Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ulicach i nawiązywały znajomość z przechodniami; w wyzywających, kuszących pozach przesiadywały, w parku na Bundzie i po kawiarniach, w objęciach podpitych Amerykanów — brutalnych dla kobiet, nie posiadających paszportu amerykańskiego, i zimnych, drapieżnych Anglików; ślizgały się po mahoniowych posadzkach Astor-House‘u, Splendid-Hotelu i Carltonu, nad ranem powracały do ubogiego barłogu na łono rodziny — milczące, znękane i zrozpaczone, rzucając ojcom i matkom banknoty, mające obieg na tej giełdzie walut, towarów, sumień, dusz i ciał ludzkich, życia i śmierci. Ojcowie i matki bez wahania już i wstrętu brali te pieniądze hańbiące i czemprędzej wybiegali z domu, aby zapłacić za brudne legowisko, kupić chleba, ryżu, mięsa...
Krew i łzy męczenników nikogo już nie wzruszały i nie przerażały... tyle ich bowiem wypłynęło we wszetecznym, okrutnym Szanchaju, — więcej niż wody w jego cuchnących kanałach i deszczu zimowego... Jedynej pociechy doszukiwano się w mętnych proroctwach twórcy Apokalipsy. I — znaleziono ją, bo oto samotnik patmoski napisał był:
„Z wina gniewu porubstwa Wielkiej Babilonji piły wszystkie narody, królowie ziemi wszetecznictwo z nią płodzili a kupcy ziemscy z mocy rozkoszy jej bogaczami się stali“.
Nienawiścią przesiąkli przeto ci wygnańcy do wszystkich ludów, królów i bogaczów świata i zemstę im zaprzysięgli do śmierci, jakoże sam Jan, umiłowany apostoł Chrystusowy, rozkazywał, mówiąc w swem Objawieniu: