Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jedwabne ciemnogranatowe spodnie, związane przy kostkach, z czarnego pluszu krótką z obustronnem rozcięciem spódnicę i „kurmę“ z długiemi, zawijanemi rękawami z ciemno-szafirowej, grubej tkaniny jedwabnej, wyrabianej przez najlepszych tkaczy w Czangszy.
Ti-Fong-Taj, skinąwszy personelowi ręką i uśmiechając się, przeszedł do swego pokoju, gdzie stał garnitur miękkich mebli klubowych i długi stół z hebanowego drzewa, misternie rzeźbionego. Usiadłszy w fotelu i zapaliwszy papierosa, wziął do rąk słuchawkę telefonu i wywołał jakiś numer. Gdy odpowiedziano mu, rzucił jedno tylko słowo:
— Jestem — i położył słuchawkę na widełki.
Mrużąc oczy i delektując się dymem, wpadł w zadumę. Być może przypominał sobie, jaką to drogą zawiłą i daleką doszedł do tego gmachu na Nanking-Road, gdzie dudniły i dzwoniły tramwaje elektryczne i rozlegały się co chwila jakgdyby złośliwe i niecierpliwe klaksony aut.
Po chwili zadzwonił i powiedział coś do boya. Do gabinetu wszedł niebawem stary, przygarbiony Chińczyk w ogromnych okularach na małym, spłaszczonym nosie. Zacierał ręce i wesołemi, drwiącemi oczkami mrugał do Ti-Fong-Taja.
— Siadaj, mój stary Nun-Kou. Jak się podoba memu głównemu kasjerowi i buchalterowi nowa siedziba firmy? — spytał szef, wydymając wargi. — Może chcesz papierosa?
Nun-Kou, rechocąc skrzypliwie, zapalił i, puszczając dym nosem, mówił szybkim głosem, niby suchy groch sypał do pustej skrzynki.