem?! — zaśmiał się znowu Japończyk, lecz natychmiast spoważniał. — Mam do pana zaufanie, jako do Chińczyka, z którym można dojść do porozumienia bez obłudy i wykrętów. Opieram to na własnem doświadczeniu. Dłuższe przebywanie śród cudzoziemców o zupełnie odmiennej psychice dość szybko i gruntownie zmienia również naszą mentalność, która w obecnych czasach szybkich i ogromnych kataklizmów staje się zawadą nie do zwalczenia, niezmiernie szkodliwą i unicestwiającą najlepsze i konieczne zamierzenia. Dlatego to przedewszystkiem popieramy oddawna wyjazdy naszej młodzieży zagranicę... Ale wróćmy do sprawy! To, co powiedziałem, jest zrozumiałe! Zgodzi się pan ze mną, że w Chinach, gdzie powstało kilka zwalczających się wzajemnie rządów, gdzie co godzina pojawia się jakiś nowy awanturniczy generał czy zwarjowany dyktator, nie można dojść do ładu w żadnej kwestji...
Ti-Fong-Taj słuchał w milczeniu, uważnie przyglądając się gościowi.
— Chiny muszą się zjednoczyć i zlikwidować wojnę domową — mówił, zapalając się Kataoki. — Wtedy poczynimy wam realne propozycje i — nie wątpię, że dojdziemy do zgody! Nagromadziło się tyle palących dla obydwu naszych narodów spraw i wielkich zagadnień, żądających wspólnego rozwiązania, gdyż inaczej i was, i nas uczynią swymi niewolnikami Europejczycy i Amerykanie!
— Nie przypuszcza pan, że zwyciężą nacjonaliści, a ci nie zechcą z wami pertraktować? — spytał Chińczyk.
— Możliwe! Chociaż uważam wasz „nacjonalizm“ raczej za ksenofobję, sztucznie zaszczepioną. Zresztą, jeżeli Chiny pójdą drogą dzikiego nacjonalizmu — wtedy będziemy mieli wojnę i ona już rozstrzygnie dalsze losy naszych państw. Muszę zaznaczyć, iż wojna nie jest dla nas najgorszem wyjściem z obecnej sytuacji! — zakończył Kataoki i wstał.
Przeszedłszy się kilka razy po pokoju, zatrzymał się przed gospodarzem i mówił dalej:
— Proszę się wczuć w to, co powiem! Jesteśmy narodem, nie mającym pod stopami pewnego gruntu, gdyż wyspy nasze mogą każdego dnia zapaść się na dno otchłani Tuskarory!
Ti-Fong-Taj skinął potakująco głową i mruknął:
— To prawda! Zwiedzałem przed laty Tokio podczas wielkiego trzęsienia ziemi. Była to okropna klęska!
— Jesteśmy 70-miljonowym narodem, który dusi się na swych ciasnych dla niego i zagrożonych stale wyspach! — mówił w coraz większem podnieceniu Japończyk. — Gdybyśmy nie mieli floty handlowej i handlu zagranicznego, 20 — 30 miljonów obywateli japońskich musiałoby wymrzeć z głodu!
Kataoki usiadł i, pomilczawszy chwilę, począł dalej rozwijać swoją myśl:
— Sprawiedliwość wymaga, aby dano nam „stałą ziemię“. My musimy utrwalić się na lądzie azjatyckim... Przeznaczona jest do tego słabo zaludniona, bogata, żyzna i rozległa Mandżurja.
— Ta-a-a-k? — przeciągnął Chińczyk. — Tyle się już o tem mówiło.
— I będzie się mówiło! — szorstkim głosem rzucił Kataoki. — Moglibyśmy zagarnąć część wschodniej Syberji, od oceanu do... dowolnego punktu, ale cóż z tego, kiedy my nie możemy tam żyć!...
— Więc Mandżurja? — spytał, mrużąc oczy Ti-Fong-Taj. — Tylko ta chińska prowincja jest wam potrzebna?
— Nie jest ona waszą prowincją! — żywo zaprotestował Japończyk. — Nie znacie historji! Chiny są raczej dominjum Mandżurji i jej władców, bo oni to podbili was i przez setki lat panowali do roku 1911-go.
