Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niepokój. Nazwisko nowego kompradora znane było dobrze i szeroko w kołach handlowych. Pamiętano tu dokładnie, ile świetnych interesów zrobiono przy pomocy człowieka o tem głośnem na Dalekim Wschodzie nazwisku. Od r. 1917-go nie figurowało ono jednak na fakturach i konosamentach chińskich firm transportowych. W pewnym okresie zdawało się, że właściciel tego nazwiska nigdy już nie wypłynie na powierzchnię życia i finansowych operacyj międzynarodowego portu. Nikt nie wiedział, co się z nim stało, chociaż też nikt nie słyszał o bankructwie czy likwidacji jego firmy lub o śmierci Ti-Fong-Taja. Wprost zniknął bez echa i bez śladu, jak to często się zdarza w okresach wielkich przewrotów, a czyż można było sobie wyobrazić większy niż ten, kiedy to poruszono potworną masę prawie półmiljarda ludzi od Pacyfiku do wielkiego muru i od Heilunkiangu aż po granice Indo-chin i Tybetu?
Gdy w ten mniej więcej sposób myślano i mówiono o Ti-Fong-Taju, — nowy na gruncie szanchajskim komprador wchodził właśnie do swego biura. Wiekowy to już był człowiek, o niepomiernie dużej, niby opuchniętej, siwej głowie i szerokiej twarzy o rzadkim zaroście. Czarne oczy spokojnie i dobrotliwie patrzyły na nisko kłaniających mu się boyów i klerków, ni to z przestrachem, ni to z szacunkiem spoglądających na jego długi, staromodny surdut europejski, szare spodnie i na miękki, welwetowy kapelusz z szerokiem rondem. Każdemu z nich mignęła myśl, że ich patron zmuszony będzie wkrótce nosić się po chińsku, gdyż kompradorowie i ich personel biurowy, według nikomu nieznanej tradycji, skrupulatnie przestrzegali tej mody. Szefowie nosili