Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy pan, pułkowniku, trwa w przekonaniu, że zdoła zjednoczyć wszystkich Mongołów do walki o Chiny?
Pułkownik wyprostował się i odpowiedział suchym, żołnierskim głosem:
— Jestem przekonany! Moje nazwisko — prawego spadkobiercy wielkich chanów wszystkich Kirgizów, sułtanów Turkmeńskich i potomka Timura jest rękojmią tego. Zanim przyjechałem tu — zwołałem wodzów szczepów — do Chotanu, Jarkendu, Kuldży i Kohdo, omówiłem wszystko, dałem rady i rozkazy i wiem, że organizacja już się rozpoczęła. Gdyby wybuchła wojna z Rosją Czerwoną lub z Japonją, posiłki zostaną natychmiast wysłane. Potrzebna jest broń i amunicja! Broń i amunicja! Tutaj — u was tylko należy przygotować teren, przekonać, że jesteście Mongołami i że wszyscy inni Mongołowie nie są waszymi wrogami. Pragną oni widzieć Chiny wielkiem, jak dawniej mocarstwem. Obok niego może istnieć spokojnie sprzymierzone z niem, czerpiące siły duchowe z źródła chińskiej cywilizacji, ogromne państwo zjednoczonych Mongołów, aż nastanie dzień, gdy cała Azja stanie się jedną potęgą...
— A Japonja? — zmrużył nagle oczy stary Chińczyk.
— Japonja tego nie dokona, bo straciła w roku 1895-ym nasze zaufanie. Ona może tylko przyłączyć się do nas i tak postąpić będzie zmuszona, jeżeli nie zechce zginąć osamotniona i otoczona wrogami!
Rozmowę przerwał przeciągły sygnał telefonu.
— Kto mówi? — zapytał komprador po chińsku, ale po chwili nacisnął guzik dzwonka i rzekł do wchodzącego klerka: — Proszę porozumieć się!