Pochyliwszy się ku gospodarzowi, w jakiemś natchnieniu proroczem rzucał słowo po słowie:
— Odwdzięczymy się... odwdzięczymy się wam tem, że wraz z Chinami doprowadzimy do ostatecznego celu wspólne i drogie nam hasło — Azja dla Azjatów!
Ti-Fong-Taj w obawie, że zdradzi swoje zdumienie, jął zapalać papierosa i przymknął oczy. Nie słuchał już Japończyka, starał się przeniknąć w mrok przyszłości, a jednocześnie rozmyślał nad możliwościami, które się zarysowały podczas tej rozmowy. Nagle zaniepokoił się i, spojrzawszy podejrzliwie na konsula, spytał:
— Co pana sprowadziło właśnie do mnie? Na Nanking Road kilka dawno tu pracujących kompradorów ma swoje biura — solidne to, znane firmy.
— Handlarze! Spekulanci! Zakute głowy! — syknął Kataoki. — Znam pana z jego działalności na Syberji i powiedziałem już, że pan jeden może mnie zrozumieć, że jeżeli nie staniemy mocno obok siebie — wy i my — komunizm, jak pleśń, zeżre Chiny, a potem i Japonję na próchno, na próchno, bo, co tu ukrywać, stanowimy nacje straszliwie stare, znużone długiem i burzliwem życiem, może nawet niezdolne już do przeciągającego się, systematycznego wysiłku!
Chińczyk potrząsnął głową. Kataoki mówił prawdę. Rozumiał najbliższe i najgroźniejsze niebezpieczeństwo. Ti-Fong-Taj jednak mimo wszystko był Chińczykiem. Musiał więc odwlec ostateczną odpowiedź i upozorować to koniecznością gruntownego namysłu.
— Zasadniczo, jako przedsiębiorca, nie mam nic przeciwko propozycji pana konsula, — powiedział jakgdyby w roztargnieniu. — Należałoby jednak omówić poważnie wszystkie szczegóły oferty pana konsula. Uprzedzam, że w tę tranzakcję oprócz nas byłbym zmuszony wtajemniczyć jeszcze dwie osoby, cieszące się mojem pełnem zaufaniem. Razem z niemi więc przestudjujemy całą sprawę w detalach!
Japończyk kiwał głową i wciągał powietrze. Po chwili Ti-Fong-Taj odprowadzał go już aż do drzwi biura, kłaniając mu się uprzejmie, na co Kataoki odpowiadał niskiemi, pełnemi szacunku ukłonami i wyszukanemi frazesami pożegnalnemi. Gdy zaś za gościem zamknęły się drzwi, szef biura kompradorskiego spojrzał w najdalszy kąt sali, gdzie pomiędzy dwiema kasami pancernemi urzędował naczelny buchalter i kasjer. Rzuciwszy na niego porozumiewawcze spojrzenie, prawie surowym głosem powiedział:
— Panie Nun-Kou! Każe pan kupić dla mnie bilet do Pekinu i telefonicznie zamówić pokój w Grand-Hotel des Wagons Lits! Wyjeżdżam dziś na noc! Boy! Palto, kapelusz i laskę!
Dwie pary oczu bacznie śledziło każdy ruch Ti-Fong-Taja. Jedna należała do starego Nun-Kou, węszącego coś niezmiernie ważnego, druga — do So-Nunga, który gryzł ołówek, starając się przeniknąć tajemnicę rozmowy szefa z konsulem japońskim.



ROZDZIAŁ XVI.
STARE ŚMIECIE — NOWE TROSKI.

Już od tygodnia zdjęto kwarantannę w dzielnicy Czapei. Fala wygłodzonej i zrozpaczonej ludności wyplusnęła przez wszystkie bramy. Największy potok przepłynął przez koncesję francuską i oparł się aż na Wusungu, od długiego czasu pozbawionego dostatecznej ilości kulisów, czyli „ludzi, sprzedających swe siły“, jak to w barwnej mowie określali Chińczycy; mniejszy — potoczył się ku północnej dzielnicy, gdzie budowano nowe gmachy publiczne i prywatne, i ku plantowi kolei; najmniejszy zaś — kilkoma naraz odnogami, w największym pośpiechu opuszczał Szanchaj, unosząc w swym prądzie tych wszystkich, których uwięziła nagle wybuchająca epidemja.
Pani Somowa z córką i Wagin przenieśli się już do dawnego mieszkania na posesji Jun-cho-Sana. Miczurin jednak nie powrócił do „Gospody 4-ch stron świata“. Może nie mógł już znaleźć w sobie sił, by istnieć w budzącem w nim teraz odrazę otoczeniu ohydnego i zgiełkliwego zajazdu chińskiego, gdzie wszystko przypominało mu dawne, upadlające duszę życie, a może miał na to inne, głębsze powody. Przyjaciołom oznajmił, że będzie zmuszony bardzo wcześnie stawać do roboty i późno wracać do domu, wobec czego postanowił zamieszkać niedaleko gmachu „Szun-Pao“, znalazłszy dla siebie bardzo tani pokoik w chińskiej kamienicy czynszowej. Nikt się temu nie dziwił, a nawet cieszono się, że lejtenant opuścił wreszcie swoją obrzydliwą siedzibę. Nikt — ani Wagin, ani pani Somowa nie wiedzieli jednak o tem, że wieczorami jakiś niezmiernie wybujały, barczysty człowiek całemi godzinami przechadzał się wpobliżu domu Jun-cho-sana i, gdy otwierały się drzwi kantoru kupca, zaglądał na podwórze, gdzie świeciły się okna małej oficyny wewnętrznej. Czasami, spostrzegłszy tam cień na firance, zamierał na miejscu, jak urzeczony, wpatrując się niby w zjawę.
Na trzeci dzień po przenosinach na stare śmiecie, Sergjusz postanowił odwiedzić doktora Plena. Wyszedłszy koło ósmej na ulicę, odrazu poznał przechadzającego się Miczurina i okrzyknął go. Ten, zmieszany bardzo, podszedł do przyjaciela, mrucząc niewyraźnie:
— Wybrałem się do Plena... Mam dziś parę wolnych godzin... Dawno go już nie widziałem...
Wagin spojrzał na niego uważnie i, nic nie odpowiadając, poklepał go po ramieniu.
— Co to ma znaczyć? — opryskliwym głosem spytał Miczurin, odsuwając się gwałtownie od Sergjusza.
Ten zajrzał mu w oczy przenikliwie i, jakgdyby poczuwszy nagły ból, syknął:
— Cieszę się... cieszę się, że razem złożymy mu wizytę...
Miczurin odmruknął coś niewyraźnie i w milczeniu szedł obok przyjaciela, patrząc w ziemię. Tak, nic do siebie nie mówiąc, doszli do palarni Czeng-Si i, nie znalazłszy Plena na jego zwykłem miejscu na pryczy, zapytali o niego. Sługa oczami wskazał na korytarz, prowadzący do ambulatorjum. Doktór siedział przy stole i gotował coś w kolbie. Ujrzawszy przyjaciół, przetarł oczy i długo patrzył na obu, jak gdyby nie poznając ich. Twarz jego przybierała stopniowo wyraz smutku i niepokoju.
— Powróciliście wreszcie... — szepnął po chwili, — powróciliście przecież! Nieraz myślałem, że pozostaniecie tam, gdzie wszystko jest inne, niż tu... Myślałem też i o tem, czy warto było powracać do naszej dzielnicy... szczególnie tobie, stary przyjacielu?
Przyglądał się uważnie i troskliwie Miczurinowi. Lejtenant, unikając jego spojrzenia, milczał. Plen nie spuszczał badawczego wzroku z jego twarzy i szczegółowo, jakgdyby odmierzając cal po calu, oglądał potężną, a w tej chwili niby wyczerpaną i bezsilną postać olbrzyma. Po chwili spojrzał na Wagina, i ze zdumieniem wpatrywał się w jego spokojne i łagodne oczy.
— To dziwne!... — zamruczał. — To bardzo dziwne... ale...
Potrząsnął kilka razy głową, ni to zaprzeczając czemuś, ni to odpędzając od siebie natrętną i przykrą myśl. Sergjusz czuł każdym nerwem, że coś zawisło w tej chwili nad niemi, że musi coś się stać, paść jakieś słowo fatalne, niemożliwe do odwołania i zapomnienia, gdyż pozostawiłoby po sobie jadowity, bolesny ślad. Postanowił rozproszyć tak przykry i ciężki nastrój.
— Jakżeż powodziło się doktorowi przez czas trwania kwarantanny? — zapytał.
Plen zlekka uniósł głowę i dłonią otarł czoło.
— Jak zwykle! — odpowiedział znużonym głosem. — Jak zwykle! Osiem porcyj opjum... i praktyka ogromna... ogromna.
Głos jego przebrzmiał ponuremi nutami.
— Przecież z miasta nikt tu nie mógł do was przychodzić?... — zauważył Miczurin, ucieszony z nawiązanej rozmowy.
— Ech! — machnął ręką doktór. — Miałem miejscowych pacjentów bez liku... Przychodzili do mnie Chińczycy i — rzecz nie do wiary, gdyż sprzeciwia się to przesądom i obyczajom, — zapraszali do chorych na dżumę...
— Leczył pan zadżumionych? — zawołał przerażony Wagin.
— Leczyłem! — wybuchnął Plen urwanym, złym, czy może, rozpaczliwym śmiechem. — Policja pod naciskiem europejskich konsulów, żądających szybkiego zlikwidowania zarazy, szalała! Wrywano się do domów, wyciągano każdego chorego i wleczono do So-Pao-Lu, gdzie zamykano w barakach, a po nocach nieprzytomnych wrzucano żywcem do pieca...
— To straszne! — wyrwał się Waginowi okrzyk zgrozy.
— Ja myślę! — potrząsnął głową Plen. — To też przychodzili do mnie Chińczycy poto wyłącznie, abym bez cierpień i męki wyprawiał chorych do państwa cieniów... Mój Czeng-Si obłowił się znakomicie na tym procederze, zarobiła też i policja, dając zezwolenie, aby chory mógł umrzeć w domu.
— Więc pan?... — szepnął Wagin, już domyślając się strasznej prawdy.
— Nie bój się pan i dokończ! — zasyczał doktór. — Więc tak, tak! To ja właśnie wyprawiałem ich na tamten świat szybko i bezboleśnie... Jeden zastrzyk... lub jeżeli miał jeszcze siły, kilka kropel płynu... i pacjent mój stawał się obojętny już na to, czy go wrzucą do dołu i zaleją wapnem, czy też spalą w piecu...
Zaczął się śmiać obłędnie, trzęsąc się cały i tupiąc nogą. Wagin zrozumiał, że doktór Plen miał wstręt do siebie czy też wyrzuty sumienia.
— Opowiemy teraz doktorowi, jak się nam wszystko ułożyło! — umyślnie bardzo głośno i wesoło odezwał się Sergjusz, udając, że nie spostrzega zdenerwowania Plena. Starał się rozproszyć prześladujące doktora myśli i rozweselić go, przedstawiając swoje codzienne, zabawne istotnie utarczki z prezesem Liao-Kaj-Fanem i współpracownikami „Szun-Pao“, którzy wciąż czegoś się obawiają, usiłując każdą nowinę polityczną zredagować w formie, dopuszczającej dowolne jej komentowanie; opowiadał też o Miczurinie, dowodzącym armją łobuzów i przechadzającym się śród nich, jak bocian pomiędzy żabami, o pani Somowej, ciągle pochłoniętej myślą o nakarmieniu głodnej zgrai, wpadającej na chwilę i z szybkością maszyny pochłaniającej obiad.
— Czy bardzo rozpaczają te biedne, smutne kobiety po śmierci chłopaka? — spytał nagle Plen i z bolesnym skurczem warg wbił nieprzytomne oczy w twarz Sergjusza. — Czy płaczą i biadają?
Wagin zrozumiał, co w tej chwili miał na myśli doktór, więc porozumiewawczo spojrzał na lejtenanta i odparł, wzruszając ramionami:
— Jakby to panu powiedzieć?! Być może, gdy odwiedzają grób Romana, płaczą tam i rozpaczają, ale w domu, stanowczo to twierdzę, są znacznie spokojniejsze i pogodzone już z losem. Uważam, że szczęśliwie się dla nich złożyło, że właśnie wybuchnęła ta dżuma i trzeba było zmienić miejsce pobytu i cały tryb życia. Nowe wrażenia, nowe kłopoty... Zresztą kilkakrotnie już w tych czasach obserwowałem to dziwne zjawisko, że ludzkie nerwy jakgdyby zgrubiały, a wrażliwość stępiała. Teraz, aby kogoś doprowadzić do rozpaczy i pozbawić równowagi — potrzeba niezwykłe silnych wstrząsów, ale i one działają na krótką już tylko metę... Coś się popsuło w naszym systemie nerwowym, a może nawet zaszły jakieś zmiany organiczne... Obawiałem się powrotu na dawne mieszkanie, bo tam wszystko przypomina Romana, ale, zdaje mi się, że obawy moje były przesadzone. Panie nasze są na dobrej drodze... wkrótce życie pochłonie je...
Doktór słuchał uważnie, a wyraz bólu na twarzy i niepokój w oczach znikały powoli. Tak przecierają się na niebie czarne i szare chmury, odsłaniając wreszcie jasną tarczę księżyca.
— To bardzo szczęśliwie... to bardzo szczęśliwie! — powtarzał. — Dręczyła mię myśl, że matka nie słyszała ostatniego westchnienia dziecka i nie zapamiętała sobie jego gasnącego spojrzenia... Ale — powiedźcie, powiedźcie, czyż nie lżej jej było znieść tę śmierć tak, jak ja nią pokierowałem! Powiedźcie!
Plen namiętnym głosem żądał twierdzącej odpowiedzi na pytanie, które, widać często — tak, jak to było po śmierci małej Wiery, — stawiało natarczywie jego sumienie, dręczone wyrzutami i pełne wahań.
— Tak było najlepiej! Któż mógłby twierdzić inaczej! — z całą stanowczością powiedział Wagin. — W znacznym stopniu dopomogło to pani Somowej do zniesienia łatwiej tego ciosu, gdyż uniknęła ona najcięższych chwil ostatniej, obłędnej walki ze śmiercią syna, żałosnego widoku jego cierpienia i strachu i brutalnego zniszczenia podtrzymującej ją nadziei, gdy w obłędzie rozpaczy, rwą się z piersi przekleństwa i bluźnierstwa...
Plen, uśmiechając się cicho, potakiwał mu ruchem głowy.
— Właśnie tak samo myślałem przez cały ten czas!... Usiłowałem rozproszyć ciężkie wątpliwości, które męczyły mnie... — szeptał, wzdychając z ulgą.
— Nie mówiliśmy o tem z paniami, ale, jestem przekonany, że są doktorowi wdzięczne... — odezwał się lejtenant.
— Ach, jakżeż byłbym szczęśliwy! — zawołał Plen i po chwili znowu mówił szeptem, niby zwierzając się z niesłychanie ważnej tajemnicy: — Kilka razy usiłowałem w wyobraźni ujrzeć panią Somową i jej córkę na nowem miejscu... zdawało mi się, że już docieram, lecz za każdym razem coś stawało mi na przeszkodzie... tak! Coś... jakieś zaburzenia dokoła nich i... was obu... Co się tam z wami działo?
Wagin spokojnie wzruszył ramionami i odpowiedział zdziwionym głosem:
— Nie przypominam sobie nic nadzwyczajnego, zupełnie nic!
— Co się miało dziać? — mruknął Miczurin. — Pracowaliśmy wszyscy, jak zwykle.
— Zresztą doktór ma poniekąd rację! — przerywając mu, zawołał Sergjusz i zaśmiał się: — Byliśmy przez dobrą godzinę w towarzystwie najprawdziwszych bandytów! Policja zastrzeliła ich niemal w naszej obecności. Wypłoszył ich pański znajomy — pułkownik Wali-chan Bukrejew!
— Ach, Sulejman! — ucieszył się Plen. — Poznał go pan? Bardzo interesujący człowiek — nieprawdaż?
— Istotnie zaciekawił mnie swojemi, zdaje się, fantastycznemi planami stworzenia nowoczesnego imperjum mongolskiego z udziałem Rosji — z ożywieniem odpowiedział Wagin. — Nie jest to zbyt dla nas pochlebne towarzystwo, lecz, gdyby plan ten był wykonalny, wartoby nad nim poważnie się zastanowić... Jedno tylko w tem wszystkiem wydaje mi się nierealne. Taki plan powinni rozwijać i propagować wysłańcy narodów mongolskich, nie zaś były adjutant cesarski, uciekinier, człowiek prawdopodobnie, jak i my wszyscy tutaj, bez jutra!
Doktór słuchał uważnie, a gdy Wagin skończył, zauważył:
— Co do Wali-chana pan się myli! Ma on pełnomocnictwa wszystkich ludów mongolskich, mieszkających na terytorjum Rosji, a oprócz tego od Turkiestanu Chińskiego, Afganistanu, Kurdów i muzułmanów z Kaukazu. Nie wiem, czy plan pułkownika łatwy jest do zrealizowania, ale pomyślany jest poważnie a także solidnie finansowany.
— Przez kogo? — zainteresował się Miczurin.
— Nie wiem, ale podejrzewam, że biorą w tem udział monarchiści chińscy, muzułmanie hinduscy i kto wie, czy nie Japończycy nawet... — odpowiedział Plen i, spojrzawszy na Sergjusza, dodał półgłosem:
— Pułkownik, o ile mi się zdaje, będzie starał się wciągnąć pana do tej roboty...
Wagin uśmiechnął się i mruknął:
— Napomykał mi coś o tem... Cóż, jeżeli będzie to praca nie gorzej opłacana niż u mego Liao-Kaj-Fana, przyjmę ją chętnie. Bądź co bądź będzie się coś robiło dla przyszłości...
— Dla zwalczenia czerwonego teroru motłochu! — syknął Plen, patrząc na niego jakimś niezwykle pałającym wzrokiem. Nagle, zwracając się do Miczurina, spytał go surowym tonem:
— A wy, czy też przyłączycie się do tej sprawy?
Lejtenant opuścił głowę na piersi i milczał.
— Mówcie! — nalegał Plen.
Miczurin jednak długo się nie odzywał. Nie było to wszakże milczenie potrzebne mu do namysłu nad odpowiedzią, lecz raczej cierpienie, że ktoś zmusza go do zmiany tego, co uważał teraz za najwyższe niemal dla siebie szczęście — zabezpieczony kąt i kawał chleba, normalne życie człowieka z kulturalnej sfery i możność codziennego widywania Ludmiły. Wreszcie potrząsnął głową i wzdrygnął się od stóp do głów:
— Nie! — rzucił złym głosem. — Nie namówicie mnie na żadne hece, na żadne nowe wojny! Dosyć namordowałem się i ledwom nie zginął z kretesem w tem brudnem mrowisku, gdyby... nie Wagin...
Rozpaczliwym ruchem przyciskając pięści do czoła, wybuchnął:
— Ja się stąd na krok nie ruszę! Słyszycie?! Znowu zabijać, znowu codziennie oczekiwać śmierci?! Nie wierzę w żadne wasze plany! Runą, jak rozsypało się tyle innych! Inaczej być nie może, gdyż Rosja jest skazana na zagładę... Więc cóż — chcecie, żebym znów oszukiwał, ograbiał i mordował ludzi dlatego, żeby napchać sobie brzuch i wódką zalać robaka?! Cudem wyrwałem się z tego piekła i teraz każda kropla mojej krwi pragnie, bym się stał godnym...
Urwał i z przerażeniem badał wyraz twarzy przyjaciół, szukając na nich śladów zdumienia, pogardy czy podejrzliwości. Patrzyli na niego ze współczuciem. Uspokoił się trochę i dokończył zdanie:
— ...bym się stał godnym... nazwy człowieka.
Nieszczerym, zmieszanym głosem wykrztusił te dwa ostatnie słowa z widocznym wysiłkiem, czy też zawstydzeniem. Wagin spostrzegł to i zrozumiał, co się działo w duszy lejtenanta. Nie dał jednak znać po sobie, że się domyślił ukrytego znaczenia wybuchu Miczurina. Wzruszywszy obojętnie ramionami, powiedział:
— Nie mogę ukrywać tego, że i sam nie mam zbytnio wielkich nadziei na powodzenie planu pułkownika. Uważam tylko, że skoro będą mi za to płacili, lepsza jest dla mnie jakaś ideowa i bądź co bądź interesująca robota, niż ślęczenie nad piśmidłami w redakcji „Szun-Pao“, gdzie nic się nie dzieje i skąd prędzej czy później mogą mnie wylać, jeżeli w Chinach tak dalej będzie wzrastał wrogi dla cudzoziemców ruch. No, ale przecież nikt was przemocą nie ciągnie! Skoro jesteście zadowoleni z swego losu, — to pozostańcie...
— Tak! tak! Pozostanę! pozostanę tu! — znowu się unosząc, wysokim falsetem krzyknął Miczurin. — Ja wiem, że wy, Wagin, chcielibyście, żeby mnie gdzieś wysłano daleko — daleko, a jeszcze lepiej, by mnie tam zakatrupiono... Ja wszystko wiem, wszystko czuję!
Doktór Plen bystro spojrzał na niego i niespokojny wzrok swój skierował na Sergjusza. Ten jednak, nie zmieniając pozy i wyrazu twarzy, zimnemi oczami spoglądał spokojnie na Plena i na lejtenanta, miotającego się po laboratorjum.
— O-o-o, to aż tak? — przeciągnął wreszcie. — Nigdybym się tego po was nie spodziewał! Uspokójcie się, kochany przyjacielu, uspokójcie się! Przypomnijcie sobie com już raz wam powiedział w swoim pokoju na Fu-Tien-Koo! Było to jeszcze przed wybuchem dżumy. Powiedziałem wam wtedy, że możecie zawsze liczyć na mnie...
Miczurin zatrzymał się przed nim. Rozstawiwszy nogi i pochyliwszy ku niemu swe potężne ciało, wbił oczy w źrenice Wagina. Sergjusz coś dojrzał we wzroku lejtenanta, bo namarszczył czoło i drapieżnie odrzucił głowę wtył.
— Tak powiedziałem wam tego wieczora, — ciągnął dalej, — a teraz dodam, że jeżeli nie wierzycie mi i choć jeden ruch uczynicie przeciwko mnie — biada wam, lejtenancie Miczurin! Unieszkodliwię was, bo tu nie chodzi już o mnie, ale o...
Machnął ręką i niecierpliwie szepnął:
— Wiecie kogo mam na myśli...
Doktór Plen bacznie przyglądał się obu przyjaciołom, ale w jego oczach miotało się już, szukając ostatecznego łożyska, nagłe zrozumienie. Już domyślił się prawie wszystkiego i widział przed sobą szachownicę gry życiowej. Nie mógł tylko znaleźć na niej właściwego miejsca dla partnerów. Uświadamiał sobie teraz w zupełności, jakie to zaburzenia, powstające dokoła tych ludzi, wznosiły tamę dla jego wzroku wewnętrznego, zwalczającego niekiedy przestrzeń i czas. Milczał, obserwując Miczurina i Sergjusza. Lejtenant odszedł od Wagina i usiadł w kącie na krzesełku. Sergjusz z całym spokojem rozglądał się dokoła, aż wreszcie spytał:
— Coś jakgdyby wam tu przybyło, doktorze?
Plen zatarł ręce i odpowiedział z odcieniem radości:
— A jakże! Komisja sanitarna za pomoc moją w jej pracach (byłem przecież inspektorem na cały nasz sektor!) ofiarowała mi całe urządzenie do prac bakterjologicznych. Świetne to wszystko, amerykańskie, z fundacji Rockefellerowskiej! Mogę teraz fabrykować surowice, jakie tylko zechcę!
Wagin spojrzał na Miczurina, a, widząc, że lejtenant już się uspokoił, powiedział z niewinną miną:
— Poproszę was wkrótce, doktorze, o spreparowanie surowicy przeciwko zakochaniu... mam bowiem dla was jednego pacjenta w bardzo groźnej formie tej choroby.
Plen uśmiechnął się chytrze i zadeklamował z Heinego:
Ich sah dich im Traum
Und sah die Nacht in deines Herzens Raum,
Und sah die Schlang‘, die dir am Herzen frisst,
Ich sah, mein Lieb, wie sehr du elend bist.
Miczurin wybuchnął głośnym śmiechem i śmiał się tak długo i szczerze, że aż mu kark krwią nabrzmiał i białka oczu zczerwieniały. Zerwał się z krzesełka i podszedł do Wagina.
— Wybaczcie! — szepnął, a w oczach błysnęły mu łzy.
Wagin mocno uścisnął mu dłoń i także szeptem odpowiedział:
— Daj Boże, aby wszystkie wasze pragnienia ziścić się mogły! Z serca wam tego życzę!
Plen ręce rozłożył i zamrugał sinemi powiekami:
— Więc jak tam ze mną będzie? Czy dostaję zamówienie na tę „vaccina antiamorosa“, czy też to były tylko wstępne pertraktacje z moją firmą?
— Nie zamawiam tymczasem, lecz na wszelki wypadek radzę ze sto ampułek mieć na składzie! — zaśmiał się Wagin, mrużąc oczy. — A teraz wiecie co? Chodźmy do herbaciarni „Pod wierzbami“! Pić mi się chce...
— Ja? Do takiego wytwornego lokalu, gdzie bywają cudzoziemcy? — wołał przerażony Plen. — W moim arcy-chińskim stroju z epoki dynastji Han?! Impossible! Zresztą musiałbym przedtem... wypocząć trochę „w obłokach dymu rozkoszy“...
Wagin, niezwykle ożywiony i ucieszony, tarmosił doktora za rękaw jego kurmy i mówił do niego:
— Kładź się pan prędzej i wciągnij w siebie trochę tego gorzkiego świństwa! Nie chciałbym bowiem, żeby się pan nam nagle wytchnął i zwiądł, jak wyciśnięta cytryna... A co do wyglądu i stroju, to na wstępie oznajmimy, że jest pan jednym ze stu mędrców, co to niewiadomo gdzie żyją już od tysiąca lat. Zresztą niema obawy! Po dżumie cudzoziemcom się nie śpieszy do naszej dzielnicy. Opowiadał mi dziś nasz gospodarz — Jun-cho-san, że nawet kat z jaomynia skarżył mu się na marne interesy. Ma do ścięcia dziesięciu jakichś biedaków i karmi ich z własnej kieszeni już drugi tydzień, czekając aż przybędą Amerykanie, aby się przyjrzeć egzekucji, ale tymczasem — amatorów niema... Mam nadzieję, że „Pod wierzbami“ w samotności i skupieniu napijemy się dobrej herbaty!
Gdy Plen wszedł do palarni, Miczurin, spojrzawszy nieśmiało na Wagina, spytał go:
— Możebyśmy też zaprosili panią Somową i pannę Ludmiłę?
Wagin uświadomił sobie nagle, że imię Ludmiły nabrało teraz dla niego całkiem innego znaczenia i budziło w nim jakieś ostre zaciekawienie, bo przecież zakochany w niej Miczurin musi mieć chyba jakieś znane mu powody do zazdrości. Powodów tych sam dać mu nie mógł, gdyż poza przyjaźnią, a raczej współczuciem dla Ludmiły nie czuł dla niej nic. Niezupełnie zresztą nic! Interesowała go tą swoją nadwrażliwością i dziwnem wyczuwaniem ludzi, co go zastanowiło i uderzyło przy pierwszej już znajomości. Powodów do zazdrości musiała nastręczyć lejtenantowi chyba tylko sama Ludmiła. Tak tylko ona! Ale coby to mogło być? Przypomniawszy sobie jednak wybuch, którego dziś nie mógł pohamować Miczurin, postanowił odrzucić plan przyjaciela. Zaśmiał się cicho i, grożąc mu palcem, powiedział:
— Ej, bo polecę Plenowi wstrzyknąć wam z dziesięć ampułek surowicy, rekinie zakochany!
Śmiejąc się obaj, poszli do palarni. Rozróżowiony i wyprostowany Plen, patrzał na nich świecącemi się dziwnie oczyma i grzebieniem rozczesywał sobie powichrzone włosy i rudawą brodę. Jak się okazało, zdążył już nawet włożyć nowe trzewiki z zielonej, wytłaczanej skóry, upominek od szewca, któremu wyrwał sześć zębów, i fjoletową kurmę, nieco przykrótką, gdyż pochodziła z garderoby So-hai, drobnego i chudego staruszka, którego ordynarni fagasi z sąsiedniego szynku bez należnego starcom szacunku witali zawsze jednem i tem samem pytaniem:
— Żyjesz jeszcze, suszona mątwo?!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO



Przypisy

  1. Panie.
  2. Herbata.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.