Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chłopa, co? Średniej wagi bliźniego z łatwością mogę przerzucić, jak worek z sianem, przez mur, a uderzenia mego nie wytrzyma najtęższy muł!
To mówiąc, pokazał ogromną piegowatą pięść, kosmatą od rudych włosów.
— No — więc... Robię porządeczek, przeprowadzam gwałtowną i radykalną pacyfikację i — abgemacht! Zato mam kąt, żarcie, a po burzliwej nocy mogę wlać sobie do gardzieli miarkę lian-szynu... Wlewam zresztą znacznie więcej, bo musi pan wiedzieć, że łaknę ciągle, nostalgja bowiem i wspomnienia dawnej świetności dokuczają mi i gryzą... „Ech! i my kłusakami byliśmy niegdyś“... — zanucił ponuro znany romans cygański.
Urwał po chwili i, pochyliwszy się Wraginowi do ucha, szepnął:
— Może przydałbym się panu na jakąś robotę?
— Co pan ma na myśli, mówiąc o „robocie“? — pytaniem na pytanie odpowiedział Wagin.
Drab skrzywił twarz obleśnie i zachichotał skrzecząco:
— Hm... hm... Pytanie obcesowe, a nawet — żenujące!... Ale, cóż? Jeżeli się powiedziało „a“, należy powiedzieć „b“ i tak — do ostatniej litery alfabetu... Ułożyć jakgdyby „curriculum vitae“!
Śmiejąc się wciąż i dysząc w twarz Wagina oparami cuchnącej okowity, zwierzał się z całą bezczelnością i cynizmem:
— Bo to widzi pan, z konieczności stałem się mistrzem od różnych pożytecznych w naszem glupiem życiu zawodów... że tak powiem „specem“ sztuki stosowanej.
— Naprzykład?