Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nienawidzili nierządnicy, drżeli przed nią i bestją, na której siedziała.
Ich chora wyobraźnia utożsamiała potwora apokaliptycznego z Chinami o siedmiu głowach — wielkich miastach z Pekinem, Nankinem i Kantonem na czele, a rogów dziesięć bestji — toć dziesięć najwyższych pagód i świątyń, gdzie stały bóstwa przerażające, o kłach i rogach straszliwych.
Wielka Babilonja, ni to olbrzymia pajęczyca, coraz chciwiej wysysała krew „męczenników“ i zatruwała mózg ich i wolę.
Kilka rodzin wymarło już z głodu. Znajomi, przyjaciele i krewni jeden po drugim odeszli, wyzwoleni wreszcie i na zawsze ukojeni.
Zapomniano o nich niebawem w beznadziejnem borykaniu się o każdą godzinę życia.
Ten i ów zastrzelił się z pożyczonego rewolweru, lub otruł się karbolem. Kilku młodzieńców, ograbiwszy przechodzącego kupca, urządziło sobie pijatykę we wspaniałym „Carltonie“, podbijając serca Amerykanek i Angielek niezrównaną sztuką taneczną, a potem, zakradłszy się do zapasowej szatni, powiesiło się na hakach, zadzierżgnąwszy sobie na szyjach stryczki z porwanych na paski koszul.
Jakaś zrozpaczona matka porozbijała młotkiem główki swym dzieciom na parapecie Creek‘u, sama zaś z mostu skoczyła do brudnego kanału. Wpadłszy w nagły szał, jakiś mąż udusił głodną, chorą żonę, a potem rzucił się pod pociąg. Ale najgorzej bodaj i najniebezpieczniej układało się tu życie młodych kobiet. Umierały one coraz częściej, w sposób zagadkowy przerywając nikłą nić zohydzonego nędzą życia. Inne znów zatłaczały chodniki na ludnych