Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/319

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Aj-aj-aj! Bardzo piękny lokal! Nie można go wszakże porównać do naszego kantoru w Błahowieszczeńsku, no — ale tam to był nasz dom — obszerny, piękny dom, czcigodny Ti! Żałujesz go czy nie? Śnił mi się wczoraj przez całą noc! Che-che-che! Wydawało mi się, że złodzieje zakradają się do suteryn, gdzie mieliśmy kasy pancerne, pamiętasz — te wielkie, co nam z Nowego Yorku przysłano?
Ti-Fong-Taj zaśmiał się i zawołał:
— A czy przypominasz sobie, jak one, gdy je wieziono na statku pod Amurem, przełamały pokład i omal nie wpadły do sali pasażerskiej?
Zaczęli obaj śmiać się głośno. Nun-Kou zapytał po chwili, przecierając załzawione od śmiechu oczy:
— Dobrych pięćdziesiąt lat minęło, jakeśmy z tobą, Ti, z Szanchaju wyruszyli w świat...
— Jako chłopcy do posług w kubryku marynarskim... Płynęliśmy wtedy coś ze dwa bodaj tygodnie do Mikołajewska... Okropny w tej pływance mordował nas tajfun!
— A czyż potem było lepiej?! — wzruszył ramionami staruszek. — Całe tamte lato burzliwe było! Ścigały nas sztormy wszędzie i koło Sachalinu i na Ochockiem morzu, a koło Komodorów, pamiętasz? — dwa razy omal, że nie wpadliśmy na skały... Ale zato mieliśmy czas nauczyć się wszystkiego i przyjrzeć się temu, co się nam potem bardzo przydało!
Komprador westchnął, jakgdyby z ulgą.
— Masz rację, Nun, w rok potem rozpoczęliśmy mały handelek i skromne wyprawy po skórki fok,