Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pali pan?
Drab zdębiał i wybałuszył na niego pijackie oczy. Po chwili splunął i wybuchnął śmiechem.
— Do djabła! — zamruczał. — Wziąłem pana za Anglika! To mi się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Żeby aż tak się pomylić, no — no! A wszystko od tej przeklętej „hanszy“!
Obciągnąwszy na sobie jakieś łachmany, wyprostował się po wojskowemu i huknął:
— Pozwoli pan się przedstawić, szanowny rodaku! Lejtenant morskiej gwardji jego cesarskiej mości, — Michał Miczurin!
Wagin, burknąwszy niewyraźnie swoje nazwisko, spytał:
— Co pan tu robi w tym zajeździe? Ale... ale!... doskonała nazwa — „Żółte Piekło“!
Drab zaśmiał się na całe gardło i odpowiedział natychmiast:
— Nazwa — to mój wynalazek, bo pospolicie ta buda nazywa się „Gospoda 4-ch stron świata“. W niej — to piastuję niezbędną tu godność... psa łańcuchowego!
— Nie rozumiem...
— Jabym na pańskiem miejscu też nie zrozumiał! — ryknął znów śmiechem Miczurin. — W tym „Splendid-Hotelu“ różne gnieżdżą się typy, do bandytów — owych sławetnych „chunchuzów“ — włącznie. Nieraz tu mają miejsce nożowe rozprawy, ba, nawet całe batalje ze strzelaniną, wtedy więc ja występuję w roli, że tak powiem superarbitra, zaczynam swoje urzędowanie i wykonywam czynności, powierzone mi niepisanym dekretem właściciela zajazdu! Niech pan raczy spojrzeć na mnie. Kawał