Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sergjusz ruchem ręki przerwał dalsze jego wynurzenia, mówiąc żartobliwie i przyjaźnie:
— Nie zapij się pan tylko na śmierć, lejtenancie, bo, zdaje mi się, że wkrótce będzie mi pan potrzebny, jako wspólnik pewnego przedsiębiorstwa akcyjnego... Może za jakiś miesiąc lub za dwa...
Miczurin chrząknął, przykrywając usta dłonią, i najpoważniej w świecie odparł:
— Muszę pana uprzedzić, że nie posiadam kapitału obrotowego!
Na potwierdzenie tego oświadczenia wywrócił natychmiast kieszenie połatanych spodni, od dołu ozdobionych frendzlami, mrucząc przytem:
— Uczciwy, ale ubogi szlachcic i oficer... Moje uszanowanie! Sługa powolny! Au revoir! Good bye, sir!
Odprowadził Wagina do bramy i długo patrzał wślad za nim, dziwiąc się, że ten, tak wytworny i zapewne bogaty rodak szybkim krokiem skierował się ku wylotowi ulicy, gdzie zaczynały się już „hoszuny“ — ogrody warzywne.
Wagin tymczasem szedł ścieżką, wydeptaną przez piechurów na jednem zboczu błotnistej, grząskiej drogi, pociętej głębokiemi koleinami i zaśmieconej liśćmi różnych jarzyn. Stado czarnych i ponurych świń spokojnie żerowało na środku drogi. Wagin przeszedł spory już kawał koło żywopłotu — burego w zimie i pozbawionego liści. Przyzwyczaił się już przez kilka lat rozpaczliwie beznadziejnego życia do pewnej strategji. Chciał i musiał do gruntu poznać to miejsce, gdzie rzucił go los. Dlaczego — tego ściśle nie wiedział; pamiętał tylko, że nieraz już było mu to potrzebne i ratowało życie. Uśmiech